48.gif
strona główna
przydatne w podróży
ambasady polskie
ambasady zagraniczne
ubezpieczenia turystyczne
rozmaitości
tapety
przyjaciele torre.pl
kalkulator walutowy
1 EUR=675.973 Costa Rica Colon (CRC)
1 EUR=10.142 Hong Kong Dollar (HKD)
1 EUR=9.532 Namibian Dollar (NAD)
1 EUR=6,229.382 Paraguayan Guarani (PYG)
1 EUR=10.314 Ukraine Hryvnia (UAH)
sprawdź kursy walut »
prognoza pogody
Budapest, Hungary
Temperatura: 19°C
Temp. wiatru: 19°C
Wilgotność: 88%
Prędkość: 8 km/h
Kierunek: 90°
Ciśnienie: 1009.1 mb
E
zobacz inne prognozy »
[ strona główna ] arrow relacje arrow Kuba Ł.Ziółkowski
relacja PDF Drukuj E-mail
Odkrycie Ameryki

Kuba
Łukasz Ziółkowski

Amerykę odkryłem 4-go listopada 2006 roku. Była noc i z okien taksówki w świetle reflektorów widziałem fragmenty nieznanego miasta. Najpierw estakady, autostrady, wille i domy, a na koniec fragmenty kamienic Havana Vieja (Starej Hawany). Ludzie siedzieli na chodnikach, na małych stolikach grali na ciemnawych ulicach w domino. Kierowca bezlitośnie raził ich reflektorami i zmuszał do wstawania, zabierania krzeseł aby móc przejechać przez wąskie i gdzieniegdzie rozkopane ulice. Musiał pytać o drogę w szachownicy ulic tej dzielnicy.
 

Image


W końcu dotarliśmy do naszego casa particular (pensjonatu). Nelson – gospodarz pokazał nam miły pokój z imponującym cama matrimonial i przyjemną łazienką. Miejsce jak najbardziej nam odpowiadało. Całe szczęście - byliśmy tak zmęczeni, że niezdolni zrobić cokolwiek więcej niż tylko wziąć prysznic i iść spać.
Nelson jest zawsze zajęty (na zdjęciu jak zwykle ‘w akcji;). Świetnie gotuje, jest szeroko zaopatrzony (co na Kubie, wierzcie mi, nie jest łatwe). Domowy flan na deser był jedyny w swoim rodzaju. Posiłki gospodarz serwuje punktualnie, tak więc spóźnialscy jedzą zimne. Targuje się twardo, ale można z nim załatwić wszystko: wymienić waluty, kupić cygara, Nelson zarezerwuje dla Ciebie bilet na autobus i zawoła taksówkę w oka mgnieniu. Pensjonat jest czysty, a w akwarium są bardzo aktywne ślimaki. Podsumowując Nelson jest całkowicie wyzbyty wszelkich cech latynoskich (poza pogodnym usposobieniem) mimo, że jest prawdziwym Kubańczykiem. 

H
istoria, którą widać na ulicy
Patrząc z dystansu niesamowite jest to, że na świecie w XX wieku działy się takie rzeczy! To przecież prawie powrót do romantycznego wieku XVIII wieku kiedy na Karaibach grasowali piraci, zdobywając miasta, rabując okrętu pełne złota i handlowało się niewolnikami.Motywem rewolucji były marzenia o nowej, lepszej Kubie nakazujące walkę z reżimem Batisty, który zdobył władzę w 1952 roku przez zamach stanu na 2 dni przed wyborami prezydenckimi (oprócz Batisty miał startować Castro). Desperacki atak na koszary w Moncada nastąpił w roku 1953. Walka 125 rewolucjonistów z 1000 żołnierzy w koszarach zakończyła się bez niespodzianek – zupełną klęską rebeliantów. Wiodący ich Castro nie ubrał okularów i chyba niedokładnie wiedział co się dookoła dzieje. Po tym jak dostali się do koszar wjechał na słupek i unieruchomił swoje auto. Zwrócił uwagę żołnierza, i spowodował niezaplanowany wybuch strzelaniny.  

Atak pociągnął za sobą falę represji i tortur, które doprowadziły do śmierci i uwięzienia większości rewolucjonistów. Jednak odnieśli oni tryumf – ich walka była na ustach całej Kuby. Wszyscy mówili o Fidelu, który jako jeden z niewielu przeżył i został skazany na 15 lat z czego odsiedział 3. Został wydalony z Kuby. Potem nastąpiły lata przygotowań do powrotu do kraju, praca z emigrantami, spotkanie z Ernesto Guevarą. Prawie jak stąpanie po śladach ‘kubańskiego Tadeusza Kościuszki’ – Jose Martiego.
 

Powrócił z Meksyku w 1956. Na pokładzie jachtu “Gramma” było z nim 80ciu rewolucjonistów, z których lądowanie przeżyło 12tu. Castro uciekł w góry Sierra Maestra aby walczyć dalej. Szybko cała Kuba była ogarnięta Rewolucją. Po latach walk nastąpiło zwycięstwo. Fidel Castro, Ernesto Guevara, Kamil Cienfuegos, i wielu innych zasłużonych bojowników wkroczyło do Hawany w styczniu 1959 roku.

Image

Wyobrażam sobie ten entuzjazm, radość i dumę jaka rozpierała zwycięskich Kubańczyków. Można powiedzieć, że po raz pierwszy byli w sytuacji samostanowienia. Wcześniej kolonia hiszpańska, chwilę angielska, w końcu de facto amerykańska pod rządami prezydentów marionetek lub tyranów. Głos ludu zwyciężył, głos który Guevara słyszał w słowach biednych Indian, robotników w czasie podróży opisanej w “Dziennikach motocyklowych” mógł zostać wysłuchany. Kuba była wtedy miejscem gdzie rodził się “Nowy Człowiek” opisany przez Ernesto, gdzie ludzie mieli pracować w imię wspólnego dobra, które miało być dzielone równo pomiędzy wszystkich. 
 

Być może była to utopia. Wierzę jednak, że mogła się przynajmniej po części spełnić (myślę, że musi być inny ‘właściwe’ rozwiązanie niż tylko liberalna demokracja i wolny handel). Losy Kuby potoczyły się jednak w złym kierunku. Sądzę, że główną tego przyczyną jest Fidel Castro. Charyzmatyczny przywódca czy tylko wieki manipulator, oszust i dyktator? W 1959 ogłasza się marksisto-komunistą. W październiku tego roku w wypadku lotniczym ginie Kamil Cienfuegos. W 1961 roku w Boliwii ginie Ernesto ‘Che’ Guevara, który wcześniej zrezygnował z dalszego prowadzenia rewolucji na Kubie. Fidel Castro ogłasza się Naczelnikiem Sił Zbrojnych, Generalnym Sekretarzem Partii i Dożywotnim Prezydentem Kuby. Kraj staje się całkowicie zależny od Związku Radzieckiego (Kuba dostaje rocznie 8 mld dolarów rocznie, importuje surowce, eksportuje tam cukier i inne towary, wszystko na zasadach ‘bratniej pomocy’). Po upadku ZSRR wprowadza to kraj w stan głębokiego kryzysu.
 

Hawana
W 1959 roku kiedy rewolucjoniści wkroczyli dumnie do Hawany, myślę, że była jednym z najpiękniejszych miast obu Ameryk. Miasto robi wrażenie do dzisiaj mimo pięćdziesięcioletniej ‘rewolucyjnej chłosty’ jaką ciągle otrzymuje.  

Kamienice przekazane w ręce ‘ludu’ są systematycznie demolowane, przez uginających się pod brzemieniem biedy Kubańczyków. Secesyjne witraże świetnie nadają się na abażury, które można potem sprzedać. Mieszkania są dzielone w poziomie (wielkie ‘burżuazyjne’ salony dzieli się celu uzyskania ‘nowych mieszkań’), i pionie (stare piętra są niepraktyczne bo za wysokie – dodaje się nowe, powstają betonowe schody w miejsce walących się drewnianych). Liczne nadbudówki, dobudówki, klecone są z byle jakich materiałów. Wiele budynków grozi katastrofą, z innych pozostały tylko metalowe odrzwia bramy wejściowej. Można zobaczyć też same fasady kamienic podtrzymywane przez rusztowania (obrośnięte bluszczem i beznadziejnie czekające od wielu lat na remont).
 

Image

Fidel traktuje to miasto jak wroga rewolucji i karze go z właściwą sobie bezwzględnością. Właściwie cała Kuba nie wygląda inaczej i można się zastanawiać czy dzisiejsza Havana nie jest odzwierciedleniem dzisiejszej kondycji Kuby? Fidel studiował w Havanie prawo za czasów jej świetności. Guevara po raz pierwszy zobaczył to miasto w 1959 roku i znienawidził go jako przejaw niesprawiedliwości społecznej, bogactwa uprzywilejowanych i niesprawiedliwości społecznej. Propaganda mówi o Havanie jako o mieście burdeli i kasyn (jak pisze Cabrrea Infante była porównywalna z dzisiejszym Londynem).Chodząc po ulicach tego miasta czułem się podobnie jak w Tibilisi – jest to ‘miasto Titanic’. Próbuje wyobrazić sobie życie tam w latach przed rewolucją. Piękne budynki, wykwintnie ubranych ludzi, samochody (jest jeszcze wiele z nich), restauracje, zatłoczone ogródki kawiarni, pucybutów, sprzedawców gazet. Widok tej rezydencji w dzielnicy Vedado przeniósł mnie w lata 50te. Zapewne zmienił się tylko właściciel. 

Image

Wiele ulic wokół Plaza Havana Viecha (centrum Starej Hawany) jest ‘zrobionych dla turystów’. Dużo kamienic jest odnowionych ze środków UNESCO (również przez polskich konserwatorów zabytków). Tutaj ‘pokazuje się Kubę’ turystom z drogich hoteli. Ale nawet na tym reprezentacyjnym placu odremontowane kamienice sąsiadują z ciągle czekającymi na ‘łaskę’. Sądzę, że z zrujnowanych budynków, po odnowieniu zostaje jedynie cień ich dawnej świetności – drewniane sufity, schody, witraże, naścienne malowidła, sztukaterie etc. są w większości bezpowrotnie stracone. Na zdjęciu na wysokości propagandy (Fidel żyj 80 lat i więcej) widać pozostałości malowideł. A przecież nie było tu wojny, walk ulicznych, bombardowań – wystarczy ‘brodacz’ i jego komunizm. 

Image

Siedząc w Parque Central dzięki Urszuli byliśmy mimowolnymi (i ciekawskimi) świadkami rozmów Kubańczyków. Jeden z nich mówił o tym, że dawniej Kubańczyk to był ktoś. Elegancko ubrany, ze złotą spinką w krawacie, spacerował ze swoją kobietą ulicami pięknej Havany. A teraz popatrz na mnie, w co ja jestem ubrany. Jak my wyglądamy. Popatrz na tą dziewczynę – ile ona ma lat a ile lat ma ten extranjero (cudzoziemiec) ? On mógłby być jej ojcem ! Dziewczyny nie chcą dzisiaj Kubańczyka. Od najmłodszych lat są wychowywane, aby gonić za pieniędzmi. Kubańczycy nie mają pieniędzy – one marzą od dziecka o cudzoziemcach. Wszyscy młodzi chcą stąd tylko wyjechać. Koledzy, słuchacze niemrawo oponowali. Może był prowokatorem? 

Co ciekawe widzieliśmy jednej z najbardziej ‘burżuazyjnych’ przejawów przeszłości – kabaret Tropicana. Jest to ‘kubańskie Moulin Rouge’ – godzinę trwająca rewia tańca, akrobacji, piosenek. Miejsce zostało zbudowane 1939 na obrzeżach Havany. Gościom oferuje się cygaro dla dżentelmenów i różę dla dam przy wejściu, potem pół litra rumu na dwie osoby i Tu Colę (oczywiście dla kubańczyków nie ma Coca Coli, a to jest lokalny substytut pozwalający przyrządzić drink Cuba Libre), oraz suche i skąpe zakąski. Po zapłaceniu 75 CUC za wejście odmówiłem sobie zjedzenia kolacji za 20 CUC (choć byłem strasznie głodny). Rumu też nie piłem bo pewnie bym się przyłączył do rewii i byłby skandal. Sałatki jak zaobserwowałem były i tak tradycyjne – to jest : siekana surowa kapusta z pomidorami i ogórkiem (w wersji de lux) do tego ocet spirytusowy i oliwa na pewno nie z oliwek. Ale słusznie jak kryzys to kryzys – nawet dla burżujów z Tropicany (ciekawe czy Fidel ma oliwę z oliwek?).

Image

W większości Havana Viecha wygląda właśnie tak. Próbowaliśmy skorzystać z bici-taxi (taksówka rowerowa). Jazda super ekologiczna, przyjemna, zwłaszcza, że każdy z pojazdów jest zaopatrzony w niezły sprzęt grający zapodający zwykle reggeton całą parą. Niestety Fidel nie pozwala na ten rodzaj ‘prywatnej działalności gospodarczej’ i jak nam wyjaśnił kolejny z zapytanych ‘taksówkarzy’ nie może zabierać turistas bo zapłaciłby mandat.
 

Co wolno Kubańczykowi: sprzedawać jedzenie, en la calle, to jest na ulicy tylko na stojąco (jedliśmy w Moron w ten sposób pyszne spagettii); kupować w sklepie za kubańskie dolary, bony (choć zarabia w zwykłych peso kubańskich); wozić innych kubańczyków swoim prywatnym samochodem (ale nie turystów).
 

Image
Krata to drzwi wejściowe do wydzielonego w tym pięknym wnętrzu mieszkania.
Widać kable doprowadzające prąd i beczkę na wodę.


Moron (Cayo Coco)
Miasto ma układ jak z westernu – rozpełza się małymi uliczkami skupionymi wokół jednej szerszej ulicy, przecinającej go na pół. Na tej ulicy jest bank, poczta, restauracje i sklepy. Jest też linia kolejowa, co ciekawe przecinająca główną ulicę (bo na niej jest dworzec). Fakt, że pierwszy pociąg przyjeżdża do miasta o szóstej rano nie ułatwiał nam spania. Wielka spalinowa lokomotywa donośnie ostrzegała liczne bici-taksi, samochody i pieszych (szlabanu nie ma). Widząc ten pociąg ucieszyliśmy się, że nie zdecydowaliśmy się na podróż z Havany tym właśnie środkiem transportu.

Nie przyjechaliśmy do Moron aby je zobaczyć. Była to nasza baza wypadowa do Cayo Coco – Jardines del Rey czyli Ogrodów Królów. Wszyscy Kubańczycy to komuniści, a więc z królami nie mogą mieć nic wspólnego – na Cayo Coco mają wstęp zakazany. Przy wjeździe i wyjeździe jest kontrola paszportów (płaci się też 2CUC za pojazd).
 

Oczywiście są wyjątki. Pierwszy jeśli jesteś mariposa czyli motylem. Aby zostać motylem to wcześniej trzeba być gusano – czyli robakiem, antyrewolucjonistą, który uciekł z Kuby. Szczęśliwy scenariusz po wyjeździe to ‘przepoczwarzenie się’ czyli otrzymanie paszportu np. amerykańskiego i powrót w rodzinne strony z dolarami w kieszeni. Motyle wypożyczają auta jak turyści (brązowe tablice rejestracyjne z literką T na początku) i wjeżdżają bez problemu na Cayo Coco.

 Image 
Wjeżdżamy Kamazem do Jardnines del Rey

Drugi jeśli jesteś zasłużonym Kubańczykiem. Zasłużona była na przykład drużyna baseball’owa, z którą wracaliśmy ‘na stopa’ na pace cieżarówki z Cayo Coco do Moron. Dla tych ‘lepiejszych’ Kubańczyków jest nawet campismo. Skromniejszy od hoteli ‘all-inclusive’ dominujących na wyspie, ale uroczo położony. Niestety okazał się również niedostępny dla nas. 
 

Trzeci dotyczy wszelkiego rodzaju pracowników hoteli. To dzięki nim udało nam się wracać z wypadów na piękne plaże tej wyspy. W pierwszy dzień, jak zwykle nie wpadliśmy na pomysł, że na takiej plaży mogą być komary. Tego nie było na filmach! Mazury, no może jakaś dżungla, ale tam? Szmaragdowe, szumiące morze, biały piasek, palmy kokosowe i.... chmary komarów jak pszczoły i niewidzialnych muszek wykonujących na nas, czekających na autobus o 17.30 krwawą egzekucję. Autobus na szczęście był i po nerwowym ‘czajeniu się’ kierowca oświadczył nam przez któregoś z kolegów mówiącego po angielsku (przecież gringos nie mogą rozumieć po hiszpańsku), że nas zabierze za 4CUC (mogłoby być i 40 w tej sytuacji). Potem było zwiedzanie – autobus objechał wszystkie hotele w okolicy aby zabrać pracowników, którzy pozdrawiając się serdecznie, podawali sobie z rąk do rąk szklaneczkę rumu.
Jeśli chodzi o dojazd z Moron na Cayo Coco to sprawa jest bardziej skomplikowana. Autobusy z robotnikami jadą na wyspę, jak dla nas, zbyt wcześnie. Tak więc, braliśmy dorożkę, która wiozła nas za miasto na stację benzynową (Oro Negro – ‘bezkonkurencyjna’ sieć stacji na Kubie). Tam stawaliśmy na stopa z ‘lokalnymi autostopowiczami’ w cienkim cieniu słupa elektrycznego, a więc w zabójczym słońcu. Raz zatrzymaliśmy Kamaza wiozącego wielkie płyty betonowe. Kierowcą był wielki, czarny facet, o spojrzeniu pełnym spokoju i siły (co się dziwić jak się jeździ takim samochodem) wyzierającym z za czarnych okularów typu ‘Rambo’. Był niewzruszony i tym mi imponował. Nie zamieniliśmy ani jednego słowa co było wyjątkiem na tle innych ciekawych cudzoziemców Kubańczyków.  

Innym razem jechaliśmy z kierowcą, z którym odbyliśmy długą i trudną rozmowę o politycznej sytuacji na Kubie. Zaczęło się niewinnie. Szybko wymieniliśmy podstawowe informację (skąd jesteśmy, gdzie byliśmy, gdzie jedziemy, dowiedzieliśmy się o jego rodzinie i kto jest już za granicą). Atmosfera była przyjemna, ale drążyliśmy temat wolności i konieczności zmian na Kubie coraz bardziej. Urszula powoli zaczęła zmieniać tok rozmowy, ja też miałem poczucie, że dotarliśmy do ściany. Była to granica krytyki sytuacji na Kubie, którą ten około 50cio letni mężczyzna mógł zaakceptować. Nie jest dobrze, ale ja tu mam rodzinę i dom, pracę, tu się urodziłem z tym krajem się identyfikuje i nikt mi nie będzie burzył mojego świata. Nie powiedział nam tego wprost, ale sądzę, że takie jest jego i zapewne wielu innych Kubańczyków myślenie. Urszula nie chciała już być tłumaczem (i przewodnikiem rosnących emocji), a więc (po pięciominutowym namyśle nad moim hiszpańskim) sam zadałem kolejne pytanie. Powiedziałem : Batista nie był dobry dla Kuby, Fidel nie jest dobry dla Kuby, Amerykanie też nie są dobrzy dla Kuby, czy macie mądrych wykształconych ludzi, którzy mogą coś tu zmienić? Nie otrzymałem odpowiedzi – bo pytanie nie zostało odpowiednio zrozumiane – przecież rewolucja jest nieśmiertelna. Kierowca widocznie się zdenerwował i zapytał mnie: - Jak możesz porównywać Batistę i Fidela? Batista był mordercą a Fidel nikogo nie zabił! 
 

Poszedłem na całość i wspomniałem o ludziach, którzy utopili się w Cieśninie Florydzkiej (wg. Szacunków amerykańskich 8-12 tysięcy). Odpowiedź brzmiała jak cytaty propagandy telewizji kubańskiej. Nie polemizowałem, bo zrobiło się nieprzyjemnie. Kierowca nie chciał od nas żadnych pieniędzy za transport.
W kolejny dzień ‘podboju’ wypożyczyliśmy włoski skuter, rozwijający prędkość zapewne nie większą niż 40 km/h (prędkościomierze, ponieważ powiązane z licznikami kilometrów są zawsze popsute, co zapewne pozwala pracownikom wypożyczalni na nieco ‘wolności gospodarczej’). Jazda długimi prostymi na Cayo Coco (z Moron jakieś 50 km) była śmiertelnie nudna, tak więc tak dla urozmaicenia skuter zgasł i już nie zapalił. Całe szczęście było skrzyżowanie i parę domów w okolicy. Szybko się dowiedziałem, w którym domu mieszka szef lokalnego Comitee Defencia de Revolucia (CDR czyli komitety obrony rewolucji zajmujące się na poziomie lokalnym pilnowania zdobyczy rewolucji, których jest 100 tys. na Kubie z czego 15 tys. w samej Hawanie), który oczywiście jako jedyny posiada telefon. W wypożyczalni powiedzieli, że będą za 20 minut. Skuter zostawiłem przy jego domu. Szef miał pewne wahania. Dałem mu klucz mówiąc, że jest przecież najważniejszą osobą w wiosce i zaczęliśmy łapać stopa. Jednak zanim się ktoś zatrzymał, przyjechali panowie z wypożyczalni i zaproponowali nam samochód.  

Objechaliśmy całą wyspę, aż po jej koniec gdzie jest Playa Pilar. Drogi proste i niezłe, ale nie remontowane i raz na jakieś parę kilometrów zdarzają się dziury takie, że można tam powozie zostawić (bardzo niebezpieczne przy jeździe pewnie powyżej 100 km/h – nie wiem dokładnie ile z powodów jak wyżej). Na koniec jest droga kamienna, przez krajobraz pustynny. Częste wizyty turystów na tej plaży doprowadziły nasz wypożyczony samochód do stanu ‘rozklekotanego’. Plaża piękna, ale nie ma snorkowania. W pobliżu jest wyspa (przepłynięcie 20 CUC) – nie zdecydowaliśmy się. Mało ludzi – tylko odważni z hoteli co chcieli się wybrać na wycieczkę i nieliczni turyści.
 

Na Cayo Coco byliśmy ‘turystycznym kuriozum’. Wyspa jest opanowana przez hotele ‘all-inclusive’ (dzienny karnet na ‘all inclusive’ w takim hotelu to 30 CUC). Miejsca gdzie można zjeść i normalnie zapłacić są nieliczne i mało uczęszczane. Na początku atakowaliśmy również restauracje ‘all-inclusive’. Nie byłem w stanie uczciwie odpowiedzieć na pytanie o numer pokoju. Tak więc odmówiono nam czegokolwiek i grzecznie zaproponowano kupno karnetu. W drugiej kelner powiedział krótko abyśmy brali co chcemy i spadali. W kolejny dzień w innymi miejscu sympatyczny kelner podał nam to co wybraliśmy z karty i kulturalnie zaserwował przy stoliku. Zostawiliśmy kilka CUC napiwku, podziękowaliśmy i poszliśmy.
 

Image

Trinidad
W tym mieście jest wszystko czego oczekuje turysta na Kubie. Przede wszystkim ludzie tańczą na ulicy (no może nie na ulicy, ale na placu, nawet powiedziałbym na schodach – obok Casa de la Musica) co nie zdarza się w Hawanie. Jest mnóstwo artesanias to jest rękodzieła – można na przykład kupić aparat fotograficzny zrobiony z puszek (poza tym czapki rewolucjonistów, paciorki, ubrania ‘folklorystyczne’ pudełka i mnóstwo innych ‘łapaczy kurzu’). W mieście łatwo znajdziesz casa particular lub paladar. Są występy taneczne dla turystów, można zobaczyć tańce afrokubańskie, orishas etc. Standardowo na każdym rogu można kupić cygara lub umówić się na wycieczkę konną do pobliskich wodospadów. 13 km na półwyspie Alarcon – gdzie można dojechać za 1 CUC od osoby jest przyzwoita (ale bez porównania do Cayo Coco) plaża. Snurkowanie w miarę ciekawe – dużo śmieci przy brzegu, ale urozmaicone gatunki ryb, rozgwiazdy i kraby. Wieczorem oczywiście komary jak pszczoły i niewidzialne muszki – zabójcy. Byliśmy już na to przygotowani. 

Image
Trynidad – Salsa na podwórku – podobno tak już od 30tu lat

Do wodospadów w parku Topes des Collantes wybraliśmy się na nogach. Szliśmy tam drogą co najmniej okrężną (najpierw z miasta asfaltem na miejscowość Topes, za mostem w prawo, wzdłuż rzeki). Słońce było zabójcze, ale z moją dzielną Urszulą zawsze jest wesoło. Po ok. 1 godzinie doszliśmy do wejścia do parku. Bilet 6 CUC i po przejściu wiszącego nad rzeczką mostu wąską ścieżką zaczęliśmy zmierzać do wodospadów. Zajęło nam to 30 min i doszliśmy do najmniejszego z wodospadów. Ludzi było trochę, jak na tak kameralne miejsce. Wyraźnie odcinali się Kubańczycy lokalni od Kubańczyków turystów (chyba nie mariposas, tylko takie zwykłe ‘komunistyczne burżuje’). Kubańczycy lokalni to w większości dzieci, które bardzo się interesowały moją maską (niepotrzebna bo ciemno pod wodą i bardzo zimno – głębokość do 9m). Chłopaki mi powiedziały, że nie są w szkole bo ich brat, dla innych kolega ma dzisiaj urodziny i z tatą zabrał ich na wycieczkę aby się wykąpali. Zamiast maski dostali ołówki (nosiliśmy je ze sobą na takie właśnie okazje). 

 Image
Trinidad, Calle Independencia

Sprawca zamieszania widocznie nas polubił, bo prowadził nas z powrotem do bramy parku. Poznaliśmy się trochę. Okazało się, że jego tata pracował w parku. Rzeczywiście spotkaliśmy go przy wyjściu, gdzie pokazał nam krótszą drogę do Trynidad. Droga była krótsza, ale nie ocieniona, tak więc po przejściu kilometra, kiedy pojawił się nasz kolega i zaproponował, że nas podwiezie ucieszyliśmy się bardzo. Jechaliśmy na jednoosiowym wozie ciągniętym przez chudego konia. W miarę szybko dojechaliśmy do miejsca gdzie droga wspinała się do miasta. Widziałem, że ojciec chłopca się ucieszył kiedy dałem mu drobny ‘napiwek’ mówiąc aby kupił coś synowi na urodziny. Po wejściu na górę szosą znaleźliśmy się w Trynidad na ulicy Independencia. Tutaj radził bym zaczynać wycieczkę do wodospadu. 

 Image

Santiago de Cuba
Santiago to miasto gdzie jest zbyt wiele miasta. Nie tego szukamy w naszych podróżach. Ulice są ciasne betonowe, lub cztero pasmowe. Za dużo betonu i asfaltu, za dużo pierdzących motorów MZ (kiedyś popularny u nas wyrób niemiecki). Mnie obudził dźwięk metalu trącego o beton – ktoś ciągnął po ulicy drewniany wózek, którego koła zrobione są tylko z łożysk (popularny patent na Kubie).Wahałem się czy nie wejść do Museo de Bacardi, ale jednak doszedłem do wniosku, że nie przyjechałem na Kubę aby podziwiać eksponaty z całego świata zgromadzone przez zdetronizowanego przez rewolucję ‘króla rumu’ (obecnie na Kubie produkuje się rum pod marką ‘Havana Club’. Bacardi odebrał prawo do używania swojej marki rządowi Kuby, dzięki czemu wzbogaca już bogate USA). Podobnie jak cały jego majątek na Kubie i jego muzeum zostało ‘znacjonalizowane’. 

Trafiamy na targi rolnicze, które w rocznicę jednego z powstań wyzwoleńczych zorganizowano na głównej ulicy Santiago. Na świeżo wylanym asfalcie, tłoczą się ludzie aby kupić banany, pataty, cebulę, pomarańcze (nie widać mięsa). Dużo propagandy – to najbardziej ‘czerwona’ część Kuby – wszak to tu zaczęła się rewolucja. 
 

W mieście mogę polecić jedno miejsce dla zmęczonych doświadczaniem kubańskiego kryzysu na własnej skórze gringos. Otóż w hotelu Santiago de Cuba jest pizzeria, gdzie można zjeść normalne włoskie jedzenie (mają np. prawdziwy parmezan do makaronu, cienkie ciasto, oregano i inne takie specjały, których w zwykłym lokalu nie znajdziecie). Dla koneserów – prawdziwa Coca Cola. Zobaczycie tu postacie wprost z teledysków muzyki reggeton - to zapewne ‘ładowani lokalesi’, turyści z ‘regionu’ (Meksyk, Wenezuela), jineteras (prostytutki) i jineteros profesjonaliści, i odcinający się od nich ‘ludzie z miasta’ zapraszani przez ‘żądnych przygód’ klientów hotelu. 

 Image 
Frezarka do pomarańczy działa świetnie - targ rolniczy z okazji rocznicy powstania
(koszt zdjęcia 0,1 CUC dla Operatora Frezarki).


Playa Siboney
Najlepsze snurkowanie na Kubie ! Plaża nie wygląda zachęcająco – piasek jest gruby i szary. Kubańczycy przybywają na plażę całymi rodzinami i z dużymi flaszkami rumu, spędzając wesoło całe dni. Nikt nie sprząta, tak więc jest wiele śmieci. Do morza w małej zatoce gdzie jest plaża wpadają dwie rzeki – i to nie całkiem czyste. Przy brzegu woda jest płytka a dno strasznie porowate. Strach pomyśleć co byłoby gdyby większa fala ‘przeszorowała’ mną po dnie – płetwy obowiązkowe! W odległości jakiś 20-30 m od brzegu jest wiele rodzajów korali, ławice ryb, duża widoczność. Spędziłem tam przynajmniej 2 godziny bez przerwy i myślę, że byłem bliski udaru słonecznego (przy snurkowaniu, na wodzie też świeci i grzeje).  

Niestety pogoda do kąpania się była tylko w ostatni dzień. Prosto z plaży poszliśmy po plecaki i z powrotem do Santiago de Cuba. Wcześniej przez 3 dni, z małymi przerwami lało. Przeczytaliśmy wszystkie książki na werandzie domu. Były to dni prawdziwych wakacji – nie robiliśmy przez te dni kompletnie nic. Próbowałem przyśpieszyć wyjazd, ale zmiana rezerwacji na wcześniejszy dzień uznałem po paru próbach za beznadziejne.
 

Image

Koniec
Powrót do Havany to 12 godzin w ekspresowym autobusie, który pomiędzy Santiago de Cuba a Havaną zatrzymuje się na krótkie przerwy, a dla zabrania pasażerów tylko w Santi Spiritus (cena biletu to 55 CUC).  

W Havanie zwiedziliśmy jeszcze Capitolio – wybudowana przez amerykanów w złotych ‘czterdziestych’ latach kopia waszyngtońskiego Kapitolu. W środku znajduje się imponujący posąg Ateny, biblioteka, sale reprezentacyjne, oraz sala do posiedzeń parlamentu – z braku demokracji zapewne nie używana.
W casa paritcular mieliśmy kontrolę urzędasa z Ministerio del Interrior (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych). Zaalarmowany właściciel pensjonatu - Nelson przygotowywał się nerwowo do kontroli uzupełniając zapisy w książce meldunkowej (zaraz po przyjeździe do pensjonatu właściciel prosi o paszport i wpisuje do książki informacje o naszym pobycie) i wysyłając do miasta nieświadomych niebezpieczeństwa pensjonariuszy. W końcu zostaliśmy sam na sam z urzędnikiem i Nelsonem, który za mnie odpowiadał na większość pytań, po czym ja potakiwałem. Dowiedzieliśmy się od tego Pana w jakich dniach gdzie byliśmy (jak widać system z meldowaniem się działa). Pytał o to czy pracuje w rządzie czy w wojsku, czy w prywatnej firmie. Czy nie jestem wojskowym, czy przebyłem służbę wojskową etc. Umówiliśmy się z Nelsonem, że Urszula ‘nie zna hiszpańskiego’, aby się nie zdradzić z możliwością łatwej komunikacji. Moje zdawkowe odpowiedzi były wystarczająco zniechęcające. Oczywiście aparatu też nie mieliśmy i nie zrobiliśmy żadnych zdjęć, co urzędnik również ‘kupił’. Rozmowa trwała niecałe 10 minut. Urszula z rozbawieniem patrzyła na zdenerwowanego Nelsona i mnie, usiłującego się wczuć w rolę i pokazać jak ważny dla nas jest pan z ministerstwa. Była okazja porozmawiać z prawdziwym przedstawicielem władzy (może prawdziwym komunistą), której ze względu na okoliczności nie wykorzystaliśmy. 

Jak więc zwiedzać Kubę i czy warto tam jechać? Jeśli jesteś turystą to kup wakacje all-inclusive na półwyspie Alarcon (plaża nie jest najpiękniejsza, ale możesz potańczyć w Trynidadzie) lub na Cayo Coco gdzie zaznasz niebiańskiego spokoju na pięknych plażach (i to wszystko). Będziesz miał beztroski pobyt a Kubańczycy będą się do Ciebie uśmiechać, amerykańskim angielskim pytać jakiego chcesz drinka, za każdym razem tytułując Cię ‘sir’.
 

Jeśli jesteś podróżnikiem to na Kubie trudno będzie Ci nawiązać autentyczny kontakt z ludźmi. Problem w tym, że większość nie odróżni Cię od ‘turysty’ i będą traktować wyłącznie jak źródło zarobku. Jak widzicie z powyższej relacji dotarcie w niektóre miejsca nie jest łatwe i tanie. Podróżnika jednak nie zatrzymają te przeszkody –ciekawość świata i człowieka popycha nas ciągle na przód.
 

Przeliczniki (listopad / 2006)
CUC – Peso Cubano Convertible (nasze dawne bony do Pewexu)
MN – Peso Monteda Nacional (nasze dawne złotówki)
1 USD = 0.8 CUC
1 EUR = 1.13 CUC
1 CUC = 24 MN 
Można również wymieniać GBP, CHF, CAD i inne główne waluty. USD ostatnio popadł w ‘niełaskę ideologiczną’ (co wyraża się również dodatkowymi prowizjami), tak więc polecam EUR. Bankomatów ani kart kredytowych nie używaliśmy (karta nie jest konieczna przy wypożyczeniu auta).

Podróż Urszula i Łukasz listopad / 2006: Hawana, Moron, Trynidad, Santiago de Cuba, Hawana.
 

Pisząc ten tekst korzystałem z:
Przewodnik Pascala – Kuba – 2005
Guillermo Cabrera Infante “Mea Cuba” – Philip Wilson 2004
Agnieszka Rodrigez “Kuba – Daleka, Piękna Wyspa” – Zysk i S-Ka Wydawnictwo 2006  

Wszystkie prawa zastrzeżone - ŁZ – Warszawa – 2006 / 2007.
 
<< Start < Poprzednia 1 Następna > Ostatnia >>

Wyniki 1 - 1 z 1
newsletter

Subskrypcja newslettera
Wpisz swój e-mail




ciekawe relacje
z naszej fotogalerii
« wszystkie galerie
współpracujemy














Aktualnie jest 22 gości online