|
Kukurydza, frijoles i rafa koralowa
Gwatemala i Belize
aut. Paulina Pilch
Jedna z legend dotyczących powstania Majów mówi o tym, że Majowie narodzili się z liści ceiby, monumentalnego drzewa porastającego dżunglę nie tylko w Gwatemali, ale na całym terenie na jakim żyli i żyją obecnie Majowie.
Inna - bardziej popularna legenda - mówi o tym, że Majowie powstali z kukurydzy.
Biorąc pod uwagę, że ceiba występuje jedynie na tropikalnych, porośniętych dżunglą terenach Gwatemali, której jednak znacząca część jest górzysta natomiast kukurydza występuje absolutnie wszędzie, popularność drugiej teorii stworzenia wydaje się dosyć oczywista.
Gwatemala kojarzy się głównie z słynnymi ruinami Majów w Tikal oraz pasmem aktywnych wulkanów w centralnej części kraju. To prawidłowe ale uproszczone skojarzenia. Sam kraj, mały i dosyć „kompaktowy”, oferuje fantastyczny wachlarz przeżyć, zarówno dla wielbicieli przyrody jak i badaczy kultów i tradycyjnych wierzeń. Jest mały a podróżowanie po nim niezbyt skomplikowane. W dwa tygodnie można objechać główne atrakcje natomiast na dokładne zwiedzenie całej Gwatemali potrzeba znacznie więcej czasu, którego ja niestety jak zwykle nie miałam. Belize to miejsce, w którym wakacje spędzają Amerykanie, mający tyle fantazji, żeby pojechać dalej niż na Florydę. Poza wspaniałą rafą koralową, karaibskim klimatem i kokosowym rumem oferuje też dla tych, dla których wyprawa do sąsiedniej Gwatemali jest z różnych względów niedopuszczalna, mało znane ruiny Majów i stosunkowo niezniszczone tereny tropikalnej dżungli.
W środku polskiej, w tym roku wyjątkowo ciepłej ale mokrej, ciemnej i pluchowatej zimy, lądujemy w Belize City. Mieście, które trochę przez przypadek udaje nam się przejść niemal wszerz i wzdłuż. Szkoda na to czasu. Miasto, podobnie jak cały kraj, jest wielkości chustki do nosa, nie ma nawet często występującej w tych rejonach kolonialnej architektury, nie ma właściwie nic do oglądania. Ludzie jednak są mili, przyjaźni. Samo miasto to jedynie port przesiadkowy, albo w stronę dżungli i Gwatemali albo w stronę wspaniałej rafy koralowej. Ogromnym plusem Belize, byłej kolonii brytyjskiej (do 1973 roku Belize nosiło nazwę Honduras Brytyjski, pełną niepodległość uzyskało w 1981 roku a do dziś jest członkiem Commonwealth) jest to, że państwo to funkcjonuje wedle pewnych miłych zasad. Obowiązują rozkłady jazdy i jeśli łódź lub autobus odjeżdża według planu o 8 to znaczy to o 8 a nie np. plus minus godzinę wcześniej lub później. Jeśli coś kosztuje 20 dolarów to kosztuje dokładnie tyle a cena jest raczej stała i nie zależy od wyglądu i koloru skóry pytającego. Te zasady niestety przestają obowiązywać w momencie gdy przekraczamy granicę Belize - Gwatemala. I dotyczy to głównie rozkładów jazdy.

Caye Caulker
fot. Paulina Pilch
Z Belize City natychmiast uciekamy na karaibskie wyspy Belize. Caye Caulkier to obok Ambergis Caye jeden z głównych kierunków. Caye Caulkier to miejsce dla tych, którzy nie mają szczególnego umiłowania do luksusu ani nie są zbytnio przywiązani do dużych piaszczystych plaż. Ani jednego ani drugiego na Caye Caulkier się nie znajdzie. Ambergis Caye to wyspa dużo bardziej ekskluzywna, z lepszymi hotelami, restauracjami etc. ale podobnie jak Caye Caulkier jest to głownie miejsce dla wielbicieli nurkowania, snorkowania i innych sportów wodnych. Na Caye Caulkier spędzam dwa dni, wyłącznie po to, żeby zanurkować na największej rafie koralowej półkuli północnej i drugiej największej na świecie, po Wielkiej Rafie Koralowej u wybrzeży Australii. Nurkowanie nie jest tanie, ale warte każdego wydanego tam dolara. Poza wspaniałą rafą koralową, zaledwie dwie godziny drogi od wybrzeża Caye Caulkier, znajduje się legendarne Blue Hole, wielka błękitna dziura w oceanie, otoczona przez atol rafy koralowej. Blue Hole to rodzaj anty wulkanicznego stożka, który biegnie w dół na blisko 300 metrów. Normalne nurkowanie dla osób bez dodatkowych uprawnień to standartowo 40 metrów, które nadal pozwalają na korzystanie ze światła słonecznego a równocześnie na tej głębokości po pierwsze znajdują się gigantyczne stalaktyty, długie na ponad 3-4 metry pomierzy którymi można lawirować a po drugie w Blue Hole prawie zawsze można spotkać rekiny. Pływają spokojnie na większych głębokościach, nie zwracając większej uwagi na ludzi. W czasie standardowego nurkowanie szansa spotkanie rekinów jest bardzo duża. Ja spotkałam ich kilka, majestatycznie przepłynęły obok ignorując intruzów w dziwnych ubrankach.
Po karaibskim nurkowaniu zakończonym cudownymi owocami morza dostępnymi wszędzie i stosunkowo tanio i zakrapianych karaibskim rumem kokosowym, ruszamy do Gwatemali. Przed wylotem wracamy jeszcze na jeden dzień do Belize, do Placenci, lokalnego kurortu. Brak mu uroku Caye Caulkier, brak mu dosyć niezwykłej atmosfery karaibskiej a nie kurortowej wyspy. W Placenci natomiast są plaże, są dyskoteki, więcej barów niż na Caye Caulkier i dużo lepsze hotele. Ale jedzenie i rum ten sam. Tylko brak atmosfery. Jak ktoś lubi miejsca z charakterem i palmy kokosowe na karaibskiej plaży nie robią na nim większego wrażenia zawsze powinien zrezygnować z Placenci na rzecz Caye Caulkier.
Granica z Gwatemalą, do której docieramy szybkim i wygodny belizyjskim autobusem dla turystów, wygląda jak wiele innych granic w podobnych rejonach świata. Upał, spoceni urzędnicy w mundurkach wyglądających absurdalnie w otaczających ich tropikach, luzacko podchodzący do swoich obowiązków i jedna nieprzyjemność - skandalicznie wysoki podatek za łaskawe prawo opuszczenia Belize. Mogę zrozumieć pobieranie opłat za wizy/prawo wjazdu do danego kraju ale pobieranie haraczu za prawo wyjazdu jest rodzajem więziennej, dosyć schizofrenicznej ideologii, która zakłada, że aż tak się będziemy bać pozostania w danym kraju, że przyjdzie nam do głowy się kłócić. Rozumiałabym gdyby taką politykę prowadził Irak lub Somalia ale Belize? W każdym razie wyjeżdżając z Belize stajemy się lżejsi o blisko 40 dolarów amerykańskich. Równowartość co najmniej kilkunastu wielkich talerzy z górą krewetek, zakrapianych rumem oczywiście. Skandal.
W Gwatemali sytuacja się zmienia. Władze pobierają jedynie jakiś drobny podatek za wjazd (chyba z 10% tego co Belize za wyjazd) i równie niewielki za wyjazd. Niestety, również po wyjeździe z Belize kończy się asfaltowa droga. Podobno też grasują po drogach jakieś uzbrojone bandy ale żadnej nie widziałam. W opowieściach o uzbrojonych bandach przoduje ambasada amerykańska w Ciudad de Guatemala. Kraj jest podobno niebezpieczny ale mi się nie zdarzył nawet jeden nieprzyjemny moment. Nie spotkałam również nikogo kogo coś złego by spotkało. Ale wielbicielom sensacji kryminalnych polecam stronę ambasady amerykańskiej w Ciudad de Guatemala. Lektura mrożącą krew w żyłach. Przeczytałam na szczęście po powrocie.
Tikal to zaginione w dżungli miasto Majów, podobnie jak wiele innych tego typu miast odkryte trochę przez przypadek w XIX wieku. Samotnie stojące piramidy, resztki niegdyś wspaniałego akropolu i pojedyncze mniejsze budowle porozrzucane na ogromnym terenie porośniętym dżunglą tak gęstą, że w bardziej odległych od centrum regionach czasami trzeba na daną piramidę wręcz wpaść, żeby ją zobaczyć. Tikal jest według Wikipedi największymi ruinami starożytnego państwa Majów i robi ogromne wrażenie. Nie zaparł mi tchu w piersiach, a winię za to Angkor. Wydaje mi się, że kambodżańskie miasto-państwo jest światowym ewenementem oferującym tak spektakularne widoki, że ani Tikal, ani Machu Picchu ani Petra nie potrafią już później wzbudzić aż takiego zachwytu jakie mogłyby wzbudzić gdyby nie Angkor. Ale mam nadzieje, że to tylko moje odczucia i inni z rozlewającym się po sercu wzruszeniem będą krążyć między piramidą Jaguara a Zaginionym Światem i wyobrażać sobie jakie życie mogło się toczyć w tym państwie, które podobnie jak inne mu podobne upadło w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach.

Tikal
fot. Paulina Pilch
W Tikal warto zostać na noc. Wprawdzie u wejścia do parku są zaledwie trzy hotele i żaden z nich nie zalicza się do tanich to jednak jest to wydatek warty tego, aby można zostać wśród ruin do zachodu słońca (bez własnego transportu jest to niemożliwe bo lokalne busy odjeżdżają sprzed bramy Tikal do Flores o 18 co uniemożliwia obserwowanie zachodu słońca ze szczytu jednej z piramid) oraz spędzić noc wśród oszałamiających odgłosów dżungli. Dźwięki tętniącej życiem w środku nocy dżungli są niepowtarzalne i nie porównywalne do niczego innego. Przy odrobienie szczęścia można nawet usłyszeć w nocy ryki jaguarów. Jedna z napotkanych osób twierdziła, że są one tak regularne, że muszą pochodzić z taśmy. W czasie mojego noclegu w Tikal jaguary leniuchowały więc sądzę, że tej poprzedniej nocy to jednak nie było z taśmy. Dzięki noclegowi w Tikal można też oczywiście łatwiej dotrzeć na wschód słońca ale tego typu rozrywki są mi obce i chyba jeszcze nigdy nie udało mi się wśród licznych podróży oglądać wschodu słońca, więc nic na ten temat nie mogę powiedzieć.
Z Tikal, aby wrócić do świata współczesnego trzeba najpierw dostać się do Flores i Santa Eleny, najbliższych miejscowości. Santa Elene jest duża, brudna i hałaśliwa a Flores to urocze, kolorowe miasteczko gdzie po raz pierwszy napotykamy szalenie kolorowe domy, pomalowane wszystkimi możliwymi kolorami tęczy z zestawieniami kolorów, które w ogóle nie przyszłyby nikomu w Europie do głowy. A tu nie tylko nie rażą ale zamieniają miasta w urokliwe, radosne i estetyczne lokalizacje. Takie jest Flores, na którego przejście potrzeba z 15 minut i w którym można załatwić dowolny transport w dowolny region Gwatemali, Belize, Meksyku czy Hondurasu. Jak ktoś szuka miejsc, w których nie ma turystów to nie tutaj.
Wybieramy lokalny autobus do Ciudad de Guatemala. Lokalny a nie dla turystów bo jeśli już zdarzają się napady to właśnie na te turystyczne i jeśli się zdarzają to właśnie w nocy a wtedy jeżdżą turystyczne. Lokalny jedzie w dzień i jesteśmy w nim jedynymi białasami. Decyzja wydaje się prosta. Wprawdzie nasza podróż trwa ze 4 godziny dłużej ale za to jest o ¾ tańsza, poznajemy niezły kawałek kraju i jemy lokalne przysmaki roznoszone w ogromnych koszach na niekończących się postojach. Za każdym razem na nasze głupie pytanie o długość postoju słyszymy „10 minut” co może oznaczać równie dobrze 7 jak i 30. Podstawową regułą czasową jest brak reguł.
Gdy o zmroku, z 2 godzinnym opróżnieniem dojeżdżamy do stolicy Gwatemali mamy jedno marzenie - wydostać się stąd jak najszybciej. Miasto nie ma wiele do zaoferowania a nawet jeśli ma to nie po zmroku i nie w rejonie ulic, na których zlokalizowane są wszystkie dworce. Tutaj jest rzeczywiście niebezpiecznie o czym przekonałam się siedząc w biały dzień w poczekalni jednej z linii autobusowych i obserwując Gwatemalczyków czekających na swoje autobusy. Wszyscy nerwowo ściskali w ręku bagaże, nie pozwalali dzieciom wychodzić poza teren dworca a rodzice instruowali dzieci, żeby za żadne skarby świata nie zostawiały bagaży ani na chwilę bez opieki. Jeżeli lokalni mieszkańcy miasta wpadają w lekką psychozę na swoim własnym dworcu autobusowym to znaczy, że nie jest to jednak bezpieczne miejsce i trochę prawdy musi być w tych rozlicznych ostrzeżeniach. Pierwszej nocy, udało nam się jednak, błyskawicznie przesiąść się do taksówki, która przewiozła nas na inny dworzec skąd wyjeżdżały Chicken busy do Antigua. Do miasta Gwatemala wróciłyśmy raz, żeby się znowu przesiąść. Może szkoda, że tylko po to, ale mamy po co wracać następnym razem.
Chicken busy to temat dobrze znany każdemu kto podróżował w rejonach od Meksyku po Panamę. To stare amerykańskie autobusy szkolne, przerabiane na oszałamiająco kolorowe, pełne światełek i świecidełek, często noszące nazwy jak Esmeralda lub Juanita, najtańsze lokalne autobusy. Ich cechą jest to, że są z gumy, wchodzi do nich więcej ludzi niż do jumbo jeta a na siedzeniu oryginalnie przystosowanym dla dwójki amerykańskich dzieci siedzi po 5 osób. Chicken busy zwane też w Gwatemali Camiseta, jeżdżą na krótszych dystansach a podróż nimi kosztuje ok. 1 dolara. Taniej się już nie da. Mniej wygodnie też trudno, ale na podskakującej pace pick-upa da się jednak mniej wygodnie. Więc nie należy narzekać. Po w sumie 14 godzinach podróży chicken bus wypluwa nas na dworcu w Antigua. Jest późno, ulice opustoszałe, nie wiemy dokąd iść, nie ma kogo spytać o drogę gdy więc na horyzoncie pojawia się Niemka, która okazuje się managerem hotelu prowadzonego przez fundację opiekującą się dziećmi ulicy w Ciudad de Guatemala, cena hotelu przestaje grać rolę, szczególnie, że naszym największym marzeniem jest prysznic a duża cześć ceny naszego pokoju idzie na pomoc dla dzieci. W ten sposób spędzamy noc w jednym z najpiękniejszych budynków, w jakich miałyśmy szanse przebywać. Zacienione patio pełne kwiatów i egzotycznych roślin otoczone jest drewnianymi tarasami, przy których znajdują się pokoje. Następnego dnia, zupełnie przez przypadek trafiamy do bardzo podobnego budynku, nowiutkiego hotelu przy tej samej ulicy, który ma podobny klimat i dusze a przy okazji cenę trzykrotnie niższą. Antigua pozostanie dla nas miejscem wysmakowanych hotelików za bardzo rozsądną cenę.
Antigua, stara stolica Gwatemali, to miasto a właściwie miasteczko, o starym kolonialnym klimacie. Wzdłuż brukowanych uliczek stoją jedno lub góra dwupiętrowe domki, pomalowane na intensywne kolory. Cała Antigua jest bardzo kolorowa, w tle dymią trzy widoczne wulkany a miasto oprócz pięknych placów ma niezliczoną liczbę kościołów. W Antigua można by mieć wrażenie, że jest się w jednym z małych hiszpańskich miast gdyby nie smagli lokalni mieszkańcy. W szczególności lokalne kobiety, większość w indiańskich tkanych strojach, których kolorystykę trudno do czegokolwiek przyrównać. Antigua ma wiele zabytków, katedr, muzeów ale to przede wszystkim miasto, które należy przejść w całości, podziewać kolorową architekturę, widoki na wulkany dominujące nad miastem, spędzić czas w lokalnych knajpkach popijając piwo lub rum z colą, jedząc tortijje z guacamole i fasolą, cieszyć się widokami tego dosyć unikalnego jak na Amerykę Środkową miasteczka. Z Antigua blisko już do kilku najciekawszych miejsc centralnej Gwatemali, zlokalizowanych wokół jeziora Atitlan.

fot. Paulina Pilch
Samo jezioro to gigantyczna kaldera otoczona stożkami wulkanów. Dla wielu jeden z piękniejszych widoków świata. Jezioro jest ogromne, woda w nim szmaragdowa, wioski okalające brzeg spokojne, z ciekawą atmosferą a w dodatku każdy znajdzie tu coś dla siebie. Jest Panajachel nastawione na najbardziej typowych turystów, tych co przyjeżdżają na jeden dzień, robią pamiątkowe zakupy na tysiącu straganów, jedzą wspaniały obiad nad brzegiem jeziora i wyjeżdżają; San Marco z świątyniami medytacji, szkołami jogi, medytującymi nad brzegiem jeziora młodymi Europejczykami i Amerykaninami; San Pedro do Atitlan z szkołami hiszpańskiego rozłożonymi nad brzegiem jeziora, tanimi i miłymi hostelami i cudowną atmosferą „maniana” oraz Santiago de Atitlan, z kościołem i niepowtarzalnym lokalnym kultem Maximona, boga, któremu w hołdzie składa się alkohol i papierosy. Z Atitlan blisko do Chichicastenango, w którym dwa razy w tygodniu odbywa się wielki indiański targ lokalnych produktów. Ścisk, tłok, feria barw i tysiąc miejsc, żeby wydać pieniądze. Swoją drogą, jakkolwiek atmosfera w Chichi jest niezwykła, wszystkie maski, ciuchy, ozdoby etc. można dostać w Panajachel dużo taniej. Chichi to już od dawna atrakcja turystyczna gdzie naiwnym turystom wydaje się, że biorą udział w czymś autentycznym. Ale jest kolorowo i miło. Poza tym warto opuścić teren targu i udać się na lokalny cmentarz pełen nagrobków-budowoli, nagrobków-piramid, nagrobków-domków, z których każdy wygląda jak imitacja pałacu i każdy pomalowany jest na najbardziej psychodeliczne kolory jakie można sobie wyobrazić, wściekły róż, elektryczna zieleń, farbkowy niebieski, pomarańcz jaki nie występuje w przyrodzie etc. Warto pokręcić się między nagrobkami i poobserwować obrzędy Majów, w których chrześcijaństwo miesza się wielowiekowymi lokalnymi wierzeniami.

Cmentarz w Chichicastenango
fot. Paulina Pilch
W drodze powrotnej do Belize tłuczemy się znowu okropnym lokalnym autobusem, który zatrzymuje się co 100 metrów. Nawet jemy placuszki od tego samego pana co 2 tygodnie wcześniej. Za oknem leje, gdy szukamy łodzi w Rio Dulce też leje. W lokalnym barze spędzamy godzinę z dwoma mieszkającymi na stałe w Gwatemali Amerykaninami i gwatemalską żoną jednego z nich, dowiadujemy się dużo o lokalnych zwyczajach a w końcu wsiadamy na łódź do Livingston. Cały czas pada więc kapitan decyduje, ze płyniemy szybko i bez przystanków. Na całe szczęście po chwili przestaje padać i dzięki temu mamy szanse zobaczyć jeden z cudów przyrody Gwatemali. Ujście rio dulce/ słodkiej rzeki do morza karaibskiego. Początkowo płyniemy ogromnym rozlewiskiem, przypominającym duże jeziora, z wyspami lasów namorzynowych pełnym lokalnego ptactwa. Potem rozlewisko zwęża się, aby przybrać kształty zwykłej rzeki. Na brzegach nieliczne domostwa, z pomostami przy których cumują łodzie. Wokół wściekle zielona dżungla wydaje się coraz bardziej napierać na rzekę. Rzeka się zwęża a brzeg z płaskiego robi się górzysty. Pionowe ściany porośnięte nieprzebraną roślinnością. Po chwili płyniemy już w wąskim wąwozie. Rzeka żyje i karmi miejscowych ale na tym etapie brzegi wydają się niedostępne. Po kilkunastu minutach drogi w wąskim wąwozie w zielonej gęstwiny czujemy charakterystyczny zapach morza, sól i ryb. Czujemy to zanim wąwóz zaczyna się powoli rozszerzać i przed nami otwiera się Morze Karaibskie - słone, pachnące połowem. Za chwilę łódź wypływa na otwarte morskie wody i zawija do Livingston, karaibskiej oazy w latynoskiej Gwatemali. To jedna z piękniejszych wodnych podróży mojego życia. A na pożegnanie żyjący w Livingstone Garifuna dają spontaniczny, urodzinowy koncert energetyzującej czarnej muzyki, wybijanej rytmicznie na bębnach a piękne czarne kobiety tańczą do rytmu tak jak żaden biały człowiek nigdy nie nauczy się poruszać.
Informacje praktyczne
Przelot
W promocji BA w 2007 roku, przelot do Belize City kosztował 2560 PLN a do miasta Gwatemala o 200 PLN drożej. Oba przeloty przez Miami (wiza amerykańska!). Przelot przez Meksyk, z pominięciem USA - 1000 PLN drożej. Bez promocji ceny biletów w granicach 3500 PLN.
Tikal
Bilet kupiony po godzinie 15 uprawnia również do wejścia w dniu następnym. To duża oszczędność i świetny sposób na spędzenie w Tikal 1,5 dnia zamiast jednego. Hotel Tikal Inn oferuje osobom z mniejszym budżetem zarówno nocleg na hamakach jak i możliwość rozbicia własnego lub pożyczonego namiotu.
Nurkowanie
Nigdzie nie jest tanie, ale na Caye Calker znacząco tańsze niż w Placenci czy na Ambergis Caye. Ze względu na to jak małym krajem jest Belize, nurkowanie z każdej z tych miejscowości de facto odbywa się na prawie tym samym terenie. Z Placenci jest najdalej do Blue Hole. Półdniowe nurkowanie - ok. 40-60 USD, Blue Hole - ok. 120 USD (ceny zawierają wypożyczenie sprzętu i jedzenie na łodzi).
Noclegi
W Gwatemali od 5-8 USD za czysty pokój z łóżkiem i dzieloną łazienką. Za 15-20 USD mamy już pokój w dobrym standardzie, w własną łazienką i ciepłą wodą, choć ta jest często włączana tylko rano i wieczorem. W Belize noclegi są dużo droższe a standard raczej niższy. W Placenci 30 USD za pokój to absolutne minimum. W Caye Caulkier ceny są zbliżone choć nieznacznie niższe ale w Ambergis Caye należy liczyć się z wydatkiem ponad 50 USD za nocleg. Tańsze miejsca należy rezerwować z dużym wyprzedzeniem.
Transport
Każdego rodzaju, lokalny i specjalnie dla turystów, szczególnie w Gwatemali. W Belize lokalne autobusy łączą niemalże każde miejsce a autobusy zatrzymują się gdzie chcemy wysiąść W Gwatemali od chicken busów po 1 USD do mini-busów dla turystów za 15 USD za podróż. Lokalny transport wszędzie. Ten dla turystów pomiędzy głównymi atrakcjami turystycznymi. Kapitanowie łodzi na jeziorze Atitlan mają w zwyczaju zdzierać z białasów jak tylko się da. Normalna cena nie powinna przekraczać 10-15 quecali za odcinek podróży.
|
|
|