13.gif
strona główna
przydatne w podróży
ambasady polskie
ambasady zagraniczne
ubezpieczenia turystyczne
rozmaitości
tapety
przyjaciele torre.pl
kalkulator walutowy
1 EUR=0.000 Aluminium Ounces (XAL)
1 EUR=656.059 CFA Franc (BEAC) (XAF)
1 EUR=0.712 Latvian Lat (LVL)
1 EUR=1,935.840 Lebanese Pound (LBP)
1 EUR=2,914.722 Ugandan Shilling (UGX)
sprawdź kursy walut »
prognoza pogody
Rostock/Schwerin, Germany
Temperatura: 12°C
Temp. wiatru: 12°C
Wilgotność: 81%
Prędkość: 6 km/h
Kierunek: 70°
Ciśnienie: 1023.7 mb
ENE
zobacz inne prognozy »
[ strona główna ] arrow relacje arrow Korea Północna-DPRK Democratic People’s Repu
relacja PDF Drukuj E-mail
DPRK

Democratic People’s Republic of Korea
2005

© Ewa i Pi
otr Jendruś
 



 
Dzień pierwszy

DPRK
Democratic People’s Republic of Korea


Pomnik Kim Ir Sena najwiekszy w Korei w Phenianie okolo 25 metrów wysokosci
Tu poproszono nas bysmy kupili kwiaty i pokłonili sie wodzowi, co tez uczynilismy
fot. Ewa i Piotr Jendrus
 


 
Przed wylotem do Korei Północnej, kilka dni spędziliśmy w Pekinie na ciągłym imprezowaniu, podróżami rikszą nocą, podglądaniem Chińczyków na placu niebiańskiego spokoju.
W końcu przyszedł ten oczekiwany przez nas dzień wyloty do Phenianu.
Na lotnisku pożegnał nas Mateusz, Chińczyk mówiący doskonale po polsku, który nigdy nie był w Polsce (od czasu gdy jesteśmy w Unii to wielkie Pany z nas i nie wpuszczamy do nas byle kogo – żałosne).Chinka wpuszczając do części z terminalami odpraw ze zdziwieniem odkryła że lecimy do Pyongyang-u, popatrzyła na nas jak na straceńców, my ruszyliśmy dalej w kierunku naszego gate ;)
Nawet gdybyśmy nie mieli napisane tego na biletach bez problemu znaleźli byśmy naszą kolejkę. Z daleka widać było wielu mężczyzn stojących w czarnych garniturach a każdy z nich w lewej klapie marynarki miał wpięty wizerunek Kim Ir Sena.
Pierwsze co wtedy pomyślałem – „ten kraj faktycznie istnieje”
Wszyscy panowie w garniturach stali w kolejce do bussines class, każdy z nich miał ze sobą niczym nie ograniczoną chyba liczbę bagaży, każdy z nich wiózł odtwarzacz DVD, mieli też komputery, drukarki, elektronikę – przypomniało mi to sytuację gdy Polacy latach osiemdziesiątych zwozili telewizory i video z RFN-u. W naszej klasie turystycznej stało sporo „długich nosów” – jacyś Niemcy z Firmy
MAN, Chrześcijańska Pomoc dla DPRK z Anglii, młody Europejczyk w garniturze sam leciał do Korei Północnej, dwie młode kobiety z 4 dzieci mówiące po rosyjsku, prawdopodobnie dyplomaci angielscy, facet który wyglądał jak globtroter ale chyba nim nie był, w sumie byłem bardzo zaskoczony że około 30 % ludzi na pokładzie to biali.
Co ciekawe – pomimo tego, że było to chińskie lotnisko władze na odprawie trzymała Koreanka z Północy, ona decydowała kogo sprawdzić dokładniej i to ona podejmowała wszystkie decyzje na 3 terminalach.
I tak kilku Koreańczyków, którzy chyba nie byli z kasty rządzącej zostali przetrzepani pomiędzy taśmą a ekranami, przypomniało mi to jakieś smutne czasy, panowie nawet zdjęli paski od spodni (nie chodzi tu o bramki wykrywające metal). Smutny to był widok.
Po dość długim oczekiwaniu nasze bagaże odjechały a my udaliśmy się do naszego rękawa. Mieliśmy jeszcze około godziny do odlotu.
Wiedziałem, jakim samolotem mamy polecieć, ale widok Ił 62 M wprowadził lekkie zaniepokojenie. W pamięci cały czas mam historie polskich Ił-ów.
Przy gate zaczęli się zbierać Koreańczycy, rozpoznawalni, każdy z nich nie odważył by się podróżować bez obowiązującego znaczka z wizerunkiem zmarłego w 1994.07.08 wielkiego ukochanego przywódcy narodu.
Nieśmiało wyciągnąłem aparat i zrobiłem zdjęcie, nie wiedząc czy przyniesie to jakieś konsekwencje, zakładałem, że od tej chwili zaczynam żyć w świecie Wielkiego Brata.

Uroda personelu pokładowego była fantastyczna, jedyne co było zastanawiające to olbrzymia ilość pudru na twarzy. Muzyka na pokładzie to prawdopodobnie pieśni rewolucyjne. Klimatyzacja lekko śmierdziała grzybem, ale spokojnie czekaliśmy na odlot i doczekaliśmy się.
Na początku Ił 62 M leciał w każdym kierunku tylko nie przed siebie. Ewa umierała ze strachu, ja jakoś wierzyłem, że dolecimy i nie myliłem się ;) Na pokładzie dano w miarę jedzenie, od razu spróbowaliśmy północnokoreańskiego piwa - było kiepskie.
Wydaje mi się, że po wejście w obszar północno koreański samolot bardzo szybko obniżył pułap lotu, bo bardzo długo lecieliśmy stosunkowo niżej niż bywało to w przypadku innych linii lotniczych.
Już w czasie lądowania, widać było, że rolnictwo jest tu wszędzie. Mmiałem wrażenie że ryż sadzą między szczelinami płyt na pasie startowym.



 


Lotnisko w Phenianie
fot.
Ewa i Piotr Jendruś
 


 
Lotnisko Kim Ir Sena przywitało nas piękną pogodą. Nasz lot był jedynym tego dnia. Zresztą Koryo Air lata tylko w wtorki i soboty od Pekinu i to cały rozkład lotów. Oczywiście są jakieś czartery, ale to już nie regularne.
Po wyjściu z samolotu zauważyłem, że dwóch wojskowych polewa koła (hamulce) samolotu wodą z węża.
Sala przylotów była wielkości szkolnej klasy. Jedna taśma i ciągnące się w nieskończoność oczekiwanie na bagaż. Nasz wyjechał szybko, ale naszych znajomych po około 40 minutach.
Stojąc z boku obserwowałem Koreańczyków po drugiej stronie celników. Ubrania mężczyzn jak w Chinach za czasów Mao, każdy z wpiętym wizerunkiem Kim Ir Sena.
Zresztą od tego momentu każdy człowiek będzie z dumą nosił swojego wielkiego Prezydenta.
Jako grupa z Polski wzbudzaliśmy zainteresowanie białych.
Usłyszałem jak jedna z obywatelek Anglii, mówiła do drugiej:
– Zobacz – turyści z Polski.

Na teren przylotu wszedł mężczyzna w czarnym garniturze – bez pokazywania jakichkolwiek papierów. Obserwowałem go. Miałem czas (reszta czekała na walizki). Zastanawiało mnie to, że tak zupełnie bez problemu go przepuścili a on obchodził wszystkich białych, którzy przylecieli i wypytywał każdego czy są grupą turystów.
Chyba kiepski detektyw z niego był – tylko my byliśmy w krótkich spodenkach i sandałach – jako jedyni wyglądaliśmy na turystów - a tylko do nas nie podszedł.
Kiedy już wszystkich wypytał wreszcie zostali mu kolorowo ubrani Polacy.
Ustawił nas w kolejkę do odprawy i tak przeszliśmy na drugą stronę.
Cały czas zastanawiałem się czy będą jakieś problemy z kamerą. Napis 100xDigital był bardzo wymowny więc jeszcze w Polsce zakleiłem go nakleją z moim nazwiskiem i krajem pochodzenia. Na wszelki wypadek wzięliśmy 2 aparaty cyfrowe jeden miałem ja drugi Ewa.
Kamerę oglądali z każdej strony, jest trochę większa niż paczka papierosów. Aparat Sony też kazali sobie pokazać.
Po chwili namysłu kazali mi iść dalej.
Żeby wszystko było jasne kazano nam oddać telefony komórkowe – na co byliśmy przygotowani.
Wyciągnąłem kartę sim, potem reklamówkę do której wpadło 6 telefonów. Na numer paszportu koleżanki zostały zdeponowane na lotnisku.
Nas było osiem osób, przed lotniskiem przywitało nas 4 przewodników – dość wymowne.
Mikrobus Toyoty, zabrał nas z pod lotniska. Byliśmy ostatnimi, którzy stamtąd odjeżdżali – całość odprawy zajęła chyba ponad dwie godziny.
Jeśli oni przyjmowali by 12 samolotów dziennie, nie mieli by czasu na kolejne. Ale na razie odprawiają 2 tygodniowo więc czasu mają sporo.



 


Łuk Triumfalny - wyższy od tego w Paryżu
fot.
Ewa i Piotr Jendruś
  


 
Na początku nie wiedziałem czy mogę wyciągnąć aparat i robić zdjęcia – czekałem.
Zatrzymaliśmy się przy Łuku Triumfalnym. Nasi przewodnicy dali nam do zrozumienia, że tu wypada zrobić zdjęcie. Nie zastanawiałem się, pierwsze zdjęcie Ewy zrobiłem na tle hotelu 105 pięter - nie dokończonego z powodu wady konstrukcyjnej. Potem sesja przy łuku, mamy już taki łuk na zdjęciach z Paryża, ale ten jest wyższy.
W sumie to fotografowałem wszystko naokoło: ludzi, młodzież ćwiczącą do występów, pierwszą policjantkę.
Ruszyliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się przy domu handlowym nr 1 i poszliśmy na piechotę obok fontanny w kierunku pomnika Kim Ir Sena – największego w kraju – około 25 m. Są tacy co mówią że to pozłacany pomnika ale pewnie to brednie.
Nasz przewodnik zaproponował by kupić kwiaty (delikatnie mówiąc kazał) - bo taki jest zwyczaj - i położyć je pod pomnikiem
W taki sposób, pokłoniliśmy się wielkiemu przywódcy. Jak się okazało zrobiliśmy to nieprawidłowo i dzięki wskazówkom przewodnika zrobiliśmy to poprawnie.
Odchodząc spod pomnika, zwróciłem uwagę, że przyjechał młody mężczyzna z kwiatami i położył je pod pomnikiem.
Niby nic dziwnego, ale ten facet godzinę wcześniej odprawiał się z nami na lotnisku. Czekała na niego piękna żona, matka i ojciec w mundurku.
Wiózł 3 szt. DVD ze sobą, tak jakoś zwróciłem na niego uwagę.



 


Phenian
fot. Ewa i Piotr Jendrus 

Jedziemy do hotelu.
Hotel Yanggakdo to hotel umieszczony na wyspie. Ma 47 pięter przy czym na samej górze znajduje się restauracja.
Dwie zewnętrzne windy są oszklone, więc widać cały Phenian.
Nasze pokoje znajdują się na 31 piętrze.
W hotelu nie ma zbyt wielu gości, jakieś kilkadziesiąt osób w zasadzie pusto.
W recepcji International Hotel nikt nie mówi po angielsku, bo i po co skoro każdy ma swojego przewodnika- tłumacza.
Lokujemy się w pokojach, dajemy napiwek jeden euro odpowiadający tygodniowemu wynagrodzeniu. Pokoje są czyste. W każdym jest TV: BBC, DW, chińskie MTV, Star Sport no i program koreańskiej TV państwowej zupełnie odbiegający standardami od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
Jako, że dzień chyli się ku końcowi, poznajemy sklepy na terenie hotelu. Jemy kolację, kupujemy alkohol. Na razie nie ryzykujemy spotkania z północnokoreańskim piwem. Kupujemy Heinekena za 1,5 euro butelka i wódkę z żeńszeniem około 5 euro, słońce zachodzi, robimy fotografie Phenianu nocą i przyjmujemy pierwsze ilości C2H5OH. Jutro drugi dzień.
 Dzień drugi

Phenian wita nas piękną pogodą. Będzie tak do końca naszego pobytu.
Lekko zamglona stolica KRLD dla laika była by pięknym krajobrazem, ale osoba świadoma wie co kryje się za mgłą.
Robie kolejne zdjęcia z 31 piętra i idziemy na śniadanie. Kefir, woda mineralna, jajko (każdego dnia w innej postaci) i tosty.
Ciekawostką była woda mineralna – chyba mają tam co najmniej 2 firmy joint venture, które produkują wodę w butelkach 0,5 l i karmią tym turystów na każdym kroku.

Wyruszamy do Nampho – słynie ona z tamy która odgradza wpływy słonej wody wgłąb lądu aby było czym nawadniać pola ryżowe. Oczywiście tamę wymyślił Kim Ir Sen i był w dniu, kiedy ostatnia przerwa byłą zasypywana przez spychacz.
Żeby nie było jego syn Kim Dzon Il był wielokrotnie na budowie i udzielał wskazówek na miejscu, gdyż i jemu ważny był los koreańskich rolników, którzy nie mieli słodkiej wody.
Po drodze robimy pierwsze zdjęcia tramwajom, ludziom, policjantce – zawsze panience w wieku poniżej 25 lat.
A na wyjeździe z Phenianu fotografuje policyjną blokadę. Przewodnik nie jest zadowolony, że to zrobiłem, a ja mam dowód na to, że jeśli nie masz przepustek nie wjedziesz do Phenianu..
Na drogę wybiega milicjant i próbuje zatrzymać nasz mikrobus machając chorągiewką. Nasz kierowca nawet nie zdejmuje nogi z gazu – jak widać są tu równi i równiejsi (jak w folwarku zwierzęcym).
Na tamie wita nas ubrana w żółty strój ludowy przewodniczka, która w melodyczny sposób opowiada o tamie ( chwali ją prawie jak plan pięcioletni). Oglądamy film propagandowy. Szkoda że go nie mam, kultowy był by. Pięknie wyglądały setki spawaczy na tle zachodzącego słońca.
Wypijam heinekena robiąc sobie zdjęcie z koreańską przewodniczką. Czuję się jak burżuj. Brakuje tylko cygara a został bym odstawiony do granicy ;)

Ruszamy dalej. Widzimy biedę wsi, teraz już bez ograniczeń.
Drewniana socha to standard. Raz na na 30 minut mijamy traktor. Oni wszystko robią ręcznie, żadnej mechanizacji, urządzeń, krowy jakieś takie wychudzone.
Zatrzymujemy się gdzieś w górach. Zdjęcie zrobione wygląda jak Bieszczady.
Po chwili jesteśmy w świątyni Woljong wybudowanej w IX wieku. Zdjęcia Buddy robimy bez ograniczeń. W Chinach za takie numery zabierają aparat (widziałem to wiem). W ogóle mnich robi sobie z nami foto-story. Zaczynam się zastanawiać czy on jest faktycznie mnichem.
Jedziemy na obiad. Piknik na środku jeziora. Na betonowej wyspie jemy pałeczkami suchy prowiant i pijemy koreańskie piwo – coraz odważniej.

Czas na Kesong. Droga wiedzie przez wsie. Nie da ukryć się biedy na takiej trasie. Komunizm od ponad 50 lat zrobił swoje. Czuje smutek, że tym ludziom jest tak źle.
Mijamy wojsko na ciężarówce i miejsce gdzie rolnicy sprzedają owoce swojej pracy.
Jednak kapitalizm wchodzi tylnymi drzwiami. Władze pozwoliły na posiadanie przez rolników przydomowych ogródków i ewentualnej sprzedaży wyhodowanych na nich plonów.
Pranie miedzy szynami w zasadzie już nas nie dziwi.

Już prawie przed Kesongiem odwiedzamy grób króla nr. 31 ;) , odtworzony w 1989.
Ciekawy sposób chowania władcy, ale Chińczycy mieli zdecydowanie większy rozmach.
Za to Koreańczycy parzyli ziemię, z której usypywali kurhan.



Młodzież ćwicząca przed pokazami
fot. Ewa i Piotr Jendrus 

Wjeżdżamy do miejscowości Kesong.
Tu będziemy spać w typowym koreańskim hotelu (dla obcokrajowców oczywiście ;) .
Brak łóżek a jedynie maty. Małe okienko. Domki w stylu azjatyckim. Woda raz leci z kranu a raz nie. Światło jest – słabe.
Jemy kolacje na siedząco. W złotych czarkach wiele różnorakich potraw. Według ich tradycji czym ich więcej, tym większy szacunek mają dla gościa.
My mamy około 12 na stoliczku. Nie wiem czy to dużo, czy mało.
Na terenie hotelu jest sklep. A jeden z naszych zmienił po czarnorynkowym kursie euro na wony.
Ma ich za 5 euro więc wygląda tak jak by na bank napadł. Chcemy coś za nie kupić ale dowiadujemy się, że od nas wonów się nie przyjmie. Nasz przewodnik tłumaczy, że obcokrajowcom nie wolno płacić wonami. Po chwili zaczyna być bardzo nerwowy i domaga się odpowiedzi, gdzie zmieniliśmy pieniądze. Buzie trzymamy na kłódkę. Wiemy, że dla tej osoby może się to skończyć wielkimi problemami.
Wony zostają ale i tak podobno nie wolno ich mieć obcokrajowcom.
Kupujemy za Euro, czujemy się dziwnie.

Rozmawiamy z przewodnikiem o wyjściu na miasto – odmawia przez 3 godziny aż robi się ciemno.
- Teraz jest ciemno i nigdzie nie idziemy - w końcu odpowiada
Ale moi towarzysze jakoś go tak podeszli: „stary trzy godziny nam oczy mydlisz - i nagle - tak
Chyba weszli mu na honor.
Jest ciemna noc a my wychodzimy na zaciemnione miasto Kesong w Korei Północnej.
Prosi byśmy nie filmowali i nie robili zdjęć.
I na początku tak jest. Szkoda że go posłuchałem mogłem mieć najbardziej osobliwe zdjęcia z tego kraju – w każdym domu jest taka sama tapeta, mieszkania to klitki dla królików a w każdym z nich wisi żarówka.
Żeby było jasne - nie ma żyrandoli. W każdym mieszkaniu w tym samym miejscu wiszą obrazy dwóch przywódców. Czasami jeszcze jest trzecie i czwarte zdjęcie: oni razem oraz żona Kim Ir Sena a matka Kim Dzong Ila.
Zaczynam myśleć – jak oni bardzo muszą go nienawidzić. Jak może przywódca zmuszać swój naród, by każdy miał jego portret na ścianie w domu i znaczek w klapie.

W ciemnościach mijają nas piesi, rowerzyści bez lamp, matki z małymi dziećmi,
Czasem przejedzie samochód, na chwile oświetli drogę. W takich momentach widać jak bardzo ci ludzie są sterani życiem, jak biednie są ubrani. Nie są uśmiechnięci, nie mają też gniewnego wyrazu twarzy. Oni raczej wyglądają jak dobici i zastraszeni poddani.
Wśród totalnych ciemności wyłania nam się, górujący nad Kesongiem olbrzymi pomnik Kim Ir Sena, oświetlony ze wszystkich stron.
Jakimś dziwnym sposobem połowa z nas zostaje w centrum a druga samodzielnie wyrywa się w górę pod pomnik.
Ja jestem w grupie ucieczkowej. Stojąc tyłem do pomnika filmuję Kesong, ale jest totalnie ciemno. Jedynie w oddali widać światła pojedynczych samochodów. Włączam funkcje Nightshot Plus, nadal ciemno. Ewa wygląda jak wampir i mówi „kur…a ale ciemno”.
Dopada nas wojskowy pod pomnikiem zdziwiony widokiem samotnie spacerujących białych.
Ppo chwili pojawia się przewodnik i po zabawie. Wracamy do hotelu, ciemność kole w oko.
I już prawie mieliśmy iść spać.

Ale cały czas utrzymywaliśmy w tajemnicy, że Ewa ma dziś urodziny. Polała się wódka, piwo, żeńszeniówka.
Na imprezę zaprosiliśmy naszych przewodników. Jak się zorientowali o co idzie kupili piwo, przyprowadzili dwie młode Koreanki, które Ewie złożyły życzenia wręczając kwiaty. Na koniec zaśpiewały ich sto lat – była to cudna piosenka, mam na video i bardzo mi się podoba.
Wszyscy się długo śmiali. Widać było, że ci ludzie też próbują żyć w tym systemie i cieszyć się chwilą. Było naprawdę fajnie.
Potem wszyscy poszli spać. Jedynie Ewa jeszcze chciała świętować. Rano odczuła skutki urodzin,.
Oglądałem do samego końca Północno Koreańską TV aż zagrali hymn.
Jutro rano podobno będzie woda w łazience.

Dzień trzeci

Nawet nie było tak źle na tych matach rozłożonych na ziemi. W pokoju było duszno, ale dało się wytrzymać. Obudziła nas szczekaczka - taki samochód z głośnikami na dachu. Domyślam się że mieszkańcy Kesonu byli w ten sposób budzeni do pracy o 5 rano pieśnią rewolucyjną. Ja na szczęście nie musiałem wstawać do sadzenia ryżu - pospałem do 7.
Kiedy wstałem miała być woda. Planowałem się umyć. O ciepłej w ogóle nie marzyłem, choć zapewniano nas, że i ciepła będzie. Ogoliłem się i umyłem w zimnej wodzie.

Cóż jeśli się wybierasz do Korei Północnej nie licz na luksusy
Tu wszyscy tworzą monolit, który poradzi sobie ze wszystkimi przejściowymi problemami.

Ewa jakoś tak nie mogła się zebrać. Kac pokazał swoją moc.
Po kilku próbach wstała i po toalecie (wodzie cieknącej ledwo ledwo, a miała w planach umycie głowy - co się nie udało) poszliśmy na śniadanie.
Jakoś tak nieswojo się czułem. Coś siedział mi na żołądku i nie było to za przyczyną alkoholu, bo poprzedniego dnia wypiłem bardzo mało, na co świadków posiadam.
Śniadanie na podłodze. Regionalny sposób odżywiania. Czuje, że nie za bardzo mam ochotę jeść.
Dziewczyny - urocze kelnerki - podają kolejne dania a ja patrzę z coraz większym obrzydzeniem. Wciskam w siebie herbatę żeńszeniową i dziękuje wszystkim. musze wyjść przed restauracje. Na podwórku wydaje mi się że jakoś mi przejdzie, rozchodzę to myślę sobie, ale żołądek podejmuje inną decyzje. W zasadzie mój mózg zaczyna podejmować decyzje, jak to zrobić, żeby nie zrobić wstydu. Pomiędzy domkami w hotelu płynie rzeczka i to tam w pierwszej chwili ...., Wiem że nie zdążę.
Co najgorsze jestem w sklepiku przyrestauracyjnym a naprzeciw siebie mam półkę z książką „GLORIOUS 50 YEARS”. Puszczenie na nią pawia grozi skandalem dyplomatycznym. Robię zwrot o 180 stopni przed sobą mam męską toaletę. Wpadam tam, ale nie jestem w stanie
dłużej już tego trzymać. 2 dni na koreańskim żarciu i piwie zdemolowały mój układ trawienny. Ulga.... Zaczyna czuć się lepiej. Uciekam ze wstydem w kierunku rzeczki. Blady i wykończony siadam na ławeczce. Oddycham. O powrocie na śniadanie nie ma mowy, mój oddech zabija owady w powietrzu.

Podchodzę do bramy hotelu i patrzę na ulice. Jak przez szybę przyglądam się rowerzystom, policjantowi kierującemu ruchem. Widzę kobiety z dziećmi ciągnące wózki z bagażami. Chyba tak wyglądały Chiny pod koniec lat 60 myślę sobie.




Panmujon - strefa zdemilitaryzowana pomiędzy państwami koreańskimi
© Ewa i Piotr Jendruś

Jedziemy zobaczyć strefę zdemilitaryzowaną w Panmunjom.
W pierwszej kolejności podjeżdżamy do miejsca, gdzie leziemy oglądać olbrzymi mur, który wybudowali Amerykanie, by podzielić naród koreański. Na drodze staje jednak wóz z gnojem i stoimy - na nieszczęście - naszych przewodników.
Obok szyby naszego mikrobusu ludzie sadzą ryż, powstają piękne i ciekawe zdjęcia. Ruszamy dalej.

W wojskowym budynku wita nas dwóch młodych żołnierzy. Opowiadają jak to przez Amerykanów Korea jest ściśnięta murem jak człowiek pasem i nie może swobodnie oddychać, a oni nie mogą się połączyć z braćmi z południa. Przez lornetkę próbujemy dostrzec mur, ale jest mgła i niewiele widać.
W końcu gdzieś widać jakiś cienki biały pasek.
Filmuję buty młodego żołnierza. Są rozsznurowane i mają na pewno kilkanaście lat. Mundur też kiepski. Robimy sobie z chłopakami foty i idziemy oglądac film propagandowy, jak to powstał mur i jak go Amerykanie sprytnie wybudowali, że od strony południowej widać trawę a od północy mysz się nie przeciśnie.
Na wyjściu nasz przewodnik prosi, żebyśmy dali po paczce papierosów chłopakom.
Nikt z nas nie pali, a paczki które mieliśmy jako prezenty już rozdaliśmy.
Wychodzimy z propozycją, że damy po one dolar na fajki ale forsy odmawiają.
Przypominam sobie jak żołnierze iraccy po pustynnej burzy poddawali się i pierwsze co robili, to prosili o papierosa.
Ruszamy dalej, w kierunku Seulu, żeby nie było, jest drogowskaz tylko kto z niego tak naprawdę skorzystał w ciągu ostatnich 50 lat, farsa.

Zatrzymujemy się. Czuć przez skórę, że jesteśmy już w strefie, już nikt z nami się nie cacka. Jasno i precyzyjnie mówią co mamy robić a zaczynają od „no foto” bez pozwolenia.
Zapraszają nas do sali gdzie jest makieta strefy, koreański kapitan tłumaczy, co tu jest gdzie pojedziemy co będziemy robić.
W mikrobusie jest na 8 Polaków i 7 Koreańczyków. Niezła proporcja.
Cały czas jeden z wojskowych gada przez krótkofalówkę.
Zatrzymujemy się w miejscu gdzie podpisano rozejm po wojnie koreańskiej w 1953.
Niewielka salka ze stołem i krzesłami ciągle tymi samymi.Chcemy zrobić foto olbrzymiego masztu z flagą (sama flaga waży podobno 400 kg maszt ma ponad 200 metrów z tego co pamiętam) - nie pozwalają. Było by widać ludzi w polach – tak sobie myślę.

Ruszamy w kierunku baraków: niebieskie amerykańskie, białe (obite srebrną blachą północnokoreańskie).
Pomiędzy barakami dokładnie na środku, przebiega betonowy pasek. Przy nim stoją dwaj wojskowi północnokoreańscy a pośrodku nich na przedzie stoi trzeci. Południowcy wyglądają za krawędzi muru z rękami ułożonymi jak by za chwile chcieli się bić. Dwóch południowców ogląda nas przez lornetkę. Przyglądają nam się dość długo, w końcu jesteśmy dość osobliwym zjawiskiem po tej stronie. Jeśli by wierzyć różnego rodzaju przeciekom, podobno też wszystkim robi się zdjęcia - o czym fotografowani nie wiedzą.
Czuć napięcie. W zasadzie jestem pewien, że jak zrobił bym cos głupiego to mogło by się to skończyć moją eliminacją. Podobno swego czasu zabawy z pistoletem czy siekierą to była normalka. Od pewnego czasu jest spokój. Robimy sobie niezwykłe foty, po tej stronie naprawdę mało kto ma. Wchodzimy do niebieskiego baraku, podobno korzystają z niego na przemian, i często się w nim spotykają na rozmowach. Nie wiem czy wierzyć. Ewa siada po stronie południowej, ja zaś nadal pozostaje w raju na ziemi. Siedzimy naprzeciw siebie, jareprezentuje idęę Juche Ewa zapluty imperializm wspierany przez szatana z Ameryki. Jeszcze kilka zdjęć i musimy wychodzić. Szkoda już miałem nadzieję, że rozwiążemy problem półwyspu - tak po ludzku bez polityki.

Idziemy do budynku na taras widokowy, ze zdumieniem odkrywam, że żołnierze rozeszli się w czasie gdy my wchodziliśmy po piętrach budynku. Nikt nie pilnuje granicy.
I pierwsze co robię to fotografia masztu z flagą tego którego nie pozwolili fotografować od strony pól. Tutaj możemy fotografować wszystko. Robię sobie też zdjęcie z Panem Kapitanem - bardzo miłym i życzliwym człowiekiem.
Ppyta nas o przemiany w Polsce. Pyta wprost czy w kapitalizmie żyje nam się lepiej. Wszyscy odpowiadają że tak. Pyta o świat – widać, że ciekawy świata a nie ma dostępu zbyt dużego - takim okienkiem dlaniego są turyści.
Nagle w czasie filmowania zaczynają rozstawiać się żołnierze północnokoreańscy. Najpierw myślę że może to była zmiana warty, ale patrzę w dół a zza rogu wyłania się grupa Chińczyków. Proszę jak wszyscy wszystko tu wiedzą. Po stronie południowej nie pojawiają się południowcy - dobrze wiedzą że Północ tak wszystkich upilnuje, że nikt się nie prześlizgnie.
Zastanawia mnie jak dobierani są żołnierze stojący o krok od południa. Tylko mały kroczek dzieli ich od wolności, tylko przekroczyć krawężnik i już, jak żołnierze z NRD uciekający przy budowie muru.
To musi być niesamowita grawitacja, że go tak trzyma - myślę sobie. Jak wielka musi być presja, że nawet mu do głowy nie przyjdzie myśl o ucieczce jakie oni muszą mieć zabezpieczenie aby on nie dopuszczał do siebie myśli o próbie ucieczki.

Odjeżdżamy. Po paru kilometrach żegnamy się z najbardziej normalnym człowiekiem Korei Północnej, strasznie sympatycznym i normalnym mężczyzną.
Jedziemy do Kesongu, cały czas myślę o tym co zobaczyłem, nie da się tak opisać jednym słowem.
To straszne dla tego narodu, że polityka podzieliła matki z dziećmi, brata z bratem, wnuków z dziatkami. Czuje ucisk w klatce, moja empatia zaczyna mnie cisnąć. Potwornie żal mi tych ludzi. Za co oni tak wszyscy muszą cierpieć, co takiego złego zrobili, że nie wolno im się swobodnie poruszać po kraju, że nie mogą zobaczyć świata, że dzieciaki się nie uśmiechają, młodzi nie mają MTV. Są tylko pola, ryż, idee wiecznie żywe, kult jednostki sprowadzony do tak wielkiego absurdu, że tylko chwila a przewodnicy zaczną się śmiać z tego co
mówią.



 


Statua idei Juche
© Ewa i Piotr Jendruś
 


Muzeum historii państwa Koryo
– jest ubogie. Pani przewodnik w stroju ludowym co chwila patrzy na zegarek, pewnie się jej gdzieś spieszy. W sumie to nie ma co pokazać, no i najważniejsze że kiedyś tu był Kim Ir Sen. Potworna nuda.
Ale oto pojawia się para młodych (w czasie całego pobytu każdego dnia spotykaliśmy takie pary).
Pan Młody w wojskowym mundurze z ogromną czapką i Pani Młoda wogóle nie uśmiechnięta w białym stroju ludowym, brązowych butach (bieda), upudrowana tak że wygląda jak lalka i co ciekawe w sukienkę ślubną ma wpiętego Kim Ir Sena.
Zastanawiam się, czy na noc do piżamy też sobie przepinają i co robią gdy chodzą bez koszuli. Państwo młodzi robią sobie zdjęcia pomiędzy drzewami, a główne zdjęcie to jak Pani Młoda odpala papierosa swojemu mężowi (jako że w Korei Północnej palenie jest najważniejszą czynnością jaką mogą robić mężczyźni – wcale mnie to nie dziwi – co ciekawe kobiety mają obyczajowo zakazane palenie, jak się dowiedziałem są jednak takie co palą w domu po kryjomu)

Wracamy do Phenianu. Pałac Młodzież gdzie obejrzymy pokazy zdolnej młodzieży wygląda doskonale. Widać że był wybudowany z rozmachem. Ma kształt matki obejmującej swoje dziecko. Jesteśmy lekko spóźnieni, przebiegamy przez sale, gdzie urocze małe dziewczynki pod okiem wodza wiszącego na ścianie, grają na instrumentach. Jest ładnie i ciekawie. Wychodzimy i idziemy dalej.
W kolejnej Sali już trochę starsza młodzież, również pod okiem wodzów gra na akordeonach. Nikt się z nich nie uśmiecha, jakieś smutne są. Kolejna sala to hafty, sztuka narodowa. I wreszcie olbrzymia sala, gdzie będziemy oglądać pokaz.
Spotykamy tu chyba wszystkich obecnych w tym czasie w Korei Północnej obcokrajowców. Są wszyscy którzy z nami lecieli, są wszyscy którzy z nami będą wracać, są wszyscy których przez ostatnie dni spotkaliśmy na trasie czy w restauracjach.
Jest też grupa japońskiej młodzieży koreańskiego pochodzenia, którą pożegnamy w Wonsan.
Jedynie obcokrajowcy, których wcześniej nie widziałem to czarnoskórzy mężczyźni filmowani przez TV Koreańską, posadzeni w pierwszym rzędzie.
Zaczyna się przedstawienie. Jesteśmy oszołomieni. Chyba przeszukali cały kraj, by wybrać jak największe talenty a teraz te dzieciaki ćwiczą po 8 godzin dziennie by dwa razy w tygodniu dać występ.
Śpiew, akrobacje, zwinność, układy choreograficzne, umiejętność gry na instrumentach, nie mogę wyjść z podziwu.
Jest pięknie tylko jakim kosztem się zastanawiam, w europie nigdy nie widziałem tak małych dzieci tak wyszkolonych. Widać rozpuścił ich kapitalizm i im się nic nie chce.
Przedstawienie kończy się pojawieniem na ścianie ogromnego wizerunku Kim Dzon Ile, w kierunku którego obracają się dzieci pokazują go rękami i śpiewają ostatnie słowa piosenki.
Wychodzimy do mikrobusu, widzę przewodników, którzy wystąpili w dokumentalnym filmie Ewy Ewart. Proszę jak ta Korea mała, na każdym kroku ktoś kogo znasz.
Przed domem młodzieży trwa festiwal paczek, tzn biali którzy oglądali występy częstują dzieciaki cukierkami, dają reklamówki z prezentami, robią sobie wspólne zdjęcia, trwa to około 30 minut.
Wracamy do hotelu na wyspie, pełni wrażeń.
Stosowne zakupy w hotelowym sklepie i w jednym z pokoi integrujemy się dalej, rozmawiając o tym, ile ten kraj jeszcze to zniesie.
Na korytarzu Chińczycy grają w karty na pieniądze, denerwują się kiedy ich filmuję. Wracam do pokoju, gdzie dyskusjom nie ma końca.
Jutro jedziemy do świętego miejsca – Mangyongdae – jak to ktoś powiedział
Północnokoreańskie Betlejem
 Dzień czwarty

Ci którzy choć trochę znają Koreę Północną, widząc nasze zdjęcia z Mangyongdae pytają jak to możliwe, że nie było tam tłoku i ludzi, obywateli bijących pokłony. Nasi przewodnicy dzień wcześniej umówili się z nami na bardzo wczesną pobudkę.

Tu mała dygresja – na początku byliśmy zdziwieni, że budzą nas każdego dnia tak wcześnie. Przecież nie idziemy do ryżu. Od początku przed wejściem do busa kazali nam ustawiać bagaże w jednej linii, by można było je odliczyć do ośmiu. Nawet 5 minutowe spóźnienia traktowali jak zamach stanu. Ewie cały czas zwracali uwagę że się spóźnia, a kiedy w knajpie skończyliśmy i chcieliśmy iść, odpowiadali że tu mają zaplanowane jeszcze 10 minut i tak siedzieliśmy i czekaliśmy nic nie robiąc aż miną wyliczone minuty.
Powiem szczerze trzeciego dnia byliśmy już tak spacyfikowani, że już nam nic nie musieli mówić, wiedzieliśmy dokładnie, co mamy robić, aby nie mieli do nas żadnego.
Więc nie dziwie się że tam naród taki posłuszny jak takie szkolenie mają całe życie.



Miejsce narodzin Kim Ir Sena
© Ewa i Piotr Jendruś
 


 
Cóż miejsce narodzin Kim Ir Sena, znajduje się niedaleko od centrum Phenianu. Dwa żółte domki pokryte słomą wraz z wyposażeniem kuchennym są miejscem kultu i chyba nie ma Koreańczyka, który by tam nie był. Dla mnie nic nadzwyczajnego, jedyne to socha drewniana z początku wieku, pomalowana i odnowiona - w sumie to nie wiem dlaczego skoro w obecnych czasach tamtejsi chłopi mają gorsze. Technika nie poszła ani trochę do przodu.
Piękne dziewczyny ze sklepiku robią sobie ze mną zdjęcie ;) a ja obserwuje ojca z pięcioletnim synem, któremu wszystko pokazuje i opowiada. Ojcowska miłość.
Fajnie to wyglądało, ale nie pasuje mi w tym systemie.

Wyruszamy w miasto, głównie po to by przejechać się metrem, chyba jednym z najgłębiej położonych na świecie jakieś 160 metrów pod ziemią.
Nasi przewodnicy tłumaczą nam, że w Phenianie są superwieżowce i mają ogromne fundamenty i dlatego metro trzeba było wybudować tak głęboko. My jednak mamy w sobie czujność rewolucyjną. Wiemy, że tak naprawdę budowano to z myślą by mieć możliwość wykorzystania tej budowli jako schronu przeciwatomowego. Wchodzimy na jedną ze stacji. Niesamowicie długie schody wiozą nas na dół. Czuć wilgoć w powietrzu, z krzykaczek lecą hasła rewolucyjne a my wciąż jedziemy. W końcu naszym oczom ukazuje się stacja znana ze zdjęć innych osób, które były tu wcześniej. Piękne mozaiki na ścianach, żyrandole, obrazy. Wjeżdża metro, wsiadamy do wagonika a na ścianie wiszą nasi starzy dobrzy znajomi.
-  To już przesadzili - myślę sobie ale w sumie mogłem się tego spodziewać.
Filmujemy i robimy zdjęcia. Jakiś Koreańczyk widząc nas w wagoniku rezygnuje i nie wsiada. Jedziemy.  Metro jak metro – w Paryżu czy Hamburgu służyło mi jako środek lokomocji, tu robi za atrakcje turystyczną. Wysiadamy i druga stacja ze zdjęć – a więc pokazują tylko te dwie i to wszystko, a gdzie reszta jak wygląda? Może już nie jest taka śliczna na pokaz. Wyjeżdżamy, na schodach siedzą Koreańczycy kiedy nas widzą, wstają na baczność. Nie mogą białym okazać słabości.

Jako że pierwszego dnia gdy przyjechaliśmy, światło przy pomniku Kim Ir Sena było kiepskie, tzn. fotografie musieliśmy robić pod słońce, nasi przewodnicy zdecydowali, że pojedziemy zrobić sobie lepsze fotografie. Tym razem słońce czekało na nas w dobrym miejscu, a my nie musieliśmy kolejny kłaniać się pomnikowi.

Jedziemy do muzeum wojny. Straszna nuda. Najpierw jakaś makieta po której jeżdżą ciężarówki i lata model samolotu, potem obrazy mapy, no i w końcu w piwnicy samoloty, w tym Mig 15 w którym Kim Ir Sen latał z 10 letnim Kim Dzong Ilem na kolanach i zestrzeliwał amerykańskie samoloty.
Odwracamy się i śmiejemy się plecami do Pani Przewodniczki. Wszystkie samoloty amerykańskie, które nam pokazują to kupa złomu. Za to koreańskie jakby dopiero co z fabryki wyjechały. Amerykański helikopter, który przejęli, żywcem wyjęty z serialu MASH.
Wychodzimy, mijając delegację czarnoskórych mężczyzn, których dzień wcześniej widzieliśmy na pokazach w domu młodzieży.

Jedziemy na statek szpiegowski Pueblo, przejęty w 1964 roku, na wodach północnokoreańskich. Służy do dziś jako dowód triumfu Korei Północnej nad USA .Po obejrzeniu filmu dowiedzieliśmy się, że statek ten bez bandery wpłynął na wody północnokoreańskie i po ostrzelaniu na pokład weszło 9 żołnierzy koreańskich i w 90 sekund związali 80 osób załogi. Schowałem się miedzy nadajniki radiowe, umierałem ze śmiechu.
Co można sobie pomyśleć? Oni już 40 lat pokazują jakiś statek, który złapali i to jest pole do chwały?

Jedziemy na obiad na statku, pływającego w pobliżu statui Idei Juche. Smażymy mięso na grillu, zajadam się kim chi, pijemy wódkę i piwo. Zastanawiam się ile Koreańczyk taki przeciętny musiał by pracować by zjeść tu obiad. Robi mi się niedobrze. Wstaje od stołu, idę zrobić kilka zdjęć. Z daleka filmuję kolejną już parę młodych.
Młoda Szwajcarka częstuje się bananami na pokładzie statku. Kręcę głową skąd oni wzięli banany. Jak na warunki północnokoreańskie rozpusta na maksa i wstyd. Powstaje sporo fotografii, świeci słońce, obiad się kończy, dobijamy do brzegu. Nasi przewodnicy najedli się do pełna a ja w tym czasie uciąłem sobie pogawędkę ze Szwajcarem na temat zarobków w Polsce i Szwajcarii.
Idziemy na piechotę ulicami Phenianu, stajemy przy księgarni. Zanim wejdziemy zrobimy jeszcze kilka fotek Pani Policjantce. W środku kupujemy przewodnik po Korei, po angielsku. Są też znaczki do kupienia z flagą, niestety znaczka z Kim Ir Senem nie można kupić. Takie znaczki się dostaje. Każdy ma swój i musi go pilnować.

Po wyjściu z księgarni zupełnie nie świadomy idę, w złym kierunku niż jest nasz mikrobus. Nikt mnie nie goni nie łapie, a ja mam włączoną kamerę video i filmuję. Kobiety siedzące na krawężniku, gdy mnie dostrzegają wstają na równe nogi. Jakaś grupka dzieciaków jest mną bardzo zainteresowana. Jeden z nich warczy na mnie. Zdarza się.
Chowam się za rogiem budynku i dopiero wtedy się orientuje że mikrobus nie jest nasz. Iść dalej czy nie, podejmuje jednak
decyzje o zawróceniu, bo i ja i nasi przewodnicy mogą mieć problemy. Kamera nagrywa cały czas, a ja wchodzę na jakieś podwórko pomiędzy blokami. Wracam do autobusu. Jedziemy pod statue Idei Juche, zbudowana na 70 urodziny Kim Ir Sena. Monumentalna konstrukcja z olbrzymim czerwonym sztucznym płomieniem. Tylko jeden z nas decyduje się wydać 10 euro na wyjazd na górę. To już przegięcie wobec turystów, dla Koreańczyka to 3 miesiące pracy. Znajdujemy również tablicę potwierdzającą, że Otwock jest miastem przyjaźni Polsko-Półnokoreańskiej. Leżę na ziemi, wszyscy podają mi aparaty a ja strzelam doskonałe foty. Kiedy robimy zdjęcie dziewczynce, z daleka słyszymy głośne NOOOO.

Pałac Kultury – to miejsce gdzie każdy może się dokształcać. Jest tu największa na świecie biblioteka publiczna, ba mają nawet książki z Polski. Jakimś dziwnym trafem już czekają na nas cos o chorobach serca z 1982 roku i jakaś elektryczna wypożyczona tylko raz a ta o sercach ani razu – nie mają wzięcia nasz książki.
Pokazują nam sale komputerową – pytamy o Internet – mówią że nie ma, ale będą robić sieć wewnętrzną. Wszystkie komputery mają nalepkę made in USA oraz używają Windows a jakże, produkty znienawidzonej Ameryki na porządku dziennym. Wszystko mają na pirackich płytach CD. Jest ich bardzo wiele i co chwil ktoś coś pożycza i przegląda to w komputerze. Sala do nauki o Kim Ir Senie znana z tego, że odwiedził ją sam ojciec narodu i stwierdził, że biurka powinny zmieniać swoje położenie w góre i w dół i powinny być uchylne, bo nie każdy człowiek jest taki sam.
Hehe, ale zmienili to tylko w tej Sali, w innych szkoła w Korei już nie.
Zobaczyliśmy też salę, w której uczą za darmo języków obcych, ale jakoś nikogo w niej nie było ale trafiliśmy na wykład z matematyki.
Dla jasności w każdej sali oczywiście były portrety Ojca i Syna.
Na koniec trafiamy do sali gdzie można posłuchać muzyki, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności kiedy wchodzimy gra Mazowsze, z pirackich kaset ;) cóż bieda i nie ma pieniędzy na oryginały. Nikt z nas nie pyta Brodke czy Mezo.
Jesteśmy również pewni że nie mają U2. Wychodzimy na balkon. Piękny widok widzimy centrum Phenianu, po lewej stronie wzgórze Mansudae i wielki pomnik Kim Ir Sena, dalej dom towarowy Nr. 1. Pomiędzy nimi obraz a jakże z Kim Ir Senem, dalej w środku plac Kim Ir Sena, na wprost po drugiej stronie rzeki statu Idei Juche, po prawej nasz hotel Yanggakdo na wyspie.
Na placu przed nami młodzież ćwiczy układy przed kolejna paradą. Widok jest oszałamiający. Stąd właśnie są pokazywane w TV wszystkie północnokoreańskie parady. Patrzę i nie mogę się napatrzyć, jestem w centrum najbardziej zamkniętego kraju na świecie.

Kolacje mamy przewidzianą na szczycie wierzy TV. Windą jedziemy ponad 3 minuty. Niewiarygodnie długo, ale widok wynagradza nam, klaustrofobiczne doznania.
Szkoda tylko że nie wolno otwierać okien, są pozaklejane taśmą klejącą. Pewnie przydaje się to w okresie zimy. W dole widzimy stadion a wokół niego ćwiczącą młodzież, powstają kwiatki, kwadraty, fale i inne układy, cały Phenian, łuk, nasz hotel, hotel Koryo, monstrualny nigdy nie dokończony hotel na 105 pięter (wada konstrukcyjna i hotel się przechylił). Widzimy wszystkie stadiony i bloki mieszkalne Phenianu. Kelnerki są przepiękne, a jedna z nich uśmiech się do mnie tak słodko. Hormony szaleją. Robię sobie z nimi zdjęcie w zasadzie to robi to zdjęcie Ewa ;) W końcu ten miły wieczór dobiega końca i jedziemy do hotelu spać.
Wyglądam przez okno nad miastem góruje od mojej prawej statua Idei Juche, wieża TV, hotel 105 pieter, hotel Kory no i nasz hotel (co ciekawe nad Koryo Hotel w nocy migają czerowne lampy dla samolotów, które nie latają – a na tym trójkątnym kolosie nic nie miga bo i po co skoro niebo nad Koreą Północną jest czyste)
Nie pamiętam co wtedy wieczorem robiliśmy ale jestem pewien – był alkohol, ten kraj na trzeźwo był nie do przyjęcia.
Jutro jedziemy do Wonsan.

Dzień piąty

Naszym dzisiejszym celem jest Wonsan, największe miasto portowe na wschodnim wybrzeżu Korei Północnej.
Wyruszamy jak zwykle wcześnie spod hotelu, odliczywszy wcześniej walizki ustawione gęsiego. Mijamy budzący się Phenian, młodych sportowców biegnących ulicami, kobiety zamiatające swój kawałek drogi, zepsute notorycznie samochody. Wyjeżdżamy poza stolicę.
Żeby przypadkiem od razu nie zajechać, jedziemy zobaczyć wodospad, przy którym - a jakże - był kiedyś Kim Ir Sen i powiedział, że to ładny wodospad i wszyscy powinni go zobaczyć. Także i my pewnie. Wodospad jak wodospad, ja jednak bardziej ciekaw jestem Wonsan, czy będzie tak ciekawie jak w Kesongu



 


Wonsan - port
© Ewa i Piotr Jendruś
 


Portowy hotel lata świetności ma już za sobą. Że nie będzie ciepłej wody to było do przewidzenia, a łazienka jakaś taka dziwna, jak by w dziurę po starej wstawili plastikowy wkład łącznie ze ścianami.
Po obiedzie (po raz pierwszy w jednej sali jedli z nami Koreańczycy z ulicy; przyszli coś zjeść i wypić – dziwne ) wyruszamy zwiedzić okolice Wonsan.

Pierwszym celem jest obóz pionierów. Całkiem ładny budynek, zadbany, sztuczne jezioro i niewielka ilość dzieciaków. Obserwujemy akurat zmianę turnusu. Dzieciaki na obóz przyjechały z własnymi workami ryżu. Targają je z autobus i układają przed nim..
My idziemy zwiedzać w środku. Normalny dom kolonisty. Pani, która nas oprowadza, pokazuje nam czyściutki pokoik z sześcioma łóżkami, czystą łazienką, telewizorem i dwoma panami na K. na ścianie. Dowiadujemy się, że to największe pokoje, maksymalnie 6 łóżek lub mniej. W chwili zamieszania otwieramy pokój obok, specjalnie by się przekonać czy faktycznie pokoje są nie większe niż 6-osobowe i naszym oczom ukazuje się 8 łóżek. Idziemy dalej.

Teraz galeria zdjęć. Poza ukochanym przywódcą, jest kilkanaście zdjęć zmasakrowanych zwłok południowokoreańskich dziewczynek, które zgwałcili i zabili żołnierze amerykańscy stacjonujący w Korei Południowej. Oglądamy wypchane zwierzęta oraz rybki w akwarium, w jednej z klas jest rozbity namiot, żeby dzieci mogły się zapoznać z jego budową, zanim spędzą jedną noc pod namiotem (taki plan pobytu). Aby wszystko było jasne w każdej z klas są Panowie Dwaj na ścianie.
Oglądamy sale gdzie jest chyba z 50 telewizorów z grami TV, wszystko idealnie ułożone, żadnego dzieciaka. Odnosimy wrażenie, że to bardziej na pokaz niż dla dzieci – co nas tak naprawdę nie dziwi. Wychodzimy przed budynek, piękna postać Kim Ir Sena z dziećmi patrzy na plac do porannych apeli. Ruszamy dalej do pokazowego kołchozu. Mijamy wielu ludzi pracujących ciężko w polach. Zmęczeni, brudni i sterani jadą na rowerach lub idą drogą. Mijamy domostwa, ziejące skrajną biedą. Nie zatrzymujemy się na kolejnych posterunkach milicji.  Przez uchylone szyby słyszymy pokrzykiwanie z krzykaczek. Pokazowy kołchoz jest naprawdę pokazowy: klomby, trawka przystrzyżona, czysta droga. Jedynie Pani, która nas wita chyba jest skrępowana swoim ubiorem. Nie chciał bym źle o tym mówić, ale łachmany, które ma na sobie kontrastują z naszym ubiorem. Znowu zaczyna mnie coś w środku boleć. Odwracam się i filmuje pola.

Idziemy zobaczyć kilka drzew. Przy jednym zatrzymujemy się i Pani prowadząca zaczyna nieskończoną opowieść o tym drzewie kaki (chyba tak się pisze ;). Jak to je pięlgnowali, jak to je tu posadzili, jak to co roku dawało owoce i jak kiedyś przyjechał tu Kim Ir Sen i spytał ile to drzewo daje owoców, a oni ze wstydem nie potrafili odpowiedzieć dokładnie. Kiedy Ojciec Narodu wyjechał zerwali wszystkie owoce i przeliczyli wyszło im 800, ale następnego roku stał się cud i drzewo dało 2800 owoców. Od tamtego oto czasu dbają o to drzewko
najlepiej jak potrafią.
Idziemy dalej do sklepu w kołchozie, starsza pani sprzedawczyni śpi na łóżku polowym w sklepie, w którym jest parę artykułów m.in. suszone na patyku owoce kaki. Mnie jednak najbardziej ciekawi wódka w woreczku foliowym. Po za tym są jakieś do niczego nie potrzebne duperele i trochę ubranek dziecięcych. Kupujemy suszone owoce - raz kozie śmierć. Są bez smaku, ale żyjemy.

Wchodzimy na plac gdzie jest dziecięce przedszkole, dzieciaki patrzą na nas z wielką ciekawością. Podchodzę do nich pierwszy, robię zdjęcia, wyjmujemy cukierki, dzieciaki się przełamują i biorą je od nas. Jedna z dziewczynek wkłada go razem z papierkiem do ust. Robi nam się żal, że nawet nie poznała do dziś smaku cukierka. Pani nauczycielka krzyczy na nią. Nie rozumiemy co, ale ona wyciąga go z ust. Druga z dziewczynek, bierze od nas cukierka i z radością w głosie zaczyna biec. Po kilku krokach przewraca się i z całym impetem uderza twarzą o ziemię. Patrzę na to z przerażeniem. Myślę sobie - ale teraz będzie ryczeć, a ona wstaje i patrzy się na nas. Ale twarde dzieciaki, co one muszą przechodzić, że nie płaczą z byle powodu.
Dzieci z klasy młodszej, stoją na balkonie i pokrzykują do nas coś w rodzaju powitania.

Na koniec prowadzą nas do przykładowego domu rolnika. Przy domowy ogródek, który może mieć 30 m2 pęka od nadmiaru warzyw. Widaćże chcą ze swojego prywatnego kawałka ziemi wycisnąć ile się da. Wchodzimy. Na ścianie oczywiście przywódcy, pokój akurat jest myty. W zasadzie nie ma w nim mebli tzn. nie ma ich wcale, są tylko ściany i obrazy. Kuchnia położona poniżej poziomu mieszkania, tak aby palenisko ogrzewało podłogi pozostałych pomieszczeń, wygląda normalnie. Po za trzykomorową nową lodówką nic nie przykuwa naszej uwagi. W pokoju dziecka dostrzegamy PC. Pani domu mówi, że jest przeznaczony dla dzieci. Aby nie wywoływać skandalu nie prosimy o włączenie, szczególnie że kable z tyłu nie są podpięte. Żegnamy się z naszą Panią przewodnik i ruszamy w stronę Wonsan.

Jest stosunkowo wcześnie. Zaczynam się zastanawiać, co teraz z nami zrobią, skoro plan wycieczki się skończył a my mamy jeszcze 3 godziny do kolacji. W czasie jazdy mikrobusem proponujemy by przespacerować się promenadą w porcie. Za bardzo nie liczymy, iż tak się stanie, ale niespodziewanie nasz przewodnik się zgadza i wysiadamy w porcie.
Tak się składa, że do Japonii odpływa prom z Japończykami koreańskiego pochodzenia. To ta sama młodzież, która siedziała za nami, w czasie występów w domu młodzieży.

Czy ja już mówiłem, że będąc w Korei ma się bardzo dużą szansę spotkać wszystkich obcokrajowców, którzy w tym samym czasie w niej przebywają?

Gra zespół, słychać okrzyki, dzieci przy promie śpiewają, Japończycy krzyczą,
Arirang leci w tle, a mieszkańcy Wonsan stoja przy barierkach i patrzą.
Stajemy obok nich i przyglądamy się. W myślach proszę los by przewodnik nas nie gonił i tak się dzieje. Daje nam bardzo dużo czasu, stoimy, patrzymy, robimy foty, filmujemy przyglądamy się ludziom, ocieramy się o nich, jest bardzo ciekawie.
Prom odpływa a my idziemy dalej. Mijamy wędkarzy, rowerzystów, dzieciaki. Wszyscy nam się przyglądają. Idzie za mną mały chłopiec około 10 lat i przygląda się mojej kamerze. Bardzo chce, żeby mu ją pokazać. Jest bardzo nieufny. Próbuję się zbliżyć, ale on się wtedy oddala. Jakiś mężczyzna daje mu wskazówki, by się nie zbliżał. Co za kraj, że boja się obcokrajowca.
Wołam Ewę. Dostaje kamerę i jej celem jest pokazanie chłopakowi jak to działa. Ja oddalam się jakieś 70 metrów a wokół Ewy zbiera się grupa około 15 dzieci, wszystkie ciekawe jej no i kamery. Ewa odwraca ekranik tak by dzieci się w nim widziały. Jednocześnie włącza nagrywanie. Powstaje unikatowe ujęcie, chłopiec dostaje do potrzymania kamerę i ogląda ją z każdej strony. Czy zapyta wieczorem w domu rodziców, dlaczego w Korei nikogo nie stać na elektronikę? Jak długo nas będzie pamiętał?
Widziałem radość w jego oczach, gdy Ewa pozwoliła mu potrzymać kamerę. Znam to z autopsji gdy w połowie lat 80 ocierał się o mnie kapitalizm, też się zastanawiałem dlaczego nie ma u nas fanty w puszkach w sklepie, a wideo kosztuje 5 letnią pensje matki.

Idziemy dalej. Nadal pozostało sporo czasu, a skoro nasz przewodnik się już rozkręcił z łatwością przychodzi namówienie go, by wejść na molo. Wyciąga swoją legitymację, ale ona nie działa na panią kasującą po 10 wonów za wejście. Po krótkiej sprzeczce, my wchodzimy on zostaje i coś z nią rozmawia. W końcu płaci ze swoich pieniędzy za nas wszystkich. Po raz pierwszy w Korei skasowano nas tak jak swojego, czyli zapłaciliśmy taką samą stawkę jak Koreańczycy. Wchodzimy w świat niedomknięty przez obcokrajowców. Wszystko jest nieważne. Jestem tu i teraz. Wlazłem pomiędzy ludzi, prawie nie wykonalne w Korei Północnej udało się zrobić.
Głównym zadaniem ludzi na molo jest łowienie ryb - na różne sposoby. Mężczyźni pływają w stroju nurka. Dziewczynki zrywają wodorosty. Chłopcy patykami płoszą ryby spod kamieni. Starsi mężczyźni mają styropianowe łódki, które wyciągają żyłkę z setkami haczyków daleko od mola. Kkobiety w gumowych strojach i dziesiątki osób patroszą ryby na kamieniu. Jedni do nas machają, uśmiechają się, pytają skąd jesteśmy, inni starsi pokazują by ich nie filmować, nie robić zdjęć. Widzimy na własne oczy jak jedzą surowe ryby, piją wódkę. W sumie nic dziwnego. W tradycji dalekowschodniej surowa ryba to nic nadzwyczajnego a i u nas też się pije wódkę do jedzenia. Co ciekawe, mam
wrażenie, że to było najszczęśliwsze miejsce w Korei Północnej jakie widziałem. Dzieciaki uśmiechnięte ganiające po molo, starsi rozmawiający ze sobą. Grupki ludzi grających w karty, zajadających się rybami. I co najważniejsze - widziałem uśmiech. Może jakiś chwilowy, ale był. Widać że ci ludzie próbują się dostosować, jakoś żyć w tym systemie. Nie myślą ciągle o przewodniej roli partii ale próbują mieć trochę prywatności dla siebie.
Wracaliśmy bardzo zadowoleni że tak udało nam się zbliżyć do tych ludzi.

Dzień szósty

To chyba najnudniejszy dzień w czasie naszego pobytu w Korei Północnej.
Z Wonsan wyjechaliśmy wcześnie rano i ruszyliśmy w kierunku gór Kumgang. Byłem tak jakoś dobity tym wszystkim co każdego dnia obserwuję, że nawet nie chciało mi się fotografować.




Góry Diamentowe
© Ewa i Piotr Jendruś
 


 
Nasi przewodnicy powiedzieli, że jedziemy w piękne miejsce w górach.
Po kilku godzinie jazdy zatrzymaliśmy się przy figurkach zwierząt, a w górę od ulicy prowadziła górska ścieżka. Ruszyliśmy. My pracownicy biurowi, od lata zastani, od razu odczuliśmy że piesze wędrówki po górach były dawno temu, a życie w samochodzie przy biurku czy przed telewizorem nie pomaga w utrzymaniu kondycji fizycznej.
Z mozołem wspinaliśmy się około 20 minut do góry. Jak dla nas wyczyn nie lada. Pojawiły się wśród nas czarne owce, które zrezygnowały. Tak tak, byli tacy co nie dali rady a może po prostu im się nie chciało. W kapitalizmie są kolejki linowe, wyciągi a tu trzeba na piechotę.
Warto było wejść na szczyt. Naszym oczom ukazało się piękne jeziorko pod olbrzymią skałą. Co ciekawe na szczycie czekał na nas mężczyzna. Ale nie jakiś przewodnik, tylko ktoś kto wyciągnął pieczątkę i na kartce wyciągniętej przez naszego przewodnika zrobił stempel i coś napisał. Ładna rejestracja.
Jak tu nie wierzyć w bezpiekę czy system piątek, jak na szczycie góry czeka ktoś tylko na nas by to odnotować.
Poszedł sobie na dół. A ja przez chwile zapomniałem o upiornym kraju jaki zwiedzam od paru dni.
Piękne widoki, lasy, jeziorko. Co ciekawe muszle całkiem duże. Brak śladów innych ludzi na piasku. Wszystko jakieś nierealne, zaczarowane.
Odpoczywaliśmy chwilę. Kiedy daliśmy naszemu przewodnikowi znać, że możemy wracać on odpowiedział, że zgodnie z planem mamy tu jeszcze posiedzieć co najmniej 20 minut. No i zaczęło się. Ewa gdzieś nagle sobie poszła, reszta grupy zresztą też. Po 20 minutach Pan Kim nie miał szans żeby szybko nas pozbierać i to pomimo wieloletniego doświadczenia w pilnowaniu ludzi. Rozeszliśmy się po lesie. Też mamy doświadczenie partyzanckie po dziadkach.
W końcu zebraliśmy się i ruszyliśmy na dół. Przy samochodzie czekał nasz kontroler z góry i rozmawiał z drugim przewodnikiem Panem Pakiem oraz kierowcą.
Na marginesie nasz kierowca w latach 1979 – 1982 był kierowcą w ambasadzie KRLD w NRD – proszę jakie piękne połączenie - ale ani słowa nie mówił po niemiecku.
Jak on się tam uchował, że nie rozumiał podstawowych zwrotów, nie wiem.
Już mieliśmy wsiadać do mikrobusu gdy naszym oczom ukazała się ciężarówka z ludźmi na pace. Za chwile mieli być 2 metry od nas. Wszyscy wyciągnęli aparaty, w tym samym momencie usłyszeliśmy NO FOTO, ale jakoś nikt nie zareagował. Ciężarówka zbliżyła się. Błysk fleszy i szum kamer. Ludzie do nas pomachali. My schowaliśmy się za mikrobus, by wzajemnie zobaczyć jak komu wyszło zdjęcie. W sumie w wielu miejscach na świecie tak się podróżuje i nikt tego się nie wstydzi, ale zdjęcie zrobione w Korei Północnej, przeczy oficjalnej wersji
władz, że to raj na ziemi dla ludzi pracujących.

Ruszyliśmy dalej, w drogę powrotną do Phenianu. Czekało nas około 4 godzin jazdy. Mijaliśmy wiele zepsutych samochodów, ludzi stojących przy nich w cieniu drzew. Odniosłem wrażenie, że narodowy sport w Korei Północnej to naprawa dziurawych sparciałych opon.
Takiej ilości stojących aut na poboczach przy tak znikomym ruchu nigdy nie widziałem. Jestem pewien, że więcej aut stało zepsutych na
poboczach niż jechało.
Ten kraj cały czas zaskakuje. Będąc już blisko Phenianu, zjechaliśmy zwiedzić buddyjską świątynie i grób króla, odnowiony za pieniądze UNESCO. Robił wrażenie. Po raz pierwszy coś do końca zadbanego w Korei - oprócz pomników Kima. Piękne malowidła, równiutko usypany grobowiec, jak zwykle piękna Pani Przewodniczka. W świątyni buddyjskiej Pyohun po raz kolejny odniosłem wrażenie, że tu nawet mnisi są podstawieni. Nasz był bardziej zainteresowany tym, żebyśmy do sklepiku przy świątynie trafili, niż tym żeby pokazać nam świątynie.
Po raz kolejny sfotografowaliśmy Buddę - no gdzie tak można na świecie?
Przed samym wyjściem nasza Przewodniczka po raz kolejny przypomniała nam jakim wspaniałym przywódcą był Kim Ir Sen.
Na pytanie dlaczego w tak piękne miejsce nie sprowadzają turystów odpowiedź była prosta – „po co ? żeby nam je zadeptali?” - w sumie zrozumiałe.


 


Hotel na 105 pieter niedokończony co najmniej od 1988 roku
Koreanczycy mówia ze brak im srodków, na moje oko hotel jest przechylony wada konstrukcyjna
fot. Ewa i Piotr Jendrus


Phenian był blisko. Olbrzymie pola ryżowe. Coraz częstsze blokady policji i dziesiątki tysięcy ludzi idących na piechotę w stronę stolicy. Na wielu czekały również autobusy. Nasz przewodnik wytłumaczył nam, że w obecnej chwili jest szczyt sadzenia ryżu i każdy obywatel ma obowiązek pomagać w polu. On też by teraz pewnie sadził ryż, ale akurat mu się wycieczka trafiła, pech. Z niedowierzaniem zauważyłem iż jeden z naszych przewodników pomimo tak wielkiego upału ma kalesony. Pomijam że miał czarny garnitur. Jak on sobie dawał rade, skoro my wszyscy paradowaliśmy w klapkach i krótkich spodenkach.
Zatrzymaliśmy się przy bramie na wjeździe do Phenianu symbolizującej zjednoczenie obydwu Korei - dwie kobiety nad drogą trzymające się za dłonie. Po lewej i prawej stronie nadal sunął tłum tysięcy ludzi. Po raz kolejny usłyszeliśmy NO FOTO, ale po raz pierwszy z wyjaśnieniem. Nasz przewodnik wytłumaczył, że jest tu na pewno w tej chwili wielu tajnych agentów i gdybyśmy zaczęli robić fotografie ludziom, na pewno on by miał problemy i my też. Zrobiliśmy zdjęcia tak żeby nie było widać ludzi, ale rzeczywistości się nie da oszukać - ja stoję z Ewą po prawej, za nami brama, a po lewej kolumna ludzi wchodzi do stolicy.

Ruszyliśmy dalej. Jeszcze pod pierwszymi blokami widzieliśmy zasadzone zboże. I tym sposobem dojechaliśmy na kolację z cyklu „zrób to sam” czyli jak zwykle palnik, surowe mięso trochę warzyw, sodziu (wódka 30 %), która zupełnie mi nie podchodziła. Ale za to po raz pierwszy trafiłem na ciemne piwo po 1 euro za 3 kufle. Nie odmówiłem sobie. Nie wiem czy to właśnie tym piwem zatrułem się na maxa, ale kolejne 36 godzin były dla mnie próbą siły woli i mocy tabletek. O zatruciu jeszcze nie wiedziałem, więc po smacznej kolacji i powrocie do hotelu po raz kolejny zasmakowaliśmy w lokalnych alkoholach. Prysznic też traktowaliśmy jak dar boży. W ogóle łazienka była dla nas wybawieniem po Wonsan. Jeszcze chwile patrzyłem przez okno na zaciemniony Phenian. W oddali było słychać pociągi, wzgórze Mansudae świeciło dzieciątkiem lamp, a na Idei Juche plastykowy ogień świecił umieszczoną w środku lampą.
Pod nami ludzie pracowali.
W nocy na barkach, na Koryo Hotel migały czerwone lampy, nie wiadomo dla kogo.
Hotel Rjugjong straszył upiorną trójkątną ciemną sylwetką (podobno gdyby go wybudowano, zużywał by ¼ prądu potrzebną dla Phenianu, na szczęści dla mieszkańców stolicy, popełniono błąd w czasie budowy i hotel się przekrzywił i grozi katastrofą budowlaną).
Nasi przewodnicy zupełnie poważnie mówili, że budowa jest zatrzymana przez brak środków finansowych. Nawet się nie spodziewałem, że następnego dnia będę stał kilkadziesiąt metrów od niego i na własnej skórze odczuje jaki to ogrom.
Jutro tak naprawdę ostatni pełny dzień. Pojutrze wylądujemy.

Dzień siódmy


Obudziłem się z ciężkim brzuchem. Zatrucie szarpało mój organizm. Chyba przestałem przyswajać cokolwiek. Żeby nie robić scen i problemów zjadłem kolejną dawkę leku momentalnie zatrzymującego nawet Niagarę i ruszyliśmy w drogę.
Naszym pierwszym celem było Wzgórze Moran.
Przypomniał mi się pewien artykuł w "Angorze" pod tytułem „Tańczyłem na wzgórzu Moran”. Dla nas było chyba na to za wcześnie - zresztą w środę o tej porze wszyscy byli w pracy a na górze nie było prawie nikogo. Tym bardziej nie było starszych Koreanek, które podobno w weekendy odwiedzają to miejsce by potańczyć. Dopiero u samego szczytu spotkaliśmy grupę młodych pionierów, pobierających naukę rysowania. W niebieskich spodniach, białych koszulach i czerwonych chustach, wyglądali znowu jak ktoś podstawiony. Bardzo ubiorem i wyglądem odbiegały od dzieciaków z Wonsan. Cóż, tu była stolica, tam prowincja.
Widok ze wzgórz był znakomity. Gdzie się nie rozejrzałem widziałem młodzież ćwiczącą do parady a szczekaczki zagłuszały słowa przewodnika.
Schodząc w dół spotkaliśmy kilku młodych chłopców trenujących bieganie. Fajnie wyglądali, z takim naturalnym zacięciem w chińskich trampach, w koszulkach na ramiączkach starali się doskonalić. Sport w Korei Północnej jest jedną z niewielu przepustek do lepszego życia.
Na chwile zatrzymaliśmy się obok pomnika przyjaźni Koreańsko-Radzieckiej. Chyba wszyscy wiedzą jaki Rosjanie mieli wkład w czasie wojny więc przyjaźń musi być.
W końcu znaleźliśmy się w mikrobusie. Ruszyliśmy na Plac Kim Ir Sena do muzeum sztuki. Na placu trenowały tysiące dziewczyn. Od razu usłyszeliśmy NO FOTO, ale jakoś nikt sobie z tego nic nie robił. I znowu migawki zamrugały. Podjechaliśmy znowu pod same drzwi i jak przez śluzę chcieli nas wprowadzić do muzeum. Na placu wywołaliśmy małe poruszenie. Młode Koreanki w czapkach na głowie z osłoniętą twarzą przed słońcem, z numerkiem na piersiach, przyglądały nam się ze zdziwieniem, a my znaleźliśmy się w centrum uwagi..
W muzeum jak to w muzeum. Byliśmy tylko my. Tylko dla nas włączano światło. W sumie nawet nie pamiętam co w nim było. Cały czas myślałem o tych dziewczynach na zewnątrz. W końcu znalazłem okno gdzie nie było matowej szyby i mogłem na nie patrzeć z góry.
Miały akurat przerwę, leżały w cieniu gmachów wokół placu Kim Ir Sena. Widziałem, że sobie coś pisały na kartkach. Miały otwarte książki, sprawiały wrażenie jakby się uczyły. Niesamowite, z zamaskowanymi twarzami, prawie jak kobiety z Arabii Saudyjskiej..
Pani przewodnik spytała, czy tak bardzo nam się nie podoba. Wszyscy jacyś byliśmy niezainteresowani malowidłami. Dyplomtycznie odpowiedzieliśmy, że mamy intensywne zwiedzanie od tygodnia, że jesteśmy zmęczeni i jeśli tak to wygląda to przepraszamy.

Ruszyliśmy dalej. Jako że od początku domagaliśmy się zakupów, to nasze życzenie zostało spełnione i pojechaliśmy do super ukrytego sklepu dla obcokrajowców w bocznej uliczce, daleko od zgiełku. Tak żebyśmy mogli spokojnie bez stresu wydać resztki euro.
Ale okazało się, że ulica którą mieliśmy dojechać była akurat asfaltowana i stanęliśmy dalej naszym busem. Także na skrzyżowaniu Pani Policjantka zaliczyła kolejną sesje - znowu bez aut, ale za to w pięknym słońcu.
Nam przyglądali się tubylcy a my szliśmy z podniesioną głową, radośnie fotografując kolejny portret Kim Ir Sena.
Wchodząc do sklepu zobaczyliśmy grubą Koreankę, jedyną Koreankę z nadwagą jaką udało nam się spotkać na północy.
W sklepie poszli już na totalną bandytę. Prosty przykład: płyta VCD z Koryo Tours - 22 euro. Nie wspomnę o innych bibelotach po 5 euro za coś nic zupełnie nie wartego 0,2 euro. W związku z powyższym zakupiliśmy tylko żmijówkę, (tu mała dygresja: wszystkie żmijówki w Korei Północnej ciekną, więc jeśli chcesz ją wywieźć, zabierz ze sobą taśmę klejącą).
Abym stanął w domu na wysokości zadania, Ewa kupiła mi tabletki z żeńszenia na potencje ;)
Wyszliśmy i sami bez przewodnika ruszyliśmy w stronę mikrobusa. Widziałem zdziwienie w oczach Koreańczyków, że taka grupa jak my porusza się samodzielnie. Ale nasi przewodnicy po chwili nas dogonili i ruszyliśmy dalej, wydać forsę na znaczki.

Przy hotelu Koryo, jest sklep filatelistyczny. Wyglądem odbiega od wszystkiego co widziałem w punktach handlowych Korei Północnej. Jest nowoczesny, klimatyzowany, ładnie oświetlony. Tylko co z tego skoro klejem ze znaczka za bardzo się nikt nie pożywi.
Ja z kumplem zakupiłem piwo i patrzyliśmy na szaleństwo zakupowe Ewy. Okazało się, że parę osób czeka na znaczki z Korei Północnej, stąd takie zakupy. Naszej uwadze nie uszedł dyplom z Polski, za wkład znaczka Koreańskiego w rozwój cywilizacji.
Do nabycia była koszulka z nadrukiem, że było się w Korei Północnej za jedyne 20 euro. Taka sama zrobiona w Polsce kosztowała mnie jakieś 8 euro. I jak oni chcą się rozwijać.

Ruszyliśmy na obiad. Mój organizm nadal nie pracował normalnie. Piwo nie pomogło. Ba, miałem wrażenie, że mój stan się pogarsza. Obiadu prawie nie tknąłem. Kkumpel zjadł za to za nas wszystkich porcje Kimchi. To był jego błąd, co miały pokazać kolejne godziny.
Ruszyliśmy do kolejnej świątyni, po wrzuceniu 5 euro do skarbonki zrobiliśmy sobie foty z mnichem na tle Buddy – cóż co kraj to obyczaj. Znowu zaprowadzono nas do sklepiku. Takie same metody mają w Chinach, ale tam jest większy wybór. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć czy była jakaś szczególna nazwa tej świątyni, kolejny raz to samo.



Cmentarz bohaterów Korei
fot. Ewa i Piotr Jendrus


Dobrze, że zabrano nas na górę Dasong. To miejsce gdzie są popiersia największych rewolucjonistów. Każde państwo ma swoich bohaterów. Korea Północna najważniejsze miejsce dla nich ma właśnie tu. Niesamowite, szacunek dla tych ludzi czuć było w powietrzu. Minęło nas kilka delegacji, które chwilę wcześniej złożyły kwiaty, a my przyglądaliśmy się z bliska popiersiom. Każda twarz inna. Wielu zginęła bardzo młodo mając 19 – 25 lat - i bez względu jak teraz oceniamy system w Korei Północnej, tym młodym ludziom należy się szacunek. Na samym szczycie znajduje się popiersie matki Kim Dzon Ila a żony Kim Ir Sena, największej rewolucjonistki Kim Jong Suk.
Kto jest ciekaw jak naprawdę wyglądał związek Kim Ir Sena i matki Kim Dzong Ila (która zmarła w wieku 33 lat na atak serca – są tacy co mówią, że popełniła samobójstwo strzelając z pistoletu) – odsyłam do książki pana Dziaka – "Kim Jong Il".
Siadłem na chwilę przy pomnikach, by zrobić ładne zdjęcie. Coś słyszałem w tle, ale zapatrzony przez obiektyw, nie zorientowałem się o co chodzi. Nagle się patrzę a nasz koreański przewodnik jak by się dało, zastrzelił by mnie na miejscu. Za to, że znieważyłem to święte miejsce i siadłem na murku.

Ruszyliśmy dalej. Po drodze zatrzymaliśmy się przy mauzoleum Kim Ir Sena. Zupełnie pusta droga, wymarła. Stanęliśmy na dwie minuty i kazano nam zrobić zdjęcia. Na pytanie dlaczego nie zabierają nas do środka odpowiedzieli, że tylko w soboty wpuszczają obcokrajowców. Mi się jednak wydaje, iż nie byliśmy godni. Cały czas chodziliśmy w klapkach krótkich spodenkach, a z tego co widziałem tam tylko w garniturze wpuszczają. Pewnie nie byliśmy pewni i poprawni politycznie, by zobaczyć mercedesa S600, którego jak wieść niesie zaprojektował sam Kim Ir Sen. Nie byliśmy godni by zobaczyć zabalsamowane zwłoki wielkiego przywódcy.

Pod Domem Haftów czekamy ponad 20 minut. Jest zamknięty, tzn. nikt nam nie otwiera, ale na sto procent jest ktoś w środku. W końcu Pani wewnątrz zdejmuje kłódkę i wchodzimy do środka. Odnoszę wrażenie, że znowu coś tu jest na pokaz. Mam wrażenie, że hafciarki w momencie gdy podjechaliśmy ubierały w kimona i ustawiały się przy stanowiskach pracy. Jedna z pań mi kogoś przypomina. Jestem pewien, że gdzieś ją już widziałem. Jedyne co przychodzi mi do głowy to film „Children of the secret state”. Zresztą nasz przewodnik jako żywo przypomina tamtego przewodnika, tylko 9 lat wcześniej. A może to złudzenie, ale dla mnie Azjaci już od dawna nie są tacy sami.
W każdej sali nad dziewczynami robiącymi hafty, wiszą obrazy, by wiedziały dzięki komu im tak dobrze. Na koniec prowadzą nas do sklepu. Hafty przepiękne, w cenie od 10 do 1500 euro. Ewa znajduje coś za 20. Cóż, znowu na czymś będzie się w domu kurz zbierał.
Wychodzę przed budynek. Nad nami góruje 105 piętrowy hotel. Dopiero teraz widać jego ogrom - jJak się jest 100 metrów do jego ściany. Gigant przechylony o 5 – 6 metrów, nigdy nie dokończony ze względu na wady budowlane, straszący w nocy nad Phenianem, niedoszła chluba władz Korei Północnej.

Wracamy do hotelu, żeby powoli się pakować przed jutrzejszym wylotem. Wieczorem wyruszamy na kolacje. Ja i mój znajomy jesteśmy zdemolowani jeśli chodzi o układ trawienny, a tymczasem to największa kolacja bo pożegnalna. Piękna kelnerka podaje kolejne dania. Z grzeczności wpycham coś w siebie, kumpel tylko się patrzy. Dania przyrastają w niesamowitym tempie. Jestem przerażony i zaczynam odmawiać kolejnych posiłków. W końcu w olbrzymiej misce przynoszą zupę na zimno, przysmak narodowy. Wstaje i wychodzę przed knajpę, a kelnerka skarży się naszym przewodnikom, że nic nie jemy i czy przypadkiem nie jesteśmy obrażeni czy coś. Nie rozumieją naszych tłumaczeń, że jesteśmy najedzeni.
Oglądam świat przed knajpą. Starsi mężczyźni ubrani jak za czasów Mao, młodsi grający w nieznaną mi grę planszową, kucharz który wyszedł na chwile.  Cisza. Wracam na salę. Nasza kelnerka zamieniła się w śliczną wokalistkę i śpiewa koreańskie piosenki. Potem przychodzi czas na muzykę zagraniczną: coś po rosyjsku, coś po angielsku. Gdy zaczyna śpiewać piosenkę z „Titanica” – pytam czy w kinach oglądali. Patrzy na mnie z wyrzutem i mówi:
- Amerykański film w Korei? –
Nie pytam dalej dlaczego w takim razie w study hall widziałem windows w komputerach made in USA.
Pod koniec kolacji rozwija się dyskusja. Nasz przewodnik mówi wprost:
- wiem że jesteście zszokowani takim systemem w jakim żyjemy, ale ze względu na kulturową różnice, nie rozumiecie nas.
Potem jeszcze kilka ciekawych słów.

Wracamy do hotelu na wyspie, znakomite miejsce na izolacje obcokrajowców.
Tym razem nie jedziemy na nasze 31 piętro ale na samą górę - na 47 - gdzie znajduje się restauracja. Znakomity widok. Zwiedzamy ją całą. Przy kieliszku można oglądać cały Phenian, który w tej chwili świeci delikatnymi żarówkami.
Żałujemy, że wcześniej nie przyszliśy tu na kolacje lub drinka. Wracamy do pokojów i rozpoczynamy pożegnalną imprezę przy północnokoreańskim winie. W zasadzie nie dopijam trzeciego kieliszka. Czuję się fatalnie. Układ trawienny nie pracuje od kilku godzin, a ja to wszystko jeszcze winem zalałem. Żegnam się ze wszystkimi, idę do swojego pokoju. Jeszcze przez jakiś czas oglądam koreańską TV, potem próbuje zasnąć ale nic z tego. Obolały brzuch nie pozwala mi zasnąć. Około 2 w nocy zasypiam.
O 5:30 pobudka ale o tym w ostatniej części.

Powrót

Poranna pobudka była koszmarna. Mój organizm był w rozsypce. Prysznic nie wyleczył potwornego zatrucia pokarmowego. Zjechałem windą na śniadanie, ale chyba tylko po to, by popatrzeć jak inni jedzą. Łyk herbaty z żeńszenia i już wiedziałem, że musze biec na górę.
Było parę minut po szóstej, a o siódmej mieliśmy stać z odliczonymi walizkami przy busie.
Nie do opowiedzenia jest to co przeżyłem wtedy w toalecie. Zastanawiałem się czym się tak zatrułem. Piwo, może kimchi, a może podrabiany Heineken. Cokolwiek to było to parszywe, ewidentnie flora północnokoreańska mi nie odpowiadała,
Ostatnie spojrzenia na Phenian. Cieszyłem się, że wreszcie wyjeżdżam. Potwornie było mi żal ludzi na ulicach którzy tu zostaną w komunistycznym piekle, „raju na ziemi”, jak uważają ich władze.

Podróż do lotniska była szybka. W przeciwieństwie do innych światowych stolic nie mieliśmy na swojej trasie korków, więc te 25 km przejechaliśmy bardzo szybko. W czasie drogi załatwiliśmy podziękowania dla przewodników. W zasadzie zrobiła to Ewa bo najlepiej z nas mówiła po angielsku.
Była piękna pogoda, zresztą była taka przez cały nasz pobyt. Na lotnisku wiele samochodów i bardzo wielu obcokrajowców, prawie wszyscy, którzy z nami przyleciel:, dyplomaci z UK, chrześcijańska pomoc, chłopaki z MAN, ktoś kto wygląda na dziennikarza albo globtrotera. Ale przybyli też nie znani mi afroamerykanie lub Europejczycy.
Starym zwyczajem ustawiliśmy walizki w jednej linii i po chwili zaczęli je prześwietlać. Jako jedyny przeszedłem na drugą stronę by pomagać przy odkładaniu i nadaniu ich dalej. Jakimś dziwnym trafem celnik kazał otworzyć mi dokładnie moją walizkę. W sumie nie miałem nic do ukrycia poza kasetami video i karatami pamięci. Szczerze mówiąc do końca się bałem, by ktoś nie zechciał coś mi zabrać lub skasować. Choć wcześniej mnie zapewnianao że nic takiego się nie stanie, to miałem w pamięci, że jeszcze niedawno zabierano lub ewidencjonowano aparaty fotograficzne.  Co ciekawe nasze walizki odprawiono od razu do Warszawy.
Z naszymi przewodnikami poszliśmy na górę. Tu już trwała przeprawa na całego. Twarze północnokoreańskich celników wydawały się być groźne. Zaczęliśmy się żegnać z naszymi przewodnikami. Trochę żal, ale z drugiej stronie myślami byłem już w Pekinie - w normalnym kraju (dziwne spostrzeżenie).
Sprawdzono nasze paszporty, czy mamy wszystkie pieczątki i czy pozwolono nam na wyjazd. Sprawdzono nas wykrywaczem metali. Nasi
przewodnicy zostali po drugiej stronie, stali długo i machali do nas a my do nich. Widziałem jakiś żal w ich oczach, niby się uśmiechali ale tak jakoś jak by chcieli, żeby ich zabrać ze sobą. Ja tymczasem obserwowałem, jak celnicy bez jakiekolwiek kontroli wpuszczają mężczyznę w wieku 50 lat ubranego w doskonały garnitur, z czerwonym znaczkiem Kim Ir Sena. Jeszcze mu się pokłonili. Cóż, w tym kraju są równi i równiejsi.
Żeby nie było na lotnisku w Phenianie jest sklep wolnocłowy, tak go nazwijmy, gdyż ceny są w nim 3 razy wyższe niż na mieście w sklepie dla obcokrajowców. Jjeśli ktoś ma resztki euro ma czas by je tu zostawić.
My za to za darmo zabraliśmy zeszycik z wydrukowanymi myślami Kim Dzon Ila. Cóż pewnie tyle są warte. Przeszedłem dalej wyciągnąłem aparat i zrobiłem kilka zdjęć samolotom IŁ 62 M Koryo Air. Nasz samolot stał już na płycie lotniska. Wsiedliśmy do autobusu i podjechaliśmy do samolotu. Jakie było zdziwienie gdy przywitała mnie ta sam stewardesa, która witała mnie 8 dni temu na lotnisku w Pekinie.
Zajęliśmy swoje miejsca i w drogę.

Tym razem lot był już zupełnie normalny, tzn samolot leciał prosto, z klimatyzacji śmierdziało starym grzybem, a stewy rozdawała kanapki, (jak się leci do Korei Północnej dostaje się coś na ciepło jak się z niej wyjeżdża można dostać tylko kanapkę) - nawet nie tknąłem. Na kawę patrzyłem ze smakiem, ale również nawet nie powąchałem. Cały czas bałem się reakcji organizmu.
Włączyliśmy kamerę video, nie zrobiliśmy tego w tamta stronę ale podczas powrotu byliśmy odważniejsi.
Po 90 minutach lotu wylądowaliśmy w Pekinie. W rękawie pomyślałem sobie „wolność” (dziwne nie? - w Chinach pomyśleć, że to wolny kraj).
Po kilkudziesięciu minutach czekaliśmy już na naszego Boeinga 777 Aeroflotu na lot do Moskwy. Mój organizm nadal mówił: nic nie jedz i nie pij – zdrowieje. Byłem zaskoczony, że tak mało pasażerów jest na trasie Moskwa-Pekin. Czułem się już prawie jak w kraju, hehe. Pod koniec podróży wreszcie coś zjadłem organizm podjął pracę.
7,5 godziny zajmuje lot z Pekinu do Moskwy, nie tak długo jak lot z Frankfurtu do Pekinu z Lufthansą, ale na Szeremietiewie musieliśmy czekać około 8 godzin na połączenie do Polski. Na szczęście wśród bliskich nam narodów jest zwyczaj picia płynu zbliżającego jak mało co.
Jako że sklepy otwarte, ceny w miarę atrakcyjne, to nie było na co czekać. Zaczęliśmy dalej się integrować. Integrowaliśmy się tak mocno, że nawet nie wiem kiedy nam minęło te 8 godzin. Ewa zasnęła na ławce, a ja wyleczyłem organizm.
LOT i B737 – polskie stewy jak zwykle lekko bezczelne, mające paxów w … na swoim miejscu, gazeta wyborcza, żywiec 0,33. Pogadaliśmy chwile i zasnęliśmy. Wszyscy byliśmy wykończeni trudami podróży. Na parę minut przed lądowaniem obudziłem się.
Cały czas moje myśli były TAM – to co zobaczyłem co przeżyłem wryło się w pamięć.
Do domu dotarliśmy koło 3 w nocy cała podróż zajęła nam od 7 rano czasu koreańskiego do do 3 polskiego plus 9 różnicy czasu. Byliśmy wycieńczeni ale nie mogliśmy zasnąć. Długo gadaliśmy z Ewą o tym co widzieliśmy. Rano mieliśmy być w pracy.

Od rana dzwonili do nas znajomi przyjaciele pytali jak było – wszystkim odpowiadałem podobnie:
– Idź dziś do rodziców do kościoła lub gdzie indziej i podziękuj losowi, że mieszkasz w tak wspaniałym kraju jak POLSKA.

<< Start < Poprzednia 1 Następna > Ostatnia >>

Wyniki 1 - 1 z 1
newsletter

Subskrypcja newslettera
Wpisz swój e-mail




ciekawe relacje
z naszej fotogalerii
« wszystkie galerie
współpracujemy














Aktualnie jest 22 gości online