22.gif
strona główna
przydatne w podróży
ambasady polskie
ambasady zagraniczne
ubezpieczenia turystyczne
rozmaitości
tapety
przyjaciele torre.pl
kalkulator walutowy
1 EUR=0.831 Gibraltar Pound (GIP)
1 EUR=12,729.500 Iran Rial (IRR)
1 EUR=4.822 Israeli Shekel (ILS)
1 EUR=118.512 Pacific Franc (XPF)
1 EUR=746.108 Rwanda Franc (RWF)
sprawdź kursy walut »
prognoza pogody
Vilsbiburg, Germany
Temperatura: 16°C
Temp. wiatru: 16°C
Wilgotność: 76%
Prędkość: 14 km/h
Kierunek: 70°
Ciśnienie: 960.4 mb
ENE
zobacz inne prognozy »
[ strona główna ] arrow relacje arrow Japonia Paulina Pilch
relacja PDF Drukuj E-mail
Japońskie impresje

Paulina Pilch

Zawsze myślałam, ze do Japonii ewentualnie zawitam jako emerytka.  Zbieg okoliczności sprawił, że trafiłam tam znacząco wcześniej.  Trochę wbrew planom podróżniczym i trochę wbrew własnym oczekiwaniom.  Musiałam się zmierzyć z kilkoma mitami o Japonii, z których większość okazała się prawdziwa ale też niektóre zupełnie chybione. Mit pierwszy - obłędna drożyzna.  Tak, ale nie do końca jest to jednak prawda.  Jeśli porównać Japonię do np. Kambodży to znajdziemy się w dwóch różnych światach ale kosztowo Japonia kształtuje się na poziomie państw Europy Zachodniej z lekkim wskazaniem na Skandynawię.  W każdym razie podróż po Japonii nie będzie droższa (za wyjątkiem biletu lotniczego) od podróży po Norwegii, Finlandii czy Anglii.  Jeżeli ktoś jednak postanowi mieszkać w najdroższych hotelach oraz ubrać się od stóp do głów w Tokio i do tego kupić sobie torebkę lub teczkę Louis Vuittona (bardzo popularne, wręcz wstyd się bez takowej pokazać w Tokio:-) to czeka go wydatek życia.   Mit drugi - wspaniała przyroda.  Japończycy są mistrzami autokracji w zakresie reklamowania najmniejszego pagórka jako drugiego Mount Everestu.  Sprzedają swój kraj jako Tybet i Nepal połączone z Amazonią a prawda jest znacząco bardziej smutna dla wielbicieli przyrody.  Japonia, której 85% powierzchni pokrywają góry, jest de facto przyrodniczo zdewastowana.  Japończycy betonują co się tylko da, równają góry a w każdym miejscu ciekawym przyrodniczo, budują betonowe hotele, parkingi dla autokarów wielkości potężnych lotniskowców i przecinają autostradami najwspanialsze wizualnie przyrodnicze regiony.  Japonia to kraj miast, cywilizacji, świątyń i niezwykłej kultury.  Nie jest to natomiast miejsce dla szukających zagubienia w przyrodzie. Mit trzeci - kraj wysoce wysublimowanej techniki, która otacza każdego wszędzie.  Tak, ale bez przesady.  Niemalże każdy niemowlak ma swój telefon komórkowy (ale kto teraz nie ma?) ale metro wygląda jak normalne metro (z tą różnicą, że jest niesłychanie czyste i punktualne), słynne „pociągi pociski” tez wyglądem nie różnią się zasadniczo od polskiego InterCity na trasie Warszawa-Kraków.  Duża część Japończyków robi zdjęcia telefonem komórkowym, który posiada aparat zbliżony od tych, które wbudowane są w telefony sprzedawane w Europie.  Ale co najgorsze - zasadniczo wszędzie brakuje bankomatów i terminali, gdzie można płacić kartą a człowiek bez gotówki nie posiada głosu a pomysł, że można podróżować po Japonii używając karty kredytowej jest równie idiotyczny jak pomysł, że na polskiej prowincji można bez kłopotu dogadać się po japońsku.  W czasie całej podroży trafiłam do jednego hotelu, w którym można było płacić kartą.   Mit czwarty- najbardziej orientalny kraj świata, tak odległy od innych kultur jak żaden inny.  Prawda.  Japonia, pomimo wszystkich zdobyczy cywilizacji, pomimo niespotykanego w świecie rozwoju technicznego, pozostaje w sferze kulturowej i obyczajowej zapewne najbardziej egzotycznym krajem dla Europejczyka.  Nie tylko bariera językowa powoduje, że w Japonii Europejczyk może poczuć się bardziej obcy niż gdziekolwiek indziej.   


Tokio
Fot. Paulina Pilch

Tokio 

Wszystko co napisano o Tokio to prawda.  Jest to gigantyczny moloch podzielony na szereg mniejszych rejonów.  Tokijskie dzielnice można jedynie opisać w odniesieniu do stacji metra wokół których się znajdują.  Brakuje tu adresów, prostych planów i nazw ulic.  Tokio jest chaotyczne i gigantyczne, konkuruje z Mexico City o miano największej aglomeracji świata szczycąc się około 30 milionami mieszkańców.  W całym tym chaosie istnieje jednak pewien porządek, który powoduje, że miliony ludzi przemieszczają się ulicami bez poważniejszych kłopotów, metro nie spóźnia się, smog na ulicach nie jest zbyt dokuczliwy a wszystko wokół funkcjonuje jak w szwajcarskim zegarku.  Największa tokijska stacja metra i kolejki, Shinjuku, obsługuje dziennie od 2 do 3 milionów ludzi ale przy automatach sprzedających bilety i przy bramkach do metra nie tworzą się żadne korki a na peronach wszyscy stoją karnie wzdłuż linii wskazującej miejsce wsiadania do wagonu.  Przepychanki i popychania zdarzają się jedynie w momencie gdy drzwi metra się zamykają a nadal cześć potencjalnych pasażerów pozostaje na peronie.  Ale nadal jest to robione z japońską rezerwą i uwzględnia okazywanie szacunku innym.  To co szokowało najbardziej, to to że cały ten tłum przemieszcza się we względnej ciszy aby nie naruszać przestrzeni innych. 
 Tokio jest klasycznym miastem po którym należy się szwendać, w którym należy się zgubić.  Oferuje jednak szereg atrakcji, jeśli tylko ktoś chce zwiedzać Tokio według planu. 

Shinjuku, Shibuja i Harajuko
to leżące na jednaj linii stacje metra, które oferują Tokio w pigułce.  To jest to Tokio, które znamy z filmów, zatłoczone, wielkomiejskie i wieczorem rozbłyskujące taką ilością neonów, że zużyta elektryczność oświetliłaby niejedno afrykańskie państwo przez tydzień.  To Tokio nie oferuje spotkania z kulturą czy szczególnych doznań estetycznych.  To Tokio poza tłumem i neonami oferuje sklepy, knajpy, wyprzedaże, salony patchinko i inną szeroko pojętą rozrywkę.  Trudno to znaleźć jakaś konkretną atrakcję poza możliwością przemieszczanie się w gigantycznym tłumie i obserwowania Japończyków w trakcie ich codziennych wieczornych rozrywek. Darmową panoramę Tokio oferuje budynek rządowy (Tokio Metropolitan Gov. Builidng) przy stacji Shinjuku.  Dla zmęczonych tłumem koło Harajuku znajduje się jedna ze starszych i piękniejszych świątyń sintoistycznych w Tokio -- Meiji-jingu, piękny kompleks drewnianych budynków świątynnych.  Zapewne jedna z najbardziej ascetycznych świątyń, jakie widziałam w Japonii.  Czysta forma starego drewna, zero ozdób, proste ale wyrafinowane drewniane budowle.  W kącie świątyni wielki bęben, po środku zwieszający się lampion.  Jeśli ktoś chce zobaczyć wspaniałą świątynną i starą architekturę japońską będąc jednie przez chwilę w Tokio to ta świątynia jest właściwym miejscem do odwiedzenia.   Wychodząc z kompleksu świątynnego nie można ominąć mostku prowadzącego do stacji metra.  W weekendy, na tym mostku, nastoletnie Japonki odstawiają wielki performance przebieranek. Jest to widowisko, w czasie którego nastoletnie dziewczyny (i czasami chłopcy ale rzadko) przebierają się w najwymyślniejsze stroje, często o silnie seksualnym podtekście.  Podobne miejsca można znaleźć w innych dużych miastach Japonii bo nastolatki spoza Tokio nie różnią się aż tak bardzo od tych tokijskich, natomiast mostek w Harajuku nabrał już charaktery miejsca kultowego.  Być może za parę lat trzeba będzie kupować bilety aby tam wejść.   

Asakusa
to stara dzielnica Tokio, zlokalizowana trochę na uboczu głównych atrakcji metropolii, kiedyś centrum życia kulturalnego.  Starych budynków zostało tu niewiele, ale pośrodku dzielnicy znajduje się ogromny kompleks świątynny - Senso-ji.  To jedna z najstarszych świątyń buddyjskich Tokio imponująca rozmiarami prowadzących do niej bram.  Jest ulubiona nie tylko przez turystów ale również przez samych Japończyków, więc panuje tam niepodzielny tłum.  A że dodatkowo do świątyni prowadzi urokliwa uliczka otoczona sklepikami sprzedającymi pamiątki, słodycze i inne drobiazgi to zwiększa jedynie tłum. Z Asakusą sąsiaduje dzielnica Ueno, w której znajduje się duży park będący zarówno siedzibą muzeum narodowego jaki tradycyjnym schronieniem tokijskich bezdomnych.  Trafiłam do Tokio w czasie hanami czyli dorocznego festiwalu związane z kwitnieniem wiśni.  Bezdomni więc trochę znikneli w tłumie, natomiast pod kwitnącymi drzewami wiśniowymi, które rosną gęsto w całym parku, odbywały się pikniki.  Park Ueno może więc mieć dla zwiedzających Tokio dwa oblicza.  Bądź jest to park pokryty celofanowymi namiotami bezdomnych bądź w okresie hanami wielki miejski piknik pod kwitnącymi wiśniami.  W każdym razie warto.   

Hanami
jest dla Europejczyka festiwalem pięknym i zadziwiającym.  Wiśnie rzeczywiście kwitną przepięknie, specjaliści rozróżniają podobno szeregi odcienie kolorów kwiatów.  Ja mogę jedynie powiedzieć, że większość jest biała lub biało - różowawa a czasami zdarzają się odmiany o intensywnie różowych kwiatach.  W każdym razie, obserwowanie kwitnienia wiśni to dla Japończyków rodzaj ekstazy narodowej.  Po pierwsze potrafią obfotografować niemalże każdy kwiatek na drzewie wiśniowym.  Szczególne wrażenie robią osoby starsze, zazwyczaj o wzroście nie przekraczającym 140 cm, które z ponad metrowymi profesjonalnymi statywami oraz wysokiej klasy aparatami krążą po mieście fotografując jedynie kwiatki na drzewach.  Robią to z takim oddaniem i zapałem jak paparazzi fotografujący największe gwiazdy.  Po drugie - z umiłowaniem w oczach wpatrują się przez bardzo długi czas w kwitnące gałązki i rozprawiają o nich godzinami.  Widziałam przewodniczkę oprowadzającą wycieczkę Amerykanów po najwspanialszych świątyniach w Narze, która co chwila zatrzymywała grupę, pokazywała na prawo bądź lewo i mówiła „And here we a have a beautifull cheary blossom tree”.  Po trzecie - piknikują pod kwitnącymi wiśniami całymi rodzinami i zakładami pracy.  Na trawie, pod drzewem (idealnie) lub w jego okolicy (dla spóźnialskich) duże grupy ludzi rozkładają niebieskie, plastikowe płachty, zdejmują (oczywiście obowiązkowo) buty a następnie rozpoczynają wielogodzinną konsumpcję jedzenia, słodyczy i alkoholu.  Doroczny rytuał o niemalże religijnym charakterze.   W Tokio można spędzić miesiąc a nawet i rok i nigdy nie zobaczyć wielu części miasta.  Niektóre miejsca mogą być interesujące dla wielbicieli zakupów i luksusu - jak Ginza i Roppongi.  Należy jednak pamiętać, że nie ma tam nic specjalnego.  Sklepy D&G obok Armaniego etc.  Ja dałam się oszukać poznanym w Kioto Australijczykom, którzy zapewniali mnie, że Roppongi oferuje niezwykle spektakularne rozrywki.  A trafiłam do dzielnicy knajp nastawionych wyłącznie na białych i galerii handlowej, w której było po prostu dużo sklepów.  Na każdej stacji tokijskiego metra też jest dużo sklepów a wszędzie wokół są wielopiętrowe domy towarowe.  Nie warto tracić czasu.   To co naprawdę warto zobaczyć w Tokio to targ rybny Tsukiji, podobno największy na świecie.  Prawie codziennie od świtu do około 10 rano odbywa się targ, na którym można zobaczyć niemalże każde morskie stworzenie jakie można sobie wyobrazić.  Targ słynie z licytacji tuńczyków, która odbywa się około 5 nad ranem.  Potem towar jest dzielony, wkładany do kontenerów oraz rozkładany na stoiskach.  Targ to nieustanny ruch, wózki widłowe krążące wydawałby się chaotycznie i jednak wedle ścisłego planu.  Trochę jak tokijska ulica.  Nikt tu na nikogo nie wpada.  A przed oczami ośmiornice w niezwykłych kolorach oraz takie z przyssawkami wielkości bułki kajzerki i większymi, wszystkie możliwe rodzaje muszli, coś co przypomina węża i dziwna struktura o wyglądzie mózgu, która jednak zalicza się do owoców morza.   

Kamakura
 

Z Tokio jadę do Kamakury, godzina drogi pociągiem JR.  Kamakura jest mała, pełna świątyń, z jednej strony otoczona wzgórzami a z drugiej oceanem.  Jedna z przyjemniejszych miejscowości jakie zobaczę w całej Japonii.  Oferuje niespektakularne ale bardzo miłe szlaki o wzgórzach okalających miasteczko.  Cześć z tych szlaków wiedzie zresztą wzdłuż szlaku świątyń co pozwala połączyć spacer po górach z odwiedzaniem świątyń.  Jedną z ciekawszych jest świątynia, w której myje się pieniądze.  Ma to przynieść bogactwo.  Do wiklinowych koszyczków wkłada się monety i banknoty a następnie polewa je wodą ze świętego źródełka.  Następnie, i stanowi to dosyć komiczny widok, wszyscy chodzą po terenie świątyni i machają wilgotnymi banknotami aby je wysuszyć.  Niektórzy nawet posuwają się do okadzania ich w dymie kadzideł.  Ale Kamakura ma mnóstwo innych świątyń, każda oferująca co innego.  Na mnie największe wrażenie zrobiła sintoistyczna świątynia Kenjo-ji, XII wieczny kompleks drewnianych świątyń.  Ponownie, w odróżnieniu do buddyjskich (choć to nie jest żelazna reguła) wręcz ascetyczny, pełen prostoty i równocześnie monumentalny.  Zdecydowanie wolę świątynie sintoistyczne od buddyjskich.  Niemalże każda mnie urzeka. 
 Nad oceanem widzę tablicę, która jeszcze dwa lata temu by mnie rozbawiła a teraz przeraża.  Zawiera ostrzeżenie o tsunami i każe obserwować powierzchnie wody a w przypadku niewyjaśnionych lub dziwnych zjawisk na wodzie uciekać w głąb lądu.  Takich tablic, jak również tablic informujących o tym co należy robić w trakcie trzęsienia ziemi, jest w Japonii dużo. 



Świątynie Nikko
Fot. Paulina Pilch
Nikko 

Jadąc z Tokio w drugą stronę niż Kamakura trafimy do Nikko, jednej z japońskich perełek.  Kompleks światyń obejmuje kilkanaście zespołów świątyń buddyjskich i sintoistycznych.  Niektóre z nich są typowe, niektóre niezwykłe.  Spośród niezwykłych, symbolem Nikko jest świątynia o niezwykle bogatym zdobnictwie, zdecydowanie bardziej przypominająca przeładowane detalami i kolorami chińską architekturę niż hołdującą prostocie japońską stylistykę.  Przed główną bramą tej świątyni, zwanej Tosho-gu, znajduje się doskonale znany na całym świecie i przerabiany na tysiące sposobów drzeworyt - trzy małpki z Nikko, z których pierwsza zakrywa uszy, druga usta, trzecia oczy.  Hear no evil, speak no evil, see no evil.  Zachód lubuje się w dodawaniu czwartej małpki zakrywającej sobie krocze, ale japońska tradycja nic o tym nie mówi.  
 

Droga do Kioto
 

Jadąc do Kioto zatrzymuję się w Kawasaki.  Nic tu nie ma ciekawego, ale dziś jest 2 kwietnia i odbywa się tu festiwal płodności polegający na wielkiej zabawie wokół gigantycznego, różowego fallusa.  Sama świątynia, w której się to odbywa ma na swoim terenie szereg drewnianych i kamiennych fallusów, które stanowią stały element jej wystroju.  Ale dziś w kształcie fallusa jest tu wszystko, warzywa, owoce, słodycze, tylko sushi zachowuje swój tradycyjny kształt, choć i on jest czasami falliczny z natury.  Rozdają sake, grają na bębnach.  W pewnym momencie silna grupa drag queens bierze na plecy platformę, na której znajduje się trzymetrowy różowy fallus i przy dźwiękach piszczałek, bębnów i okrzyków rozpoczyna się przemarsz ulicami miasta.  Wszystkiego pilnują znudzeni policjanci.  Jest ich trzech na kilka tysięcy zgromadzonych osób. 
 Z Kawasaki jadę do Kioto.  Nawykła do tego, ze hotelu zazwyczaj szukam na miejscu podobne plany miałam przed wyjazdem do Japonii.  Znajomi wyprowadzili mnie jednak z błędu i jak na trzy tygodnie przed wyjazdem zabrałam się za bookowanie hotelu w Kioto okazało się, że nigdzie nie ma miejsc.  Kioto to Paryż i Wenecja razem wzięte jeśli chodzi i dostępność miejsc hotelowych.  Zawsze trzeba bookować z dużym wyprzedzeniem w każdym turystycznym miejscu.  Gdy szukałam miejsca, jeden z hosteli odmawiając mi gościny polecił mi równocześnie nowo powstały hostel Bon.  I to okazał się strzał w dziesiątkę.  Stary japoński dom, pokoje japońskie z matami tatami i futonami do spania, gospodarz jak na Japończyka wręcz patologicznie przyjazny i wylewny (okazało się, że mieszkał w Europie i Stanach przez lata co zmieniło nieco jego mentalność aczkolwiek jego angielski nadal pozostawiał bardzo dużo do życzenia), gospodarz kucharz, który na życzenie przygotowywał dowolne dania jakie sobie tylko można było zażyczyć. I to wszystko za połowę ceny najpodlejszego hostelu w Kioto.  Skarb.  Pobyt w Bon był przyjemnością samą w sobie.  Poza urokiem samego miejsca i gościnnością gospodarza, jest to również miejsce dające możliwość spotkania nie tylko z innymi turystami z Europy, Stanów i Australii ale tez raczej niezwykłą możliwość zjedzenia śniadania i kolacji przy jednym stole z podróżującymi Japończykami oraz młodymi Japonkami studiującymi w Kioto.   Stare Kioto to japoński odpowiednik najstarszych miast europejskich i najwspanialszych zabytkach, takich jak Rzym, Wenecja, Paryż czy kilka innych podobnej rangi.  Ilość świątyń przewyższa ilość kościołów w Krakowie a jeśli ktoś chciałby zobaczyć je wszystkie to powinien przeznaczyć na to co najmniej miesiąc.  Ale na pewno warto zobaczyć Złoty Pawilon, nie dlatego, że jest słynny tylko dlatego, ze jest piękny i otoczony wspaniałym parkiem; kompleks świątyń Daitoku-ji gdzie można obserwować wysublimowane japońskie wnętrza oraz Ginkaku-ji z wspaniałym ascetycznym kamiennym ogrodem, gdzie z małych kamyczków usypano górę Fuji i otaczające ją wzburzone morskie fale (Fuji jest w środku lądu ale autorom chodziło pewnie o symbolikę).  Warto tez zobaczyć całe mnóstwo innych świątyń jeśli się oczywiście ma czas. Kioto jako miasto niestety, podobnie jak inne japońskie miasta, nie grzeszy urodą.  Jest dużo mniejsze i nie tak wielkomiejskie jak Tokio, ale podobnie chaotyczne i z nieciekawą zabudową.  Ze starego Kioto, poza świątyniami pozostała właściwie jedynie dzielnica Gion, zwana dzielnicą gejsz.  To zaledwie kwartał ulic z starymi, drewnianymi herbaciarniami.  Główna atrakcją Gion są gejsze, na które turyści polują z aparatami a one starają się ich unikać.  Można je spotkać wczesnym wieczorem gdy idą na spotkanie w jednej z herbaciarni.  Należy pamiętać, że zwykły turysta nie ma szansy dostać się do takiej herbaciarni.  Czatują więc wszyscy na jednej uliczce w Gion.  Mi, zupełnie przypadkiem, udało się zobaczyć gejsze w taksówce.  Na słynnej uliczce w Gion widziałam natomiast trzy majiko czyli uczennice gejsz i kandydatki na gejsze.  Różnią się od swoich starszych koleżanek elementami stroju.   



Kioto – Złoty Pawilon
Fot. Paulina Pilch

Koło Kioto znajduje się Inarii, mała mieścina z ogromnym kompleksem sintoistycznych świątyń, które być może nie miałyby w sobie nic szczególnego gdyby nie to, że okalają je kilometry czerwonych bram tori prowadzących na wzgórza nad Inari.  Bramy tori, tradycyjnie otwierające wejście do świątynie sintoistycznej, tutaj ustawione są dziesiątkami a czasami setkami tworząc długie, czerwone korytarze, którymi idzie się na wzgórze za miasto. Jest to niezapomniany widok, pozwalający dodatkowo zobaczyć z oddalenia panoramę całego Kioto. 
 Z Inarii tylko godzina drogi do Nary, starej stolicy Japonii.  Nara, podobnie jak Nikko i Kamakura to niewielkie miasto, które oferuje możliwość odwiedzenia niezwykłych kompleksów świątynnych.  Największa ze świątyń, jest jednocześnie największym istniejącącym budynkiem drewnianym na świecie.  Wszystkie świątynie położone są w ogromnym parku, którym rządzą jelenie.  Jelenie są wszędzie, są przyjacielskie ale bardzo żarłoczne.  Zjadają wszystko co im się da, jak również te rzeczy, których im się nie da, np. mapę Nary trzymaną nonszalancko w ręku przez nieuważną Japonkę.  Jeleniom można kupić specjalne jeleniowe ciasteczka, które mają w asortymencie sprzedawcy coli i innych napojów.  Ale na taki krok powinni decydować się jedynie odważni. Jelenie, spokojnie przechadzające się po trawnikach, uliczkach i alejkach widząc śmiałka kupującego jeleniowe ciasteczka rzucają się w jego kierunku, walczą pomiędzy sobą oraz z samym nieszczęśnikiem, wyrywają ciasteczka a nieszczęsnego dobroczyńcę gryzą po rękach a te, które znalazły się od niewłaściwej strony... po pośladkach.  Liczą na zmianę kierunku wydawania ciasteczek.   

Hiroszima
 

O tym, że Hiroszima przestała istnieć w 1945 roku wie każdy i nikt nie oczekuje zabytków klasy zero, które oferują inne japońskie miasta.  W Centrum można obejrzeć szkielet budynku, który jako jedyny ocalał, paradoksalnie dzięki temu, że znalazł się w epicentrum wybuchu.  Otaczający go Park Pokoju naszpikowany jest pomnikami, tablicami pamiątkowymi i informacjami przypominającymi o tragedii.  Z drugiej strony to właśnie w Hiroszimie często przypomina się o tym, że Japończycy cierpią na zbiorową, narodową amnezję.  Nie pamiętają co się wydarzyło w czasie II wojny światowej, nie pamiętają japońskiej ekspansji i okupacji znaczącej części Azji, odżegnują się od jakichkolwiek zbrodni wojennych i nie pamiętają dlaczego Enola Gay spadła na miasto.  Nie umniejsza to naturalnie tragedii jaka dotknęła mieszkańców Hiroszimy ale pozwala się zastanowić nad odmiennością doświadczeń europejskich i azjatyckich. 
 Hiroszima ma ukryty skarb, z jednej strony znany z pocztówek, z drugiej nie odwiedzany tak często jak na to zasługuje.  Miyajima to kompleks świątynny znajdujący się na obrzeżach miasta, w otoczeniu oceanu i wzgórz.  Znakiem rozpoznawczym Miyajimy jest czerwona brama Tori stojąca w wodzie, prowadząca do świątyni od strony wody.  O czym przewodniki nie wspominają (zazwyczaj) to to, że poziom oceanu jest przez większość roku niski i brama oraz świątynia, do której prowadzi, zazwyczaj stoją w błocie a nie w wodzie.  Ja miałam to szczęście, że brama była w wodzie, świątynia już nie.  Ale widok Tori wystającej z oceanu, otoczonej przez wodę, na tle wzgórz wynagrodził niski poziom oceanu.  Samo miasteczko otaczające świątynie jest nieznośnie komercyjne.  Na okoliczne wzgórza (szumnie nazywane przez Japończyków górami) prowadzi jednak trasa kolejki liniowej.  Prawie wszyscy turyści wjeżdżają na górę, robią zdjęcia zatoki i zjeżdżają.  A warto zejść na dół na piechotę.  Ze szczytu prowadzi szereg szlaków, wszystkie mijają po drodze świątynie i punkty widokowe.  Lasy porastające wzgórza zamieszkują niezwykle krzykliwe małpy, które często wychodzą  w okolice świątyń bądź nawet stacji kolejki.  Można je wtedy fotografować do woli, bo zachowują się jak profesjonalni modele.  Lepiej jednak nie próbować się bliżej przyjaźnić, są to dzikie i dosyć agresywne zwierzęta, szczególnie samice z małymi.  



Mijajima w Hiroszimie
Fot. Paulina Pilch
Shikoku 

Shikoku to jedna z czterech głównych wysp Japonii, oddalona jednak od głównych miast i mocno prowincjonalna.  Moja podróż tam była próbą poznania wspaniałej japońskiej przyrody i zobaczenia unieśmiertelnionej przez Alexa Kerra doliny Iya.  Przyroda mnie rozczarowała, dolina Iya poprzecinana jest drogami szybkiego ruchu a na szczyty okolicznych gór można wdrapać się po ... asfaltowej szosie.  Japończycy hołdują zupełnie innemu typowi kontaktu z naturą niż ten, który ja cenię.  Być może tropikalna Okinawa zaspokoiłaby moja potrzebę kontaktu z naturą bo Shikoku zdecydowanie się nie udało.  Asfaltowe drogi prowadzą do dowolnego miejsca, które ma być wspaniałym cudem natury a okazuje się strużką strumyka lub małym pagórkiem.  Ale za to zobaczyłam japońską prowincję, pozbawioną angielskich napisów, senną, zamkniętą wokół małej stacyjki kolejowej, z jedynym sklepem gdzie wszyscy pozdrawiają się jak najbliżsi członkowie rodziny.  To Japonia tak inna niż wielkomiejskie Tokio czy pełne zabytkowych świątyń Kioto jak każda prowincja różna jest od stolicy.  Jednak dla gajgina podróżującego po Japonii to jeszcze dodatkowo szansa obejrzenia japońskiej wsi, gdzie nadal Europejczyk jest zjawiskiem rzadkim i wzbudzającym lekkie, przepełnione japońska rezerwą zainteresowania.  Shikoku to również jeden z regionów Japonii obfitujący w słynne onseny czyli gorące źródła zamienione w miłe baseny, gdzie po odstawieniu japońskiego rytuału mycia się, można zanurzyć się we wrzątku i relaksować do woli.  Dla najbardziej oddanego czystości Europejczyka, Japońskie mycie całego ciała, przed wejściem do onsenu, stanowi nie lada wyzwanie.  W specjalnie do tego przygotowanym miejscu należy dokładnie umyć każdy milimetr ciała na specjalnie w tym celu podsuniętym stołeczku.  I można się tak myć i myć, po raz trzeci, czwarty a myjąca się obok Japonka, która zaczęła razem z  nami będzie nadal w okolicy szyi licząc mycie od czubka głowy.  Podobno w latach 80-tych XX wieku, gdy białych w Japonii było niewielu zdarzało się, że na łaźniach i onsenach spotykano napisy, ze gajginom wstęp wzbroniony.  Zdarzało się również, że na widok gajgina Japończycy wychodzili ostentacyjnie z basenu.  Wiadomo, gajgin jest brudny. 
  Japonia ma w sobie tajemnicę i orient, jakiego nigdzie indziej nie spotkamy.  Ma do zaoferowania niespotykane gdziekolwiek indziej skarby kultury i architektury.  Chociażby dlatego, że sintoizm jest religią występującą jedynie w Japonii a świątyni sintoistycznych nie znajdziemy nigdzie indziej a Tokio jest metropolia nie istniejącą w takiej formie nigdzie na świecie.  Z drugiej strony to kraj oferujący komfort podróżowania zbliżony do Niemiec, Francji czy innego rozwiniętego kraju europejskiego oraz poza nielicznymi i trudno (czytaj: obłędnie drogo) dostępnymi rejonami nie oferujący spektakularnych widoków przyrodniczych.  Doświadczenie jedyne w swoim rodzaju ale dla koneserów tego typu klimatów.  W Japonii można się zakochać ale trudno nazwać ją piękną.   

Porady praktyczne: 
 

·         
przelot - można, przy odrobienie szczęścia, znaleźć promocje, które pozwolą dolecieć do Tokio za mniej niż 2000 złotych.  Na takie promocje należy jednak nastawiać się zimą.  Ceny lotów z Warszawy do Tokio via jedna ze stolic europejskich w promocji oscylują wokół 2500 zł a poza promocjami od 3000 zł w górę. 

·       
podróże po Japonii - jeżeli planuje się opuścić Tokio i podróżować po Japonii niezbędny staje się JR Pass.  Koszt passu to ok. 1500 zł za dwa tygodnie (są tez dostępne passy na tydzień i trzy tygodnie) ale jest to koszt który pokryje zaledwie podróż powrotną z Tokio do Kioto i ze dwa krótkie wypady wokół Tokio.  olej w Japonii jest niezwykle komfortowa, punktualna co do sekundy ale też obłędnie droga.  Podróżowanie po kraju bez JR passu finansowo mija się z celem.  Pass można kupić jedynie poza granicami Japonii, w praktyce w większości stolic europejskich (ale nie w Warszawie).  Szczegółowe informacje www.japanrailpass.net.  Tańszą od pociągów alternatywą są autobusy ale ich siec jest gorsza niż pociągowa i dla posiadaczy JR Passu nie jest również opłacalna.

·         
Fuji - dla tych którzy marzą o zdobyciu szczytu świętej dla Japończyków góry ważna informacja (o której nie wiedziałam zanim nie dotarłam do Japonii a sama planowałam na szczyt wejść).  Góra tonie w chmurach i mgle przez 80% czasu w roku.  Wejść można ale idzie się w gęstej wacie i nie widać nic, nie mówiąc o stożkowatym szczycie wygasłego wulkanu.  Podobno najlepszym okresem widoczności i przejrzystości powietrza jest okres późnej jesieni i wczesnej zimy.  W marcu i kwietniu Fuji było widoczne przez jeden (dosłownie jeden) dzień i to niezbyt wyraźnie. 

·         
wizy - brak.  Przy przylocie otrzymujemy stempel uprawniający do 90 dniowego pobytu. 

·         
szczepienia - brak.  W Japonii zagrożeniem mogą być trzęsienia ziemi ale nie choroby tropikalne.

·         
język - Japończycy, co do zasady nie mówią po angielsku.  Nawet w Tokio zapytanie o drogę może wywołać popłoch.  A że Japończyk zawsze będzie chciał pomóc gajginowi to będzie się starał ale nic z tego nie wyjdzie bo będzie mówił po japońsku.  Wszędzie w dużych miastach natomiast nazwy stacji, drogowskazy i inne tablice są również po angielsku.  Jeśli jednak wybieramy się na prowincje trzeba koniecznie poprosić kogoż o zapisanie po japońsku przynajmniej nazw miejscowości do których się udajemy.  Personel na stacjach kolejowych postara się pomóc jeśli będzie wiedział dokąd chcemy jechać. 

·         
warto przeczytać - przed podróżą do Japonii warto przeczytać książkę Alexa Kerr „Lost Japan” (wydawnictwo Lonely Planet); Kerr w fascynujący sposób opisuje swoje życie w Japonii, wprowadza czytelnika w zakamarki japońskiej sztuki, kultury, historii i współczesności.  Z polskich wydawnictw na pewno warto przeczytać „Japoński Wachlarz” Joanny Bator.  Autorka skupia się na współczesnej Japonii i opisuje ją przez genderowe szkiełko.     


<< Start < Poprzednia 1 Następna > Ostatnia >>

Wyniki 1 - 1 z 1
newsletter

Subskrypcja newslettera
Wpisz swój e-mail




ciekawe relacje
z naszej fotogalerii
« wszystkie galerie
współpracujemy














Aktualnie jest 16 gości online