07.gif
strona główna
przydatne w podróży
ambasady polskie
ambasady zagraniczne
ubezpieczenia turystyczne
rozmaitości
tapety
przyjaciele torre.pl
kalkulator walutowy
1 EUR=8.625 Chinese Yuan (CNY)
1 EUR=0.899 Jordanian Dinar (JOD)
1 EUR=192.730 Malawi Kwacha (MWK)
1 EUR=10.999 Moroccan Dirham (MAD)
1 EUR=1,930.476 Tanzanian Shilling (TZS)
sprawdź kursy walut »
prognoza pogody
Alcacer do Sal, Portugal
Temperatura: 21°C
Temp. wiatru: 21°C
Wilgotność: 83%
Prędkość: 11 km/h
Kierunek: 260°
Ciśnienie: 1001.4 mb
W
zobacz inne prognozy »
[ strona główna ] arrow relacje arrow To tu i tam - Nowa Zelandia
relacja PDF Drukuj E-mail
To tu, to tam – Nowa Zelandia & Rarotonga
Beata i Witek Muchowscy
http://www.totutotam.horyzonty.pl/
Autorzy sa przewodnikami Klubu Podróży Horyzonty



JEDZIEMY NA ANTYPODY
 

Właściwie taki blog trzeba zacząć od krótkiego komentarza gdzie, kiedy i po co jedziemy…
A więc jedziemy na ANTYPODY!! Będziemy chodzić do góry nogami, smacznie spać, kiedy w Polsce będzie dzień i wygrzewać się w letnim słońcu, gdy tu już za chwilkę spadnie biały puszysty śnieg… ehhh czyli wszystko na opak! Kierunek NOWA ZELANDIA - mówią, że raj na ziemi … więc postanowiliśmy sprawdzić …
KIEDY - jutro!!!!!!!
DŁUUGO - mówią, że To daleko, bo 24h lotu, więc na krótko nie ma co. Jedziemy więc na 4 miesiące. Piękny dzień powrotu do ojczyzny zaplanowano na 6 kwietnia 2008!CEL - mówią, że sama podróż jest celem. Tak więc planu brak. W drodze scenariusze piszą się same, a jak już się napiszą to my opiszemy je na tym blogu …. a więc … AHOJ PRZYGODO!!! 


LOT
 

czesc i czolem!
Jestesmy juz u celu! Cali, szczesliwi i straaasznie zmeczeni. 27 godzin lotu+11 godzin czekania na lotniskach swiata robi swoje, a dodajac 12-godzinna zmiane czasu to prawdziwa katastrofa Po kolei: Warszawa - o maly wlos spoznilabym sie na samolot. Pogoda nieco mnie zaskoczyla i spadl snieg, ktory radykalnie zmienil sytuacje na drogach, no i nie uwzglednilam tego w swoich kalkulacjach dojazdowych a poza tym zaczynamy bez jednej karimaty - o niej ups zapomnialam.
Frankfurt - szybko i bezbolesnie. Tylko 2 godzinki postoju. Trasa do Japonii uplynela na pogaduchach z napotkanymi Polakami - Jurkiem - wykladowca informatyki i starszym panem, ktory na emeryturze zwiedzil juz chyba wszystkie wyspy Pacyfiku. W drodze mozna poznac niezwykle historie…Osaka - 8 godzin czekania, pamietam tylko ze wszyscy byli dosc podobni i ze chcialo mi sie spac Christchurch - nieoczekiwane miedzyladowanie; pewnie tak to jest jak ma sie promocyjne bilety - przewioza cie po calym kraju, zanim dotrzesz do celu. Tak czy siak, na Wyspie Poludniowej juz bylismy!
Auckland - oto jestesmy! Przywital nas wiosenny deszczyk i Iwonka, zona Igora, geografa z UW. Fantastyczni ludzie! Przygarneli nas, zmeczonych turystow, nakarmili i dali odpoczac! tylko o tym marzylismy!
A teraz, po 15 godzinach snu, ruszamy na zwiedzanie miasta! A oto mala probka widokow
z gory

OTO AUCKLAND


fot. B. i W.Muchowscy
 

Na wstępie najlepsze życzenia imieninowe dla wszystkich pięknych pan o imieniu BARBARA Auckland - miasto słońca, żagli i zielonych wzgórz wulkanicznych… Jest niesamowite! Ponad czerwonymi dachami niskiej zabudowy jednorodzinnej, która rozciąga sie po horyzont od jednego wybrzeża do drugiego wylania sie CITY, nowoczesne centrum miasta z NAJwyższym budynkiem … na półkuli południowej czyli wieża SKY TOWER. Nowozelandczycy uwielbiają NAJ. Podobno jest tego dość sporo, biorąc pod uwagę kryteria, jakie mieszkańcy przyjmują w odniesieniu do konkurencji… tak czy inaczej o wszystkich NAJ będziemy skrupulatnie informować Roślinność jest absolutnie AWESOME (tłumaczenie: szalenie zabójczo fascynująco genialna). Kolorowe, pachnące kwiaty, których za nic nie potrafimy nazwać… drzewa o niezliczonej ilości konarów… drzewiaste paprocie i tropikalne liany… i wiele zupełnie nieokreślonych - oto obraz przeciętnego parku miejskiego. My właśnie wróciliśmy ze spaceru na Mt. Eden, czyli jednego z pagórków wulkanicznych (żeby podziwiać panoramę miasta). Do Auckland wrócimy jeszcze kilka razy, tak wiec co resztę zostawiamy na później. Z planów na przyszłość pewne jest tylko to, ze 8 marca ruszamy na Wyspy Cooka (bo kupiliśmy sobie dzisiaj bilety lotnicze). Takie tam wakacje po trudach nowozelandzkiej wyprawy, no nie? A zaraz ruszamy promem na wyspę Waiheke. Ale o tym już następnym razem…  

Rzecz o ptakach…


Juz na lotnisku przywitaly nas nomen omen WELCOME SWALLOW - jedyne wystepujace tu jaskolki. Jadac przez miasto - o zgrozo lewa strona - daly sie zauwazyc tajemnicze ptaki MYNA i bialo-brode TUI. Dzis na wyspie spotkalismy PUKEKO i kilka innych miejscowych cudow. grudzień 5, 2007LEJEOd rana leje i nie zapowiada sie, ze cos sie w tej kwestii zmieni przez najblizsze godziny (oby nie dni!!). Deszcz nam co prawda nie grozny i zaraz ruszamy dalej - na prom do Auckland i dalej na poludnie wyspy. Moj blad - Auckland nie jest oczywiscie stolica, bo wszyscy przeciez wiedza, ze stolica jest Wellington  ale z rozpedu nie uniknelam pomylki … tu laduje wiekszosc samolotow miedzynarodowych, miasto wita i zegna przybyszow z za oceanu, no i poza tym jednym, zadnego innego miasta jeszcze nie widzielismy… glupie tlumaczenie Dzis Mikolajki … jakos nie chce sie nam wierzyc Moze Sw. Mikolaj przyniesie nam troche slonca … a teraz ruszamy na poludnie (pamietajac ze slonce, jak juz zaswieci, bedzie na polnocy, hehe ;)  ) Dziwny jest swiat, gdy ma nogi do gory… Wiekszosc ptakow nie potrafi tu latac, a te co lataja sa przewaznie z Europy. Lataja tu za to wszystki dzikie ssaki, zeby bylo ciekawiej oprocz tych przywleczonych z Europy. Lataja jak wiemy takze Homo sapiens. Wszyscy sie tu usmiechaja, a na haslo Polska, nie dosc ze nie wytrzeszczaja oczu, to mowia ze byli tam 8 razy. Biegi zmienia sie tu lewa reka a na lotnisku za nielegalne przewiezienie pomaranczy albo banana moga Cie wsadzic do wiezienia. Poza tym zapewniam wszystkich, ze warto sie uczyc geografii bo Ziemia jest faktycznie okragla, obiega Slonce dookola, a Nowa Zelandia jest na antypodach. 


WYSPA WAIHEKE

Jest popoludnie, 5 grudnia. Od wczoraj jestesmy na wyspie Waiheke, niedaleko od Auckland. Wpadlismy tu wlasciwie w odwiedziny do Hoyta, ktory przyslal nam zaproszenie do siebie za posrednictwem Hospitalityclub. Postanowilismy wiec skorzystac, czekajac jednoczesnie na zamowiona karimate w Auckland> Nie mozemy uwierzyc, ze w calym miescie mieli tylko jedna … dziecieca. Witek nie reflektowal ;) tak wiec w oczekiwaniu na nowa dostawe zwiedzamy okolice. I cale szczescie! Wyspa jest piekna i kameralna w porownaniu do stolicy, chociaz pogoda nas nie rozpieszcza i dzisiaj u nas tez pada deszcz No dobrze, cieply, wiosenny deszczyk. Natomiast goscinnosc jakiej tu zaznalismy z pewnoscia przewyzsza nawet te slynna polska! Okazalo sie, ze Hoyt, podroznik, ktory zna mnostwo jezykow, w tym wiele slow po polsku, cale zycie jest w drodze! Nawet dom, w ktorym sie zatrzymalismy nalezy do jego przyjaciela Jamesa… On swoje domy wynajal i za te pieniadze zyje, jezdzi po swiecie i zaprasza innych podroznikow… Z nami sa jeszcze 3 osoby z Niemiec, po nas przyjezdzaja nastepni… Dom i serce otwarte na ludzi z calego swiata! Cos niespotykanego w dzisiejszych czasach. Dostalismy osobny pokoj i goraca kolacje, a dzis rano czekalo na nas pyszne sniadanko i usmiech od ucha do ucha z zapytaniem po polsku: JAK SIE MACIE?? Potem wloczylismy sie w deszczu po malowniczych zakatkach wyspy, oczywiscie zgubilismy sie, majac mape w plecaku i kompletnie juz przemoczeni wskoczylismy do morza. I tak leniwie mija to dzisiejsze popoludnie… Zaraz ma przyjsc James, ktory chyba jest mnichem… i ma nas przewiezc po calej wyspie saochodem.. a potem idziemy do kina… cala siodemka Jak widac scenariusze pisza sie same, wiec po co im przeszkadzac. Nie planujac, mamy wiecej czasu na pisanie bloga  

WAITOMO CAVES

Kolejny punkt podrozy: Waitomo Caves, czyli jaskinie, gdzie szaleni Nowozelandczycy robia rozne szalone rzeczy… a my nie oparlismy sie pokusie sprawdzic, czy sa rzeczywiscie takie fajne, jak mowia
No wiec SA!!! Black Water Rafting to haslo do najrozniejszych propozycji, jakie czekaja na turystow. My wybralismy te trudna, niebezpieczna i dluuuga, czyli 5-godzinna! Bylo trudno, niebezpiecznie i rzeczywiscie WARTO sie wybrac i sprobowac swoich sil zjezdzajac po linie, plywajac rwacymi rzekami w kompletnych ciemnosciach i wspinajac sie po wodospadach! FUN FUN FUN! Zdjecia beda jak sie wgraja, a jak nie to przy najblizszej okazji. O wgraly sie, super  :)   
 
A teraz znowu w droge, czyli 4-dniowy splyw rzeka Whanganui w Whanganui National Park. I widzicie, jakie to podrozowanie jest meczace… nic czlowiek chwili na odpoczynek nie ma Mnie sie na przyklad marzy poczytac dobra ksiazke… Kazdy przeciez o czyms marzy, no nie? Tak wiec do nastepnego napisania… 

WHANGANUI RIVER


Most Do Nikąd
fot. B. i W.Muchowscy

Oto jestesmy! Nasz splyw po rzece Whanganui dobiegl konca, wiec pojawiamy sie na blogu. Milo bylo przez chwile zapomniec o wszelkich dobrodziejstwach techniki i przeniesc sie w swiat, ktory jak podejrzewam niewiele sie zmienil przez tysiace lat. Plynelismy kanadyjka, czyli kazdy po jednym wiosle w reke i do przodu! Krajobrazy przypominaly, nie da sie ukryc, te z Wladcy Pierscieni, chociaz Witek nie mogl tego potwierdzic, bo nie ogladal Spokoj, cisza … o tej porze roku nie ma jeszcze turystow, wiec mozna rozkoszowac sie pieknem i dzikoscia Parku Narodowego. Rzeka Whanganui przypomina nieco nasz polski Dunajec, chociaz oboje stwierdzilismy, ze tutejszych krajobrazow nie da sie porownac do niczego, co do tej pory moglismy ogladac. Po prostu wszystko jest jakies bardziej zroznicowane, zielone, sloneczne…postawione na glowie :) wiec inne! Na poczatku uprzedzono nas, ze mamy uwazac na tzw RAPIDS czyli bystrza, ktorych moze byc sporo w ciagu calej wyprawy. Ale co tam! My zaprawieni w bojach podroznicy bedziemy sie martwic na zapas! Rzeka nas jednak nieco zaskoczyla, kiedy w czwartym dniu wioslowania, na najwiekszym bystrzu na rzece tak nas zalala fala, ze nasze canoe zamienilo sie w statek podwodny i oczywiscie wyrzucilo nas z cala zawartoscia do rwacej wody Rzeczy na szczescie byly w zamknietych szczelnie beczkach powiazanych ze soba sznurem, wiec wlasciwie oprocz drobnego przecieku w beczce z namiotem wiekszych strat nie bylo. Natomiast nieopatrznie Witold ogladal ptaki przez lornetke, ktorej do lodzi nie przymocowal, tak wiec w konsekwencji lornetka spoczywa teraz na dnie rzeki. Podobny los spotkalby aparat fotograficzny Witka, ktory tez lezal pod reka, ale jakos torba utrzymala go na powierzchni i go odzyskalismy. Nie wiem, czy cos z niego bedzie, bo na razie cierpliwie probujemy go odparowac, no ale coz, przygoda niesie za soba takze poswiecenie Wczoraj, po plywaniu, biorac pod uwage, ze praktycznie wszystkie rzeczy nadawaly sie do prania, zrobilismy sobie dzien sjesty i odpoczynku, no i suszenia! Ale przynajmniej wiemy, ze poznalismy Whanganui z kazdej, nawet tej mokrej strony! I tak wlasnie jest najlepiej!TRANSPORT - dostajemy wiele zapytan, jak sie przemieszczamy. Oczywiscie, ze AUTOSTOPEM! To najlepszy sposob na szybkie, tanie i ciekawe dotarcie tam, gdzie sie chce. Nasz pierwszy autostop nadjechal po 2 minutach, drugi po ok. 5. Najdluzej, na kompletnie pustej drodze dzisiaj czekalismy… o zgrozo POL GODZINY! I do tego zatrzymala sie baaardzo mila pani, ktora nas zawiozla tam, gdzie chcielismy, pokazujac nam jednoczesnie wszystkie ciekawe miejsca po drodze! O ludziach mozna z reszta pisac ksiazki! Ich serdecznosc i otwartosc to cos, co dla Europejczyka zawsze bedzie WOW. Na ciche pytanie w autobusie, gdzie mamy wysiasc jadac na Hill Road, pan nie wiedzial, wiec krzyknal: HEJ czy ktos nie wie, gdzie jest Hill Road?? Bo tych dwoje tam chce wysiasc… UPS, głupio  Ale dopiero wtedy sie zaczelo, caly autobus zaczal debatowac, gdzie najlepiej sie zatrzymac, ktoredy isc, do kogo wlasciwie jedziemy … szalenstwo! Nie mowiac juz o tym, ze nie przejdziesz po ulicy obok ludzi bez HI, HELLO, HOW ARE YOU DOING!! … mowimy na nich CRAZY PEOPLE  

BRIDGE TO NOWHERE
 

Bridge to Nowhere - czyli most do nikad - to betonowa konstrukcja w srodku buszu, wzniesiona w 1932 roku dla osady, zakladanej przez zolnierzy, ktorzy otrzymali ziemie od rzadu po I wojnie swiatowej. Busz po kilku latach okazal sie niegoscinny i zywi czym predzej go opuscili, a most… a most stoi po dzis dzien i straszy. Probowalismy lapac na nim stopa do nikad, kladac sie desperacko na drodze, ale nikt nas nie zabral (ten sam los spotyka tu ponoc autostopowiczow od 75 lat). Jak juz wiecie, to jedyne miejsce, gdzie autostop nie zadzialal. 
 

NOWA ZELANDIA W PIGUŁCE
 

Po dwoch tygodniach podrozy poznalismy kraj na tyle, by moc go Wam nieco przyblizyc. Wszyscy wiemy o Nowej Zelandii co nieco, ale postaramy sie opisac kraj tak, by kazdego zaciekawic. Wiecie juz, ze po kraju jezdzi sie lewa strona i ze wiele innych rzeczy jest tu takze odwrotnie. Ruch lewostronny to spuscizna europejskich wyspiarzy - Brytyjczykow - ktorych krolowa ciagle jest ponoc glowa tego kraju, tylko Kiwusi tego nie wiedza. Odnosnie polityki… stabilizacja godna pozazdroszczenia - ta sama premier od 9 lat (a wybory co 3 lata), wszyscy sa zadowoleni, nie pracuja tylko ci, co nie chca, nikt nie dotuje rolnikow, a rolnictwo to swietny biznes… Kiwusi nie lubia placic podatkow i to jedna z niewielu wspolnych cech z Europejczykami.
W kraju wielkosci Polski mieszka 4 mln ludzi, z czego ok. 500 tys. to Maorysi. Bohaterem narodowym jest tu Kapitan Cook - odkrywca i kolonizator, ktorego zaslugi dla kraju sa prawie tak wielkie, jak legendarnego wielkoluda, ktory wyciagnal obie wyspy z dna oceanu (albo wyciagnal jedna, a druga to sam wielkolud zamieniony w wyspe - nauka dopuszcza obie teorie). Od jednego z miejscowych naukowcow dowiedzielismy sie, ze Nowa Zelandia nie zostala zalana przez wielki potop i tutejszych zwierzakow nie bylo na arce Noego, ale to musimy jeszcze sprawdzic. Teraz w miastach trwa przedswiateczny ruch, co Was akurat moze nie dziwic, ale Boze Narodzenie w srodku lata nam wydaje sie kuriozalne. Jest 30 stopni, slonce prawie w zenicie, a z pobliskiej kafejki slychac piosenke “Last Christmas I gave you my heart…” , ktora przyprawia nas o lekki niepokoj - swieta za pasem, a nic nie jest jeszcze gotowe.


fot. B. i W.Muchowscy


JAMES 

Krociutko, bo czasu jak zwykle nie ma, ale wciaz pod wrazeniem wczorajszej przygody musimy opisac to na biezaco. Z Wanganui postanowilismy jechac na poludnie wyspy, docelowo do Wellington, wiec oczywiscie poszlismy lapac stopa. Zatrzymal sie James, dyrektor szkoly, ktory od slowa do slowa zaprosil nas do swojego domu w Palmerston North (nie planowalismy odwiedzac tego miasta, ale jak widac plan pisze sie sam). Zaprosil - to malo powiedziane. Zabral nas na przejazdzke po miescie, pokazal wszystkie najciekawsze zakatki, potem krotkie zakupy i kolacja z 3 dan, ktora dla nas ugotowal. Mieszka sam w wielkiej, pieknej willi, gdzie dostalismy wlasna sypialnie z widokiem na ogrod rozany. Wlaczyl na dvd koncert Pink Floyd i do 24h gadalismy przy winie. A rano odwiozl nas w miejscie, gdzie po 5 minutach zlapalismy kolejnego stopa … tym razem na Kapiti Island. Ale o tym nastepnym razem.
I jak tu nie mowic, ze Nowa Zelandia stoi na glowie! CRAZY PEOPLE!!  

KAPITI ISLAND
 

Ciag dalszy przygod obserwatora ptakow
Kapiti Island jest scislym rezerwatem od 1897 roku. Obecnie jest to przede wszystkim ostoja ptakow, ktore w odroznieniu od glownej wyspy, maja tu spokoj i zapewnione bezpieczenstwo, poniewaz Departament Srodwiska pilnie strzeze, zeby na wyspe nie przedostaly sie jakiekolwiek drapiezniki.
Aby wyruszyc na wyspe trzeba wykupic specjalne pozwolenie, poniewaz w ciagu jednego dnia wyspe moze odwiedzic tylko 50 osob. Przestrzega sie turystow, zeby rezerwowali miejsca min. miesiac wczesniej… ale jakos udalo nam sie zdobyc ostatnie 2 miejsca dzien wczesniej. O szczegolach naszej wycieczki napisze Witek, ale teraz juz spi, wiec go nie budze (u nas prawie 1 w nocy). Dla ciekawskich napisze jednak, ze z osobliwosci wyspy widzielismy TAKAHE, ptaka, ktorego w XIX wieku uznano za wymarly gatunek, jednak w 1948 ponownie odkryto kilka osobnikow na Poludniowej Wyspie. Wielka sprawa zobaczyc takiego nielota z bliska w dzikim rezerwacie, biorac pod uwage, ze na gorzystej wyspie dlugiej na 10 km i szerokiej na 2 km obecnie znajduje sie tylko kilka osobnikow.Podczas wedrowki poznalismy pare Anglikow - Ruth i Jerry’ego - milosnikow ptakow (poznalismy po lornetce Swarowskiego Polaczeni radoscia wspolnej obserwacji Takahe, spedzilismy razem kolejny piekny dzien! Musimy jeszcze opisac Judith. Kiedy przyjechalismy do Paraparaumu, miejscowosci, z ktorej odplywa statek do rezerwatu, okazalo sie, ze najblizszy kemping jest bardzo daleko od centrum, a w miescie nie ma warunkow, zeby namiot rozbic na dziko. Postanowilismy wiec sprobowac szczescia i zapytac w pierwszym lepszym domku z ogrodkiem, czy nie udostepniliby nam kawalka trawy na nasz namiot. Kiedy zapukalismy do jednego z domow, otworzyla nam starsza pani - Judith, ktora w odpowiedzi na nasze pytanie, zaprosila nas do siebie, oddala nam caly ogrodek, lazienke, kuchnie, Internet takze , a nastepnego dnia pojechala na wies do rodziny zostawiajac nam caly dom do dyspozycji… nas to jednak ciagle zadziwia…


Mata Mata - kraina Hobbitów
fot. B. i W.Muchowscy
 
 

WELLINGTON
 

Jestesmy w STOLICY! Auckland to miasto, w ktorym mieszka prawie 2 mln osob, a Wellington-STOLICA jest wielkosci Radomia
Tu spotkala nas kolejna niezwykla niespodzianka: Steve i Sharon z Lower Hutt, u ktorych obecnie mieszkamy! Poznalismy sie “mailowo” przez Hospitalityclub (bardzo polecam wszystkim wloczacym sie po swiecie). Zaprosili nas wtedy, a z uwagi na koszty noclegow, ktore przez 4 miesiace bylyby nie do podzwigniecia bez wsparcia dobrych ludzi, przyjelismy to zaproszenie z wielka radoscia Nasi nowi znajomi z Anglii zabrali nas z Paraparaumu swoim kamperem i przywiezli pod same drzwi do Lower Hutt. Wiemy, wiemy… MAMY SZCZESCIE. Ale zeby tego bylo malo, okazalo sie, ze Steve i Sharon sa przecudownymi, otwartymi ludzmi i mieszkaja w wielkiej willi z widokiem na cala zatoke, tak wiec cale Wellington mamy przez okno jak na obrazku. Wiemy, wiemy - MAMY DUZO SZCZESCIA  (ale i tak aparat fotograficzny ciagle sie suszy, wiec zawsze jest cos za cos)
MSZA - Dzis Steve zawiozl nas do kosciola katolickiego. W drzwiach przywital nas ksiadz z szerokim usmiechem, potem bylo powitanie w kilku jezykach - w tym po polsku!! Nastepnie byla czesc dla dzieci, ktore przedstawialy mini spektakl i spiewy w jezyku Maorysow. Poza tym, jak to w malych wspolnotach, wszyscy sie na poczatku wysciskali, tak wiec czujemy sie juz czescia wspolnoty w Lower Hutt Gospodarze postanowili pokazac nam miasto, wiec zaczeli od pytania, co nas interesuje. Pierwsza sprawa to pojsc do muzeum TE PAPA, o ktorym slyszelismy od wszystkich napotkanych ludzi. Witek dorzucil, ze chcialby zobaczyc parlament (w koncu tu urzeduje rzad NZ), ale zaraz dorzucil, ze w niedziele to pewnie niemozliwe. HEHE :) A wlasnie ze dla nas mozliwe, bo okazalo sie, ze Sharon pracuje w biurze ministra srodowiska, wiec wszystkie drzwi sa otwarte! Spedzilismy mile popoludnie wloczac sie leniwie po miescie, ktore ze wzgledu na swoje usytuowanie i kameralnosc, jest jedna z najprzyjazniejszych stolic, jakie mielismy okazje odwiedzic do tej pory. Jutro ruszamy na Wyspe Poludniowa. Mamy zamiar spotkac sie z Asia i Rafalem, naszymi polskimi znajomymi, ktorzy do Nowej Zelandii ruszyli 2 tygodnie przed nami - jaki ten swiat jest maly, nieprawdaz?? Moze uda nam sie troche popracowac, zeby nie bylo, ze sie tylko obijamy. No planujemy wspolne swietowanie Bozego Narodzenia… chociaz ciagle musimy sobie powtarzac, ze jest grudzien! Trudno zapamietac w tym upale!

KAPITI ISL. Cd
 

Witajcie - tu Witek
Wlasnie wypilem kawe (tutejsza specjalnosc - double shot), wiec mam sile napisac kilka slow
Wrocmy do wyspy. Kapiti to jedna z tzw. Offshore Islands czyli przybrzeznych wysp, na ktorych stosunkowo latwiej realizowac zalozenia ochrony tutejszego srodowiska. Z niewielkiego odizolowanego obszaru mozna usunac wszelkie nierodzime ssaki (czyli poza nietoprzeami wszystkie gatunki) i skoncentorwac sie na zachowaniu tego co rodzime. Nasze spotkanie z ptakiem TAKAHE, o ktorym juz slyszeliscie bylo niemal mistycznym przezyciem - pierwszy dziko wystepujacy nielot w naszym zyciu i to w dodatku jeden z najrzadszych ptakow na swiecie. Jest spokrewniony z nasza lyska. Ptaki sa tu dosyc smiale - nie maja naturalnych wrogow - wiec podchodza blisko do czlowieka (czasem nawet za blisko - inne nielotne cudo - WEKA - prawie weszla nam do plecaka).
Kilka slow o ptakach ogolniej… Tutejszy swiat ptakow jest zupelnie niepodobny do europejskiego. Po pierwsze wszystkie ptaki osiadle (nie odbywajace wedrowek) sa endemitami - Nowa Zelandia jest oddzielona od innych ladow od przeszlo 50 mln lat. Brak drapieznikow sklonil wiele gatunkow do zaniechania latania. Z uwagi na nadoceaniczne polozenie duzo tu ptakow wybitnie morskich - kilkadziesiat gatunkow albatrosow i ich mniejszych krewnych (burzykow, nawalnikow). Te wyspy to jakby tajemniczy ogrod z gatunkami niepodobnymi do czegokolwiek na swiecie… 

PARLAMENT
 

Jak wiecie odwiedzilismy tutejszy parlament - to dobra okazja by oddac sie jednemu z naszych ulubionych sportow - POLITYKOWANIU
i teraz uwazajcie… Nowa Zelandia jest MONARCHIA. Glowa panstwa jest krolowa brytyjska a tutejszy przedstawiciel krolowej musi o zgrozo podpisac wszelkie ustawy. Faktycznie jednak ustroj jest tu parlamentarny. Jednoizbowy parlament z 120 poslami wybieranymi w dosyc zlozonej ordynacji mieszanej zmienia sie co 3 lata. Teraz, w tym jednakowoz liberalnym kraju, od 9 lat rzadza socjalisci (Labour Party - czyli Partia Pracy) wspolnie z 3 wspolkoalicjantami. Mielismy okazje przestapic prog sali obrad i obejrzec wszyskie zakamarki parlamentu, robiac przy okazji szczegolowy wywiad, ktorego wyniki raportujemy niniejszym do Polski. Z ciekawostek nieznanych w Polsce wladza jest tu dobra dla ludu i nie potrzebuje kordonow ochrony, parlamentu chroni recepcjonista przy wejsciu a wszystkie ministerstwa sa zlokalizowane w jednym budynku… Mamy nadzieje przywiezc do Polski mozliwie najwiecej dobrych wzrocow - jeden z napotkanych przez Asie i Rafala Maorysow powiedzial im, ze powinno sie to co dobre zawiezc do swojego kraju, a nie przenosic sie tam, gdzie nam sie najbardziej podoba. Co Wy na to? My wracamy zmieniac kraj :-) 
 

WYSPA POŁUDNIOWA – BLENHEIM
 

W dniu, kiedy mielismy prom z Wellington do Picton (na Wyspie Poludniowej) popsula sie pogoda. Nareszcie wiec, w trakcie 3-godzinnego rejsu, moglismy zatopic sie w upragniona lekture ksiazek, ktore z poswieceniem wozimy ze soba. W Picton autostop zlapal nas sam
, bo gdy tylko wyszlismy z portu na przejsciu dla pieszych zatrzymala sie mila pani, pytajac, czy nas gdzies nie podrzucic. Tak oto znalezlismy sie w Blenheim (czytaj Blynam, nie wiem czemu Mowiono nam, ze to najsloneczniejsze miesjce na wyspie i prawie sie zgadza. Z pochmurnego portu w 30 minut znalezlismy sie w piekle poludniowego slonca. Moze dlatego ten region slynie z rozleglych winnic… My udalismy sie na spotkanie z Asia i Rafalem na Main South Road 3086. Od ponad tygodnia pracowali tu w jednej z winnic, a wszyscy pracownicy-obcokrajowcy mieszkali wlasnie pod tym adresem. Przyjeto nas bardzo cieplo, wiec w planach mielismy moze troche tu popracowac. jednak jak juz wszyscy wiedza, nie ma co planowac, bo okazalo sie, ze praca jest, ale bardzo ciezka, za male pieniadze i z nieuczciwym pracodawca. Dlugo by opisywac przejscia tych, ktorzy postanowili sprobowac szczescia, wiec my podjelismy decyzje, ze jedziemy dalej podrozowac. Jednak przez nastepne 2 dni non stop lalo. Witamy w krainie deszczowcow W zwiazku z tym szybka decyzja, ze polenimy sie az sie rozpogodzi. Warunki w domu sa bardzo dobre, koszt zaden, a towarzystwo…. SUPER! Byl Chris, 19-latek, ktory po maturze wybral sie w roczna podroz na koniec swiata… Andrea z USA, ktora przyjechala na wyspy z rodzicami … statkiem zaglowym przez Pacyfik, 2 Czechow, z ktorymi latwiej bylo sie porozumiec po polsku, no i nasz dzielna czworka z Polski! No i przegadalismy cale 2 dni Przy nalesnikach z owocami caly wieczor gralismy w karty i w miedzynarodowa MAFIE (dla wszystkich wtajemniczonych: znamy 3 nowe postacie!! :). Wspaniale nowe doswiadczenie w miedzynarodowym gronie!
Szkoda, ze 3 dnia sie rozpogodzilo i wszyscy poszli do pracy. My wiec zabralismy plecaki i ruszylismy autostopem do Kaikoura w poszukiwaniu Albatrosow … 

KAIKOURA - MORSKIE SAFARI
 

Wasz ukochany “Pan od przyrody” prosto z konca swiata
Uwaga! Bedzie o ptakach Pelni pozytywnej energii po spotkaniu z podobnymi do nas wedrowcami z roznych stron globu ruszylismy dalej na poludnie do niewielkiej miejscowosci nadmorskiej - Kaikoura. To, co nas tu przyciagnelo, to ciekawe propozycje morskich wypraw na podgladanie przyrody. Nie bedzie dla Was zaskoczeniem, ze wybralismy sie na PTASIE SAFARI, na spotkanie albatrosow. ALBATROSY to najwieksze morskie ptaki o rozpietosci skrzydel do 3m, ktore w powietrzu zachowuja sie jak niestrudzone, piekne i nieslychanie precyzyjne szybowce. Zdjecia z wypraw na ptaki pokazywaly, ze beda nam wszystkie niemal jadly z reki, a listy gatunkow tez brzmialy obiecujaco - i nie zawiedlismy sie. Mala grupka (7 razem z kapitanem) ruszylismy z rana na podboj poludniowego Pacyfiku. Kilka kilometrow od brzegu mielismy juz ptasia eskorte kilku brzydkich jak noc PETRELI GIGANTOW (wybaczcie, ale nie bedzie polskich nazw). Wszystkie gatunki, o ktorych bedzie mowa naleza do rzedu RURKONOSYCH - ptakow morskich z rurka na dziobie, sluzaca do wydalania nadmiaru soli z organizmu. Sa wsrod nich zarowno niewielkie ptaszki (nawalniki - niczym drobne awionetki) jak i transoceaniczne liniowce albatrosy - przy czym, niezaleznie od wielkosci, wszystkie one wytrwale lataja i sa dlugowieczne. Tyle ptasiej lekcji… Wyplynelsimy i stanelismy posrod bezkresu wod a ptaki przylecialy do nas same. Wabione na CHUM - aromatyczne tluste mieso (metoda znana takze w Europie) - ptaki sciagnely z calej okolicy prezentujac sie tuz za rufa naszego malego kutra. 10 gatunkow BURZYKOW i ALBATROSOW bylo sola tego dnia - nawet Bea byla zachwycona zanim nie zasnela Akurat, troche mnie tylko pobujalo, ale wcale nie zasnelam Ja oddalem sie jednej z moich pasji - SEAWATCHING w poszukiwaniu ptakow jest pelen emocji i nawet bezowocne wpatrywanie sie w horyzont utrzymuje w napieciu, ze zaraz nadleci porzadana rzadkosc. Zainteresowanych szczegolami zapraszam do pisania na e-mail - chetnym podesle liste gatunkow po lacinie lub angielsku.
Po powrocie z rejsu, choc pelni wrazen, ale z apetytem na dalsze przygody, wyruszylismy na nadbrzezny spacer dookola polwyspu. Zapierajace dech w piersiach widoki - trawiaste laki schodzace do turkusowego morza, za ktorym rozposcieraly sie lancuchy gorskie siegajace powyzej 2000 m npm. Nawet tak niewrazliwej istocie jak mi serce zaczelo mocniej bic Oddech swiezym morskim powietrzem przyniosl tez swieze mysli i pomysl na zmiane dotychczasowego stylu eksploracji kraju. Postanowilismy na miesiac wynajac samochod. Od dzis poruszamy sie naszym srebrnym, japonskim krazownikiem szos z automatyczna skrzynia i kierownica oczywiscie po prawej stronie. Swiety Krzysztofie modl sie za nami - drogie NASZE MAMY nie martwcie sie, bedziemy BARDZO ostrozni (na prawde).  

IDĄ ŚWIĘTA
 

Zblizaja sie swieta Bozego Narodzenia, ktore spedzimy z dala od kraju, rodzin i swiatecznej atmosfery panujacej w polskich domach. Dziekujemy Sergiuszowi za pamiec w modlitwie - takze na zblizajacej sie Pasterce. I my bedziemy pamietac o Was tego szczegolnego wieczora - kiedy Wy dopiero bedziecie przygotowywac wigilijna kolacje. Postaramy sie byc na pasterce - jest tu wiele kosciolow i polnocna msza jest dobrze znana. Trudno jednak mowic o swiatecznej atmosferze na ulicach - tylko w niektorych witrynach widac swiateczne dekoracje. Upalne lato nie sprzyja takze wedrowaniu po miastach mikolajom. My wybieramy sie na swieta w okolice Nelson do Parku Narodowego Abela Tasmana razem z Asia,Rafalem i Chrisem. Spedzimy wigilie bez tradycyjnych potraw, ale na pewno w serdecznej atmosferze posrod naszych przyjaciol.
Z okazji Swiat skladamy Wam najserdeczniejsze zyczenia, aby te dni uplynely na zadumie, na radosnych rodzinnych spotkaniach przy stole zastawionym pysznymi domowymi specjalami. Wylaczcie telewizory, rozmawiajcie z najblizszymi, zatrzymajcie sie na chwile i pamietajcie o nas. Wszyskiego najlepszego!  

KAJAKIEM PRZEZ MORZE
 

Witajcie po Swietach
Troche nas nie bylo na blogu, ale spieszymy nadrobic zaleglosci! Nasze swieta byly nie z tej ziemi - juz w Wigilie wypuscilismy sie kajakami na morze w Parku Narodowym Abela Tasmana. Tradycyjna wieczerze mielismy spozywac w bajecznych zakatkach tego parku, ale pogoda i stan morza nie pozwolily dotrzec tego dnia do celu i wyladowalismy na nieco blizszym kempingu - zmoknieci i marzacy jedynie o suchym kacie w namiocie i zasluzonym odpoczynku. Nie myslcie jednak, ze poddalismy sie byle falom. Cielismy dzielnie fale przewyzszajace kajak kilkakrotnie!! Ze smakiem soli w ustach stawilismy czolo zywiolowi :), ktory chyba tylko dla napotkanych na wodzie pingwinow byl zupelnie niestraszny. W koncu zaszylismy sie jednak w cichym kacie lesnego kempingu. Nasz wigilijny stol zmywal deszcz przez caly wieczor i noc. Do swiatecznego posilku zasiedlismy dopiero nad ranem - choc dla nas bylo to swiateczne sniadanie, to w porze wigilijnej kolacji w ojczyznie - laczylismy sie z Wami myslami, zajadajac odgrzeane pierozki ze szpinakiem i salatke z tunczykiem ;). Mimo wszelkich niedogonosci dotarl do nas takze Sw.Mikolaj!! Ze swiateczna atmosfera w sercach i przy skromnych potrawach przesiedzielismy przedpoludnie przy “rodzinnym” stole.
 Posileni do syta (w koncu swieta) wybralismy sie na wodny spacer. Powioslowalismy do urokliwej zatoki Mosquito Bay, skad wypuscilismy sie przez nadmorska lagune do dzikiego buszu - zeby poczuc smak dzikiej przyrody i prawdziwej przygody - przemierzalismy busz, idac w gore strumieniem. Zobaczcie sami! Po pieszej wedrowce orzezwilismy sie kapiela w slonym i chlodnym morzu i wrocilismy “do domu” na kolacje. Drugi dzien swiat rozpoczelismy wycieczka wzdluz wybrzeza. Towarzystwo naszych przyjaciol, Asi i Rafala - znakomitych botanikow - pozwala nam nieustannie zglebiac tajemnice tutejszej flory. Pytan mamy bez liku, ale nauczyciele wykazuja sie anielska cierpliwoscia. Druga polowe dnia poswiecilismy na wioslowanie i powrot naszym zoltym okretem do portu. 

KAHURANGI
 

Kahurangi to rozlegly gorski park narodowy porosniety lasem. Postanowilismy przemierzyc jego fragment w trakcie 2-dniowego trekkingu z noclegiem w drewnianej chacie. Zarzucilismy ekwipunek na plecy i caly dzien wspinalismy sie sciezkami przez wilgotny busz, grajac “w zadawanie pytan”. Czyms trzeba sie zajac
Zasluzony odpoczynek w chacie pozwolil nam poczytac ksiazki i poznac podobnych nam wedrowcow ze swiata. Drugiego dnia zaplanowalismy zdobycie Mt Arthur i powrot do samochodu. Po stromej wspinaczce i wobec niedostatku jedzenia nasze zapaly nieco ostygly i jedynie ochotnik Rafal zdecydowal sie na zdobycie szczytu. Na szczycie odebral swoja nagrode - piekne widoki i papugi Kea. Ale mowimy sobie, ze wiele jeszcze gor przed nami Trzy w sumie noce spedzone w parku uplynely nam pod znakiem nocnych rozmow, grzania sie przy kominku, mycia w rzece i czytania ksiazek. Wlasciwie to teraz zostala tylko jedna “Cien wiatru” wiec zostala juz rozczlonkowana i kazdy czyta inny fragment Trzeba sobie jakos radzic! A przed nami Noc Sylwestrowa… i jak zwykle nie mamy pojecia, gdzie nas zaniesie! Wiemy tylko, ze trzymamy sie we czworke

PIERWSI W NOWYM ROKU :)
 

Tak, to prawda, przywitalismy nowy  rok jako pierwsi na Ziemi, 12 godzin przed Polska. Sklamalibysmy jednak gdybysmy powiedzieli, ze z tej racji byl to wyjatkowo huczny sylwester. Na powitanie nowego roku wybralismy polnocny zakatek Wyspy Poludniowej - Farewell Spit (nomen omen Cypel Pozegnania). Ostatni i bardzo sloneczny dzien starego roku spedzilismy na dzikich wydmach nadmorskiej mierzei. Spacer dzika plaza obfitowal w ekscytujace atrakcje i inspirowal nasze artystyczne dusze
Stada czarnych labedzi (dla ptasiarzy labedzi czarnych), wielka jak stol martwa ryba, pingwin - niestety rownie niezywy, zmeczona foka i stada ptakow odpoczywajace na wydmach. Pustynny krajobraz ozywilismy kilkoma pomyslami na drobne happeningi - przywiazani do samotnego pnia przez niewidzialnego pirata, oswobodzilismy ciala i umysly, zeby oddac sie tygrysim skokom na piasek, nieudanym probom wzbicia sie w powietrze przy porywach wiatru i “wyskokowej” reklamie “Pewnego Klubu Podrozy”
Na sylwestrowa zabawe wybralismy najpierw plaze, potem jazzowy klub, zeby polnoc przywitac na dzikim kempingu nad rzeka Takaka wspolnie z grupka Kiwi i naszych zachodnich sasiadow. W zasadzie trudno sie bylo zorientowac kiedy nastapila zmiana daty - nikt sie tym nie emocjonowal, ale dzieki zdobycznej gitarze poslalismy w swiat slowa polskich piosenek. Kiwi docenili rytmy i melodie, a slowa w skrocie im tlumaczylismy. Zabawa zakonczyla sie dla nas niepostrzezenie w objeciach Morfeusza przy sylwestrowym ognisku.Jaki Nowy Rok taki caly rok… Zeby zatem roku nie przespac wstalismy rano, by doszedlszy do siebie - zaszkodzil nam chyba dym z ogniska - ruszyc na wycieczke. Odwiedzilismy pobliskie Pupu Springs - zrodla nieslychanie przejrzystej wody wybijajacej z dna glebokiego jeziora niczym wielkie, naturalne jaccuzi. Popoludnie spedzilismy w Golden Bay - plaza, morze i beztroski odpoczynek naladowaly nasze akumulatory do dalszych przygod, ktore poznacie juz wkrotce. Zostancie z nami w nowym 2008 roku, w ktorym zyczymy Wam pomyslnosci, zdrowia i odwagi na sciezce ku szczesciu i marzeniom.  

ZACHODNIE WYBRZEŻE
 

Pod tym lakonicznym tytulem kryje sie kraina bajecznych widokow, ktore podziwialismy przy pieknej pogodzie i zachodzie slonca. Miliony lat natura rzezbila dziela, ktore stanowia teraz fantastyczna galerie nadmorskich rzezb. Nie do konca poznane procesy ulozyly warstwy skal niczym nalesnik na nalesniku, by potem poddac je dzialaniu wiatru i wody. Maczugi, bramy, dziurki od klucza, podobizny zwierzat tworza scenerie wciaz trwajacego spektaklu, ktorego glownym aktorem jest zywiol morskich fal. Stojac na krawedzi klifu mozna wsluchac sie w gluchy huk wody rozbijajacej sie o sciany podziemnych komor. Ze skalnych otworow i szczelin wybuchaja fontanny wzburzonej wody, ktora przy silnych falach pokonuje podziemne labirynty i strzela w gore na klifowych tarasach. W tym, groznym dla czlowieka, zywiole swietnie czuja sie napotkane przez nas wzrokiem morskie ptaki i tutejsze delfiny. Zgodnie uznalismy te obrazki za widok wyjazdu, choc to moze banalna estetyka morza o zachodzie slonca. Jutro jest dla nas niezmiennie wielka tajemnica. Plan pisze sie sam. 
 

KIWI Z OKARITO
 

Okarito to oddalona od wszelkiego ruchu miescinka na Zachodnim Wybrzezu. Trafilismy tu niejako przez przypadek - na mapie byl znaczek okreslajacy to miejsce jako atrakcyjne i po prostu skrecilismy. Czy slusznie? Ocencie sami! Na poczatek wybralismy sie na daleki spacer wybrzezem - przez busz do ukrytej laguny, na ktorej ponoc odpoczywaja foki. Przyjemna wedrowka byla moze troche monotonna, ale “urozmaicilismy” sobie czas poszukiwaniem dosyc istotnej czesci lornetki. Od tamtego czasu, jak przystalo na wytrawnego obserwatora, radze sobie bez sprzetu - cudo za 60$ odmowilo wspolpracy (pozwolilo mi za to na lekcje optyki pt “jak dziala lornetka i z czego sie sklada”). Nie ma w tym pelnej zalu ironii, choc nie ukrywam, ze sprzet posluzy do konca wyjazdu. Fok na lagunie nie bylo, ale kamienista plaza pozwolila mi uwolnic nadmiar “zlej energii” w puszczaniu kaczek. Tego samego dnia zaplanowana byla nocna wyprawa na KIWI z lokalnym ptasim przewodnikiem. Wystartowalismy wieczorem, by o zmroku znalezc sie 7-osobowa grupka w pobliskim buszu, przygotowani na zespolowe tropienie “pluszaka”. Uzbrojeni w plyn na komary, moskitiery na twarz, czerwone latarki i male gwizdki rozpoczelismy przeczesywanie terenu. Kolo 22 dal sie slyszec glos tej kosmatej pileczki
, ktora w gestym buszu zajmuje kilkuhektarowe terytorium i ponoc tylko z powodu “wyjatkowo niesprzyjajacych warunkow” nie zatanczyl na naszych oczach w swietle czerwonych jupiterow. Wrocilem do namiotu mokry, pogryziony, zmeczony i szczesliwy, ze nie potrzebowalem lornetki, ktorej juz i tak nie mam A ze zdjec prezentujemy tyle: 
 

LODOWIEC W DESZCZU I WE MGLE
 

Pelni zapalu ruszylismy w dalsza droge. Zaplanowalismy kilkudniowy trekking w gorach. Pierwszy oboz - lubimy profesjonalnie podchodzic do sprawy - zalozylismy na parkingu przy wyjsciu na szlak. Spotkalismy tam szwajcarska ekspedycje wysokogorska - dwie dziewczyny o podobnych zamiarach. Po wspolnym posilku w strugach deszczu i integrujacej butelce wina nowozelandzkiego uzgodnilismy plan i podzial ekwipunku, po czym poszlismy spac. Jeszcze przed snem poczulismy deprymujace dzialanie deszczu… Nastepnego dnia rano co prawda prawie nie padalo i prognozy byly dobre, jednak strumienie bez mostow byly dosc rwace… wiec podjelismy odpowiedzialna decyzje o odwrocie
Powiadomilismy ok. 10 rano spiaca ekipe szwajcarska i czym predzej wskoczylismy do samochodu. Kochamy gory, ale bez przesady… W deszczu i we mgle zdobylismy za to pelen samochodow parking pod pierwszym na naszej trasie lodowcem. Troche niepewni co dalej, postanowilismy sie najpierw posilic. I wtedy stalo sie to, przed czym nas ostrzegano… Eskadra wysokogorskich papug KEA zaatakowala samochod!!! . Naliczylismy osiem zielonych jednostek szybkiego reagowania, reagujacych blyskawicznie na pojawienie sie jakiegokolwiek pokarmu w polu widzenia. A tak powaznie to kruczo bystre papugi oczarowaly nas swoja smialoscia i wygladem. Napotkane ponownie w gorach czestowaly sie ciastkami z plecaka nie pytajc o zdanie. I lornetka ponownie okazala sie zbedna.  
 

PARK NARODOWY MT ASPIRING
 

Piekna pogoda … nareszcie!!! Kraina deszczowcow co prawda w styczniu jest nieco laskawsza dla podroznikow niz poprzedni miesiac, jednak co nowozelandzka ulewa znaczy wiedza tylko Ci, ktorzy mieli okazje przekonac sie na wlasnej skorze. Tak wiec w sloncu i przy bezchmurnym niebie skrecilismy z glownej drogi, by polazikowac po uroczych szlakach narodowego parku Mt Aspiring (ponad 3000 m n.p.m.) Zeby nie pisac, ze swiat jest maly… wspomniane juz Szwajcarki spotkalismy po drodze jeszcze 4 razy
a biorac pod uwage, ze nie ma tu duzego wyboru drog… pewnie jeszcze nie raz spotkamy! Widoki mowia same za siebie, dlatego tez nie dziwi, ze m.in. w tych regionach krecono czesc zdjec do LORD OF THE RING… Podazajac sladem Druzyny Pierscienia… my tez jedziemy czegosc poszukac… np najwyzszej gory NZ - Mt COOK! 
 

ROZMAITOŚCI ZAKULISOWE
 

Teraz slow kilka o sprawach codziennych, drobnych spostrzezeniach i malych niedogodnosciach. Jezeli zadajecie sobie czasem pytanie co nas gryzie, to spieszymy z odpowiedzia, ze sa to powszechnie wystepujace muszki gatunku sandfly. Ich ulubionym srodowiskiem sa namioty, wnetrza samochodow, nogawki i rekawy… generalnie wszystkie miejsca gdzie moga swobodnie pasc sie na ludzkiej krwi. Sa zupelnie odporne na strzepywanie, oganianie sie od nich i inne tradycyjne srodki. Zostawiaja na nas pola czerwonych, swedzacych przez tydzien kropek i nie daja w spokoju wysiedziec ani wysoko w gorach, ani w lesie, ani nad morzem. Oprocz muszek nekaja nas nocami jakies oposy i jeze, ktore okradaja nas ze smieci. Interesuja was moze takze wiadomosci motoryzacyjne… Jezdzimy po kraju srebrna, 9-letnia toyota z automatyczna skrzynia (lewa noga odpoczywa). Pokonalismy po niezlych drogach i na niedrogim paliwie 2 tys. kilometrow. Drogi sa dobrze oznakowane - znaki informuja nieraz nawet o gatunkach mozliwych do zaobserwowania ptakow. Kulinaria, czyli co jemy. To jedna z kilku dziedzin, w ktorych ani Was nie zaskoczymy ani nie wzbudzimy zazdrosci. Pieczywo tostowe, ser, musli z marnym mlekiem i blyskawiczne ryze i makarony z roznej masci wkladka. Jedyne co na prawde nam smakuje to owoce - ale te sa za to drogie. Unikamy rozmow o kuchni, bo marza nam sie malosolne ogorki, tluste schabowe i mamine zupy. Gdybyscie mieli jakies pytania to smialo - chetnie sie podzielimy naszym “obroconym swiatem” 
 

MT COOK CZYLI NA DACHU NOWEJ ZELANDII
 

Wybaczcie ten smialy tytul, ale Alpy Poludniowe to bardzo powazne i trudne gory. Spedzilismy w nich dwa dni przygladajac sie jedynie wysykogorskiemu zywiolowi z chatki nad Lodowcem Tasmana. Nie ma w tych gorach tras dla takich jak my - niemal wszystkie propozycje dotycza alpinistow. To wlasnie w tych gorach cwiczyl slynny Sir Edmund Hillary - zmarl tego dnia (11.01), ktory spedzilismy w jednej z odwiedzanych przez niego chat w gorach. Hillary to pierwszy zdobywca Everestu i jeden z wybitniejszych Nowozelandczykow - po jego smierci ogloszono zalobe narodowa, a wizerunek mlodego jeszcze himalaisty widnieje na 5-dolarowce ( dzieki za podpowiedz
). My dalecy od wspinaczki moglismy jedynie podziwiac prawdziwych wyczynowcow. W “naszej” chacie na noc zatrzymal sie wytrwaly duet: Francuzka i nowozelandzki przewodnik, ktorzy odpoczywali po 20-godzinnej wspinaczce na Mt Cook. Moze kiedys… jestesmy jeszcze mlodzi Tymczasem zadowolilismy sie widokiem plynacego dolina lodowca, ktory z hukiem pekal i zyl na dnie kilkudziesieciometrowej przepasci. Po za tym przezylismy prawdziwy wieczorny, a potem nocny nalot papug KEA. Co by o nich nie mowic, spac nie daja i zniszcza wszystko w polu widzenia … a rozbijanie namiotu w tym parku to szczyt nierozwagi - Idzie na zmiane pogody… czas wiec wrocic na rozsadne wysokosci ;)
 

OAMARU … i PINGWINY
 

Pod ta nazwa kryje sie przedziwne miasteczko, ktore, wydawalo nam sie, odwiedzamy zupelnie przypadkowo i po drodze. Szeroka wiktorianska aleja ciagnaca sie przez centrum zabudowana jest palacami i rezydencjami z XIX wieku i nie ustepuje reprezentacyjnoscia Krakowskiemu Przedmiesciu. Ale to sa jedynie pozostalosci swietnosci dawnego portu. Teraz to raptem 12-tysieczne miasto znane z… PINGWINOW!!!
Az dwa gatunki tych nielotow mozna spotkac na plazach niedaleko miasta. Jako ze malego niebieskiego pingwina juz widzielismy (w morskich falach z kajaka) postanowilismy wybrac sie na plaze PINGWINA ZOLTOOKIEGO. I tym razem lornetka nie byla potrzebna. Momentami czulismy sie jak w zoo, a zamiast podchodzic ptaki, oddalalismy sie, by spojrzec na nie z “dzikiej” perspektywy. Coz za traf, ze pingwiny te znajduja sie na odwrocie wspomnianej 5-dolarowki z Hillarym… ale o pieniadzach nie bedziemy rozmawiac 
 

CZY BÓG GRA W KULKI?
 

Pytanie to nawiazuje do slynnego “Bog nie gra w kosci” Einsteina; moze zatem gra w kulki…? To, co mozna zobaczyc na niewielkim odcinku wschodniego wybrzeza, choc nie jest zapierajacym dech w piersiach widokiem, to z pewnoscia jest widokiem intrygujacym. Kilkadziesiat calych i wiele porozbijanych skalnych kul zakloca monotonny obraz plazy - dzikiej, jak kazda inna. Kule sa okragle, maja nawet ponad 2 metry srednicy i w miare erozji brzegu wysypuja sie z piaskowego klifu. Obszerne wyjasnienie ich genezy moze i jest przekonujace… Kule Moeraki, bo tak sie nazywaja te cuda, powstawaly niczym perly wokol drobnych szczatkow organicznych na dnie oceanu sprzed 60 mln lat… Ale dlaczego “do diabla” tylko w tym jednym miejscu na swiecie - muszli i piasku gdzieindziej nie brakuje! Watpliwosci prawie nie daly nam zasnac… ale wyreczyla je bardzo halasliwa nocna ulewa
Dociekliwym odpowiemy po powrocie na pytania o kulki, ale tytulowe pytanie pozwolimy sobie przemilczec 
 

POŻEGNANIE Z KIWI ?
 

Choc jeszcze sie nie poddajemy co do KIWI, to dzis zapadla decyzja o rezygnacji z kilkudniowej wyprawy na Stewart Island. To miejsce, ktore male Kiwuski upodobaly sobie najbardziej z calej nowozelandzkiej gluszy. Koszty i niepewnosc tego, co uda nam sie zobaczyc sklonily nas jednak do przeznaczenia wiecej czasu na Fiordland. Na wyspie mielibysmy szanse zobaczyc kiwi, ale wiemy juz tez skadinad, ze jest to baaardzo trudne. Nie wspominajc juz o zdjeciach! wrecz niemozliwe! :/ - biorac pod uwage, ze oglada je sie w nocy i o fleszu w oczy nie ma mowy
Poza tym wiemy, ze ze wsparciem modlitewnym Padre Sergio predzej czy pozniej wejdzie nam to bezradne ptaszysko do namiotu. Teraz piszemy do Was z Invercargill; odpowiadajac na jedno z pytan - jak zwykle z kafejki internetowej, ktorych faktycznie tu nie brakuje, a bardziej brakuje nam czasu… ale baardzo sie staramy! Udajemy sie na polnoc i potem do Queenstown - tu nieodwolanie opuscimy nasza srebrna strzale. I stopujac udamy sie … do pracy! Nie myslcie sobie, ze my tu na wakacje przyjechalismy Ha! po raz pierwszy mamy jakis plan … ale o tym w odpowiednim czasie…
 

NA POŁUDNIU PO POŁUDNIU
 

Zapominajac juz o wyspie Stuart, ktora zostawiamy z tylu, jedziemy dalej w poszukiwaniu oslawionych fjordow. Zanim jednak je odkryjemy, oto kraina poludnia: wietrzna, dzika i bez turystow!!! Takie klimaty lubimy!!!
a po drodze…  

ACH TEN DESZCZ…
 

Daleka droga do fjordow i niepokojaca prognoza (a takie sie tu zwykle sprawdzaja) zmusila nas do postoju na kempingu. Padalo wieczorem, padalo w nocy, padalo rano… Mozna by rzec, coz w tym dziwnego, ze w 4-miesiecznej podrozy czasem pada. Ale Nowa Zelandia to prawdziwa kraina deszczowcow!! Choc my chowamy sie zwykle przed deszczem, to miniemy sie z prawda, jezeli przywieziemy do domu obrazek slonecznej Nowej Zelandii. Deszcze padaja tu obficie, czasem pionowo, a czasem poziomo, wielkimi albo malymi kroplami, a nieraz po prostu strumieniem. I kazdy taki deszcz ma swoje okreslenie w jezyku Kiwi-English. Zapraszamy do lektury wiersza o deszczu - a nasza poetka Ula jest zaproszona do jego przetlumaczenia ;).
Rain
It rained and rained and rained
The average fall was well maintained
And when the tracks were simple bogs
It started raining cats and dogs
After a drought of half an hour
We had a most refreshing showerAnd then most curious thing of all
A gentle rain began to fall
Next day was also fairly dry
Save from one deluge from the sky
Which wetted the party to the skin
And then at last … the Rain set in :) 
Deszczowy dzien spedzilismy grajac w karty i czytajac ksiazki, zeby po poludniu wybrac sie na kilkugodzinny spacer w gore strumienia, ktory plynal … naszym szlakiem   Dzien zaczal sie wyjatkowo - wstalismy 0 5.30. O 7.00 zaczynala sie nasza eskapada, a nocowalismy daleko od miejsca startu. Po krotkim instruktazu wskoczylismy ochoczo do kajaka i wyplynelismy na wode. Na duzym obszarze na szczescie rozprasza sie duzy ruch jaki tu panuje. Helikoptery, samoloty, wycieczkowe statki przewoza masy turystow (ale i tak nie sa to standardy europejskie…). Cieszylismy sie, ze wybralismy najbardziej “zaangazowana” forme przemierzenia fjordu. Po spokojnej tafli morskiej zatoki wioslowalismy w 4 kajaki. Wokol wyrastaly z morza gory wysokie na 1500 metrow, ale krajobraz wydawal nam sie jednak nieco monotonny (moze juz za wiele widzielismy…). Zdaje sie, ze przewodnik byl podobnego zdania , bo wskazal nam jako cel “malenki” wodospad oddalony o 8 km. Mimo, ze bylo to raptem po drugiej stronie waskiego gardla fjordu dotarlismy tam po niemal 2 godzinach, zeby sie przekonac, ze woda spada tu z bagatela 150 metrow (ponoc 3 razy Niagara, a co!). Bylo slonce, bezwietrznie, a do wodospadu podplywaly kolejne wycieczkowce, wzburzajac fale calkiem spore dla naszych malych, zoltych lupinek. Czekalismy na swoja kolej. Nie wierzac, ze i tym razem bedzie gorzej niz wyglada ruszylismy “pod prysznic”. Wodospad wywolywal na dole wiatr o predkosci dochodzacej do 80 km/h, niosac rzezki deszcz slonej i slodkiej wody - im blizej udawalo sie podplynac, tym szybciej podmuch wyrzucal nas na zatoke.Po niedlugim odpoczynku znowu wskoczylismy do kajaka. Milford Track jest dostepny jedynie z wody. Po 20 minutach spokojnego wioslowania przybilismy do Sandfly Point, gdzie czekala na nas (jak sama nazwa wskazuje) flota powietrzna malych czarnych. Jako ze muszek jest nieskonczenie wiele, to zabicie dowolnie duzej ich liczby i tak nic nie zmienia. Jedyna metoda to ucieczka - najlepiej nieprzerwana, bo muszki sa wszedzie. Sposob jaki na nie znalezlismy w informatorze dla turystow - kto chetny niech tlumaczy Purchase a bottle of good quality whiskyRub liberally on arms and legsDust sand on skin whilst still wet with whiskyTha sandflies come along, get drunk and throw rocks at each other  

FJORDY…
 


fot. B. i W.Muchowscy


Dotarlismy wreszcie do najbardziej niedostepnych zakatkow Nowej Zelandii. W odroznienu od norweskich fjordow tutaj nie ma widokowych drog dla samochodow, nie ma promow… Wielkie i dzikie fjordy (sounds) objete parkiem narodowym dostepne sa albo dla wytrwalych wedrowcow pieszo albo na zorganizowanych wycieczkach statkiem, kajakiem, samolotem, helikopterem… Na slynny Milford Track (4-dniowy trekking) trzeba robic rezerwacje kilka miesiecy wczesniej. My siegnelismy po jedyny dostepny kasek tej krainy - kilkugodzinna wyprawe do Milford Sound kajakiem i wycinek Milford Track pokonany niemal biegiem w te i z powrotem (z braku czasu i obfitosci sandfly-muszek).  

KRAINA MLEKIEM PŁYNĄCA …
 

Witamy po krotkiej przerwie! Za namowa Sergiusza, a tak po prawdzie to zgodnie z wczesniejeszymi zamiarami, osiedlismy w jednym miejscu, by nieco ochlonac i podreperowac nasz budzet. PRACA! Jestesmy w malej wsi.. a wlasciwie na kompletnym odludziu, w miejscu o nazwie Patearoa, w regionie Central Otago (plaskowyz o najnizszych opadach w kraju, wiec juz nam sie podoba). Mimo iz planowalismy prace przy zbieraniu owocow (ew. w winnicy), zdecydowalismy sie na farme mleczna, przypadkiem znaleziona, a zachecila nas miedzynarodowa druzyna mlodych ludzi i przesympatyczny szef - a tak na prawde Witek lubi krowy ;). Dotarlismy na miejsce dwa dni przed startem, dajac sobie czas na przygotowanie i rzucenie obojetnym okiem na mleczarnie. Nic nie zapowiadalo tego, co przezylismy pierwszego dnia… Lagodny start o 7 rano - koniec porannego dojenia krow i sprzatanie tego, co po sobie zostawiaja. Okazalo sie, ze moze nie jest to praca naszych marzen, ale staramy sie dostrzegac pozytywne strony - wiele nowego i lekcja pokory. Bez zdjec (ktore juz wkrotce) naszkicujmy obrazek naszej pracy. W gumowych fartuchach - niemal szczelnie uzbrojeni, stajemy codziennie o 3.45 rano do walki z ponad tysiacem krow. Praca nie wymaga niczego, poza odpornoscia na przykry zapach i opanowaniem sekwencji ruchow koniecznych do uzyskania mleka (25 tys. litrow dziennie) czyli: naloz dojarke, zdjemij dojarke, zdezynfekuj, zaloz dojarke, zdejmij dojarke, zdezynfekuj… A wlasciwie to jedna godzina zaloz dojarke, druga godzina zdjemij dojarke…
Praca jest wiec urozmaicona
Po porannym dojeniu jest sprzatanie praca troche syzyfowa, bo popoludniu drugie dojenie i sprzatanie od nowa Ogolnie pracuje sie 12 godzin z 2 przerwami na jedzonko i szybka drzemke! Tak wiec kolejne 3 tygodnie z pewnoscia beda pracowite i “zapachowe”, ale zarobimy na najnowszy model Mercedesa Zostancie z nami, juz pracujemy nad portfolio  

PRACA WRE!!!
 

Alez tu jest CUDNIE!!! No kto by pomyslal!!! Stalismy sie juz wielkimi milosnikami krow, a co za tym idzie: dojenia, sprzatania po nich i oczywiscie fotografowania! (to juz wkrotce). Natomiast doszly nam nowe obowiazki, a wiec znacznie wzroslo zroznicowanie zajec
Teraz biegamy z motyka po lakach i wykopujemy osty, jezdzimy quadami zaganiajac krowy do dojenia i przestawiamy urzadzenia nawadniajace na terenie … ba! 1100 ha Ale dzis jest niedziela, wiec juz o 10 rano dali nam wolne (od 3:45 to sie juz zdazylismy napracowac), wiec popoludnie spedzilismy nad jeziorem  (nawet jezioro maja!). A poza tym, nasi szefowie co kilka dni robia imprezy dla calej gromadki ciezko pracujacych, z piwkiem i zakaskami Oczywiscie imprezy do 20:00, bo do pracy zaspac nie wolno. Nie ma to jak szef, ktory dba o podwladnych! Az sie chce wstac o 3:15 i kompletnie po ciemku przez 4h zakladac na setki wymion te sprytne urzadzenia do dojenia, czyli przeuroczy MILKING o swicie. Czyz to nie piekne???
Praca uszlachetnia, lenistwo uszczesliwia… oto motto naszych codziennych zmagan… 

BIG SKY DAIRY FARM przedstawia… 

… oczekiwany przez wszystkich od dawna… 
  

NIEOCZEKIWANY ZWROT AKCJI
 

Ostatnio sprawy w naszej niecodziennej pracy nieco sie skomplikowaly…
Otoz jak sie okazalo, nie tak latwo pracowac na farmie mlecznej w swietle przepisow. Na poczatku poinformowano nas, ze aby pracowac potrzebne jest pozwolenie o prace tzw. PERMIT. Oczywiscie, pewnie, jasna sprawa! Ale zeby prosic o permit trzeba miec juz pracodawce! Swietnie, genialnie ekstra! Znalezlismy! Wyslalismy zatem aplikacje z paszportami do Urzedu Imigracyjnego, ktory tymi sprawami sie zajmuje. Zostalismy dodatkowo poinformowani, ze czekajac na pozwolenie mozemy juz prace zaczac, poniewaz proces aplikacyjny moze potrwac az 10 dni roboczych!!! No wiec czekalismy… dzielnie pracujac! Po czym… okazalo sie, ze w sezonie tak duzo osob ubiega sie o permit, a polowa zalogi w urzedzie jest na urlopie, ze otrzymanie permitu trwa 5 TYGODNI! I tak na prawde nie mozna w tym czasie pracowac!!!! Dla nas to prawdziwa katastrofa, biorac pod uwage, ze chcielismy pracowac tylko 3 TYGODNIE! Czyli powinno byc tak: 1. znajdujesz pracodawce 2. wysylasz dokumenty 3. czekasz 5 tygodni i placisz sporo pieniazkow 4. zaczynasz prace z permitem w reku 5. w razie czego nie mozesz pracy zmienic, poniewaz permit obejmuje tylko jednego pracodawce! A mialo byc tak pieknie….Jednak MY, dzielni sezonowi pracownicy i nasi nieocenieni szefowie, jestesmy nieustraszeni!!! Zrobilismy wiec wszystko, zeby przyspieszyc proces przyznania nam permitu i…. oto jest!!! Tym samym jutro mozemy wrocic do pracy Nie podejrzewalismy nawet, ze perspektywa pobudki o 3:30 tak nas ucieszy!Zatem do pracy rodacy

KARTKA Z PAMIĘTNIKA
 

Zimną dłonią wyczuwam pierwszy sutek; zakładam kapsułę i powtarzam ruch jeszcze trzy razy...


fot. B. i W.Muchowscy

Powoli zaspany rozpoczynam dojenie. Trzeba przyspieszyć - na założenie dojarki mam w zasadzie 8 sekund jeżeli pracuje sam, a to sie czasem zdarza. Platforma z 60 krowami wykonuje pełny obrót w 8 minut. Krów jest 1300 i także zaspanym krokiem maszerują z pastwiska do mleczarni. Jest wczesny ranek - tak trzeba to nazwać, bo zaczynamy dzień, ale jeszcze przez 2 godziny będzie ciemno, a ciemność Bóg nazwał nocą. Dojarki są zimne tylko przy pierwszej rundzie; potem cieple mleko nieco je rozgrzewa. Jarzeniowe światło wyrywa nasze małe miejsce pracy z głębokiej ciemności…
W szczęśliwe dni dostaje zadanie przyprowadzenia drugiego stada - to mnie odrywa od monotonnego i męczącego zajęcia dojenia. Na 4-kołowym motorze pod wygwieżdżonym niebem spędzam setki krów z kilkunasto-hektarowego pastwiska. Zabawa w kowboja jest bodaj najprzyjemniejszym zajęciem na farmie, choć może nie o 4 w nocy Poranne dojenie trwa przeszło 4 godziny. Potem kolejne 4 upływają na uprzątnięciu otoczenia przy pomocy wielkich węży z woda oraz na innych pracach porządkowych. Czasem pielimy wielkie pastwiska z rozprzestrzeniających sie ostów - praca z motyka i jeepem 4×4. Popołudniowe dojenie zaczyna sie po 1 i trwa kolejne 4 godziny. Ponowne sprzątanie kończy męczący dzień. Droga do domu zajmuje 2 minuty. Po misce makaronu myślę już tylko o położeniu sie do łóżka - jeszcze przez 2 godziny będzie świeciło słońce, kiedy ja będę już spał. 

A PO PRACY…
 

… zawsze znajdzie sie czas na relaks Wspanialym przezyciem jest wybrac sie na pastwisko, usiasc po srodku i chwilke poczekac. Nasze przyjaciolki krowki sa tak przejete wizyta i zainteresowane nowymi obiektami w granicach plotu, ze w podskokach zbiegaja ku nam zobaczyc co sie wlasciwie dzieje W kilka sekund jestesmy otoczeni na wyciagniecie reki setkami krow! Widok dosc komiczny - zwlaszcza z perspektywy otoczonych. A spaceruje z nami Berwick-nasz ulubiony szef :)   W wolne dni mozna pozwiedzac okolice. Do najblizszego miasteczka mamy 17 km (prawdziwe CITY - 3 ulice)! Tam wybieramy sie czasem na zakupy, a czasem do pubu na frytki albo na lody, bo czlowiekowi po takiej pracy niewiele potrzeba do szczescia Po wieksze sprawunki wybieramy sie do Aleksandry - 90 km. Ciekawostka jest, ze w Patearoa i okolicach nie znaja chyba zastosowania kluczy! Nikt tu nie zamyka ani domow (wrecz zostawiajac wszystko na osciez) ani samochodow. My dostalismy od szefa samochod z przydzialu, bo bez czterech kolek tu wszedzie jest daleko! Ale tez go nie zamykamy, a co! Za to dla relaksu wybralismy sie na krotka wycieczke w pobliskie gorki…Co tydzien w sobote Berwick integruje towarzystwo i urzadza imprezy. Nie wazne, ze w niedziele - dzien jak codzien - dojenie zaczyna sie o 4 Dzieki tym spotkaniom mozemy poznac reszte zalogi pracownikow farmy. Zawsze jest grill, piwko i miedzynarodowe smakolyki. My przygotowalismy ziemniaki z siadlym mlekiem, ale reakce byly zroznicowane Wczoraj natomiast byla impreza pozegnalna dla nas i kazdy przygotowal cos specjalnego. My serwowalismy szarlotke z lodami i tym razem spotkala sie z wielkim uznaniem! Ogromnie zal nam stad wyjezdzac. Spedzilismy tu 4 tygodnie, zaprzyjaznilismy sie ze wspanialymi ludzmi z calego swiata, bardzo wiele nauczylismy! Nasi szefowie - Berwick i Paul bardzo nam pomogli we wszystkich problemach urzedowych. I choc rece nas ciagle bola, to za nic nie zamienilibysmy tej pracy na inna! NO WAY!  

PTASIE MLECZKO… CZYLI NA ZAKOŃCZENIE O PRACY…
 

Gwiazdy Drogi Mlecznej przyswiecaly pierwszym godzinom naszego porannego dojenia. Nieraz gesta jak mleko mgla przykrywala pastwiska, z ktorych ze zmarznietym nosem i rekoma zganialismy nasze pelne mleka krowy. Calodzienny trud, od nocy do poznego popoludnia, to nie byla kaszka z mlekiem. Niedoswiadczeni, niby jeszcze z mlekiem pod nosem, pracowalismy ramie w ramie z tymi, ktorzy w tej pracy zjedli juz dawno bynajmniej nie mleczne zeby. Dlugie dni i tygodnie pracy uplywaly nam w dotknietej susza, mlekiem i miodem plynacej krainie Otago. To niecodzienne doswiadczenie i wszystkie napotkane po drodze klopoty nauczyly nas w przenosnym i doslownym znaczeniu “nie plakac nad rozlanym mlekiem“, ktorego przelewalismy kazdego dnia dziesiatki tysiecy litrow. Pijac mleko codziennie o poranku, w poludnie i wieczorem ukulismy nowe przyslowie, iz to “w mleku prawda” (szczegolnie swiezym i tlustym). To juz kilka dni, jak opuscilismy sloneczna doline, dziekujac naszemu wspanialemu szefowi za wszelka pomoc… tabliczka MLECZNEJ czekolady 
  

NAJ…BARDZIEJ STROMA ULICA ŚWIATA
 

Obiecalismy na poczatku kilka NAJ, ktorymi szczyca sie nowozelandczycy!!! Otoz w Dunedin, studenckim miasteczku na poludniu Wyspy Poludniowej jest:
 W rzeczywistosci na prawde robi wrazenie!!! Mieszkancy miasta raz do roku organizuja rodzinne biegi w gore i w dol… ciekawy sposob zabicia czasu  

PARK NARODOWY ARTHUR’S PASS
 

Jednym z miejsc na Wyspie Poludniowej, ktorego nie moglismy ominac, byl kolejny juz park narodowy - Arthur’s Pass. Szczescie nam dopisalo, bo pogoda zmienna jest tu, co wiadomo nie od dzis, a jednak na naszym szlaku swiecilo slonce i nie spadla kropla deszczu!!! Wedrujac przez 3 dni z plecakiem spotkalismy az 1 turyste!!! To sie nazywa “srodek sezonu turystycznego w Nowej Zelandii”
Nocuje sie w przytulnych gorskich chatkach, wiec nie trzeba dzwigac zbednego bagazu. Woda pitna tez jest wszedzie. Nie raz nie dwa taka pitna wode trzeba przejsc bez pomocy mostu czasem w butach, czasem bez Szlaki oznaczone sa skromnie, wiec dobra mapa jest tu dosc przydatna. Nie potwierdzila sie tym razem anegdota, ze geografa mozna poznac po tym, ze stoi z mapa i o droge pyta… bo nie bylo kogo zapytac Ale do celu dotarlismy, wiec znaczy, ze mozna bez pytania! Co tu pisac, trzeba tu przyjechac!!! Milosnicy wysokogorskich trampingow byliby zachwyceni… 
 

W DRODZE…
 

Powoli wracamy na Wyspe Polnocna. Z Dunedin wstapilismy na chwilke odwiedzic nasze ulubione kulki plazowe, a nastepnie kolonie fok, ktora leniwie wylegiwala sie w sloncu, nie przejmujac sie zupelnie nasza obecnoscia. Alez ja lubie foczki
 W drodze spedzilismy kilka fantastycznych dni, bo wbrew pozorom sama podroz moze byc swietna przygoda… a zwlaszcza autostopem. Co prawda niektore drogi, pomimo, ze uznane za glowne w kraju, nie grzesza intensywnym ruchem i mozna czekac i czekac i czekac i sie nie doczekac! Ale to tez jest wkalkulowane. Za to jak juz cos nadjedzie, to zabiera daleko, daleko, nadrabia drogi, zaprasza na kawe, albo inne takie Wczoraj jechalismy z szalona rockmanka, ktora przez pol drogi nam spiewala; dzis spotkalismy Anthonego, fantastycznego chlopaka z Australii, ktory zabral nas 350km, dowizl nas na prom, choc sam wcale tu nie jechal i jeszcze okazalo sie, ze jest pasjonatem fizyki!!! (o zgrozo) … co oznaczalo, ze spokojnie moglam smacznie spac z tylu, kiedy chlopcy przez kilka godzin rozprawiali o zawilosciach rownan rozniczkowych, filozofii przyrody, ewolucjonizmie i Bog jeden wie o czym jeszcze. Buzie im sie nie zamykaly A ja na postojach moglam nacieszyc sie cudnymi plenerami fotograficznymi wschodniego wybrzeza… Autostopowanie urozmaicamy sobie czasem dobra kawa i ciastkami w przytulnych nowozelandzkich kawiarenkach - bo po ciezkiej pracy z krowami troche luksusu nam sie nalezy!!! A oto krotka fotorelacja Teraz jedziemy z krotka wizyta do Wellington, odwiedzic naszych starych znajomych sprzed 2 miesiecy a potem… kto to wie… 

TONGARIRO - MROCZNE CUDO NOWEJ ZELANDII
 


Tongariro Crossing
fot. B. i W.Muchowscy

Witamy w najstarszym i najmroczniejszym Parku Narodowym NZ - TONGARIRO! Oto swiat aktywnych wulkanow, siarkowych szmaragdowych jezior i tysiaca kolorow w surowym krajobrazie centralnej czesci Wyspy Polnocnej. To kraina zupelnie inna niz wszystko, co dotad widzielismy. Aby zobaczyc wszystkie skarby tego miejsca trzeba wybrac najpopularniejszy tu szlak Tongariro Crossing. Tak tez zrobilismy… dzielnie czlapiac w kolejce turystow przez 8h!!! Po bezludnych trasach parku Arthur’s Pass roznice ilosciowa dalo sie zdecydowanie odczuc  Tutejsze krajobrazy wykorzystali takze tworcy Wladcy Pierscieni i w sercu parku zlokalizowali MORDOR. Tym, ktorzy filmu nie widzieli, polecam goraco szybko nadrobic zaleglosci!!! 

WYPRAWA NA EAST CAPE 

Wyprawa to brzmi dumnie
Wybralismy sie na kilkudniowa ture po wschodnim wybrzezu (najdzikszym i najmniej uczeszczanym przez turystow). Celem byl oczywiscie East Cape czyli przyladek wysuniety najdalej na wschod NZ, ale mowia, ze takze NAJdalej polozona na wschod latarnia morska swiata… nie wiem czy im wierzyc
Prognoza pogody wyjatkowo nam nie sprzyjala i zapowiadalo sie na obfite opady deszczu przez caly weekend. Chmurzylo sie, wialo, ale nie padalo nawet 5 minut! I wyglada na to, ze padalo wszedzie tam, gdzie nas nie bylo, bo rzeki w tym rejonie maja bardzo wysoki stan wod.Po drodze odwiedzilismy kilka pieknych plaz wschodniego wybrzeza, park narodowy Te Urewera i NAJdluzsze molo NZ (660m!!!) A oto krotka relacja z naszej ucieczki przed deszczem!!!  Nowa Zelandia jest tak roznorodna, ze mozna bez problemu spedzic tu pol roku i ciagle nie miec dosyc! Uwazni czytelnicy wiedza jednak, ze niebawem ruszamy dalej (podpowiedz: nie do Australii!). Tak wiec pozytecznie wykorzystamy czas i zarobione pieniazki! A na razie przed nami Rotorua - miasto MAORYSOW i SIARKOWYCH JEZIOR! Do zobaczenia wkroce!  

3, 2, 1… SKYDIVE!!!
 


Dnia 5 marca, o godzinie 14:20 czasu NZ (czyli o 2:40 czasu PL) spadlam z nieba!!!  

KRÓTKA PODRÓŻ DO WNĘTRZA ZIEMI
 

Z nad chmur przenieslismy sie do wnetrza Ziemi. Rotorua to kolejny przystanek w naszej podrozy. Nazwana “siarkowym miastem” jest znana z najwiekszej aktywnosci geotermalnej w calym kraju, o czym swiadczy m.in. “specyficzny” i dosc charakterystyczny zapach w prominiu 50 km. Bulgoczace blota, gorace zrodla, buchajace gejzery-wszystko to przypominajace krajobraz Islandii-sa obecnie jedna z najwiekszych atrakcji Wyspy Polnocnej. Niestety towarzysza temu tlumy turystow oraz wysokie oplaty za wstepy do specjalnie wytyczonych parkow geotermalnych. Jeden z nich odwiedzilismy, ale za to goraca termalna kapiel wzielismy w dzikiej rzeczce, o ktorej wiedza tylko miejscowi Maorysi i co wieczor zjezdzaja tam calymi rodzinami. Cudowny relaks po mroznym podniebnym nurkowaniu
 Powoli wracajac do Auckland, zatrzymalismy sie jeszcze na polwyspie Coromandel. Tu na pieknej, piaszczystej plazy, takze mozna skosztowac kapieli w goracych wodach, wystarczy tylko wykopac dolek! To sie nazywa luksusowe plazowanie nad Pacyfikiem! Woda wydobywajaca sie spod piasku ma 64 st C i na prawde parzy! 2 godziny przed odplywem na HOT WATER BEACH pojawiaja sie z lopatami w rekach dziesiatki zainteresowanych ciekawostka geotermalna. Bylo ciasno, ale oryginalnie  

Z WYSP POŁUDNIOWEGO PACYFIKU
 


fot. B. i W.Muchowscy

Zgodnie z zapowiedzia przerwalismy nasza podroz po Nowej Zelandii krotka wyprawa na Pacyfik. 4 i 1/2 godziny lotu z Auckland znajduja sie na Oceanie Spokojnym piekne atole z bialymi plazami, palmami kokosowymi i blekitna woda. Polozone na Zwrotniku Koziorozca wyspy powitaly nas dusznym tropikalnym klimatem. Gorace powietrze owialo nam twarze pierwszej nocy, kiedy opuszczalismy samolot, by towarzyszyc nam do samego konca. Niewielka wyspa Rarotonga (32 km obwodu) jest najwieksza z 15 wysp archipelagu i jednoczesnie stolica niepodleglego panstwa Cook Islands. Pod kazdym wzgledem to, co tam napotkalismy bylo wyjatkowe. Nasz klimatyzowany domek znajdowal sie nad samym oceanem; kokosy spadaly nam prawie na glowy (choc otwarcie jednego zajmowalo pol godziny), a woda, poza tym ze turkusowo niebieska, byla tak ciepla jak powietrze. W domku mieszkalismy we trojke z naszym bezimiennym kotem, ktory towarzyszyl nam od rana do wieczora.  
Dzieki usytuowaniu nad jedyna na wyspie laguna, mielismy niezwykly widok na malenkie wysepki, tworzace pierscien wokol laguny - bylo to doskonale miejsce na snorkelling (czyli plywanie z fajka, maska i pletwami) po rafie koralowej. “Srodkiem transportu” po lagunie byly tez kajaki morskie oraz plywanie wplaw. Bajka

Rafa tworzy pierscien wokol wyspy i jest domem bardzo kolorowego zycia - ryb wszelkich kolorow i ksztaltow. Mozna by pomyslec, ze w takich okolicznosciach przestawimy sie calkowicie z birdwatchingu na fishwatching, ale… Na Rarotonga, choc wystepuje tu jedynie kilka gatunkow ladowych ptakow, dom znalazly takze takie, jakich nie ma niegdzie indziej na swiecie (jednym slowem endemity). Nalezy do nich symbol tutejszej ochrony przyrody mucholowka z Rarotonga (wybaczcie, ale nazwy beda tlumaczeniem z angielskiego) oraz szpak i synogarlica owocowa. Morze nieustannie patroluja roznej masci rybitwy i fregaty. Choc nie wszystkie udalo sie zobaczyc, to byly one motywem kilku interesujacych wycieczek. A gory na Rarotonga okazaly sie nielada wyzwaniem! Jeden ze szczytow, wysoki na prawie 600 metrow
zdobywalismy w pocie czola, przedzierajac sie przez busz paproci drzewiastych i gestych lian po prawie pionowym zboczu. W ten sposob wycieczka na pobliski pagorek zamienila sie w wielogodzinna szkole przetrwania. Ptakow natomiast nie zaobserwowalismy.
Poza dzikim i malo dostepnym wnetrzem, wyspa posiada dobrze zagospodarowany pierscien ziemi blizej oceanu. 6 rodzin plemiennych zamieszkujacych poszczegolne doliny uprawia tu przerozne owoce i warzywa, takie jak papaje, banany, kokosy, “starfruty”, chlebowce czy kumary (slodkie ziemniaki). Nalezaly one do naszej wakacyjnej diety Po niewielkiej wyspie poruszalismy sie na skuterze, ktorym nie wiemy w jaki sposob przejechalismy w tydzien 400 km. Paliwo - choc drogie - nie zrobilo dziury w naszym budzecie; na pelnym baku za 20 zl wyspe mozna okrazyc 7 razy. Ten srodek lokomocji wymagal ode mnie wyrobienia prawa jazdy na skuter, ktore jednak nie bedzie wazne w Europie Spotkalismy tez na wyspie wielu wspanialych ludzi. Usmiechnieci, otwarci i bardzo zyczliwi sprawiali wrazenie wiodacych zupelnie bezstresowe zycie. Problemy mieszkancow i kraju wydawaly sie banalne z punktu widzenia Europjeczyka. W telewizji mowilo sie o promocyjnych cenach owocow, awarii kutra, ktory wpadl na mielizne i obowiazku zakladania kasku przez motocyklistow od przyszlego miesiaca.Zaskoczyla nas na wyspie liczba kosciolow - nie dosc, ze wiele wyznan, to kazde z nich posiadalo klika “parafii”. Chrzescijanski Kosciol Wysp Cooka jest bodaj najwazniejszy i najstarszy na wyspach; inne wysnania to katolicy, adwentysci, swiadkowie Jehowy, prezbiterianie. My do kosciola postanowilismy sie wybrac w niedziele plamowa - trafilismy do tradycyjnego Kosciola Wysp Cooka, w ktorym msza odprawiana byla po maorysku i angielsku - tym razem w obu jezykach niezrozumiale. Po mszy zostalismy zaproszeni na maly poczestunek, na ktorym poznalismy… premiera kraju!!!! (na zdjeciu).  Z 15 wysepek poznalismy niestety tylko jedna, ale na Pacyfik z pewnoscia jeszcze wrocimy! Bo kto by nie chcial wrocic do raju… 

KIWI THE BIRD
 

Wielka noc przed Wielkanoca… nareszcie po wielotygodniowych nadziejach i wytrwalych poszukiwaniach odnalezlismy dzikie ptaki KIWI. Mozecie sobie wyobrazic nasza radosc (ktorej nie moglismy nawet okazac zaraz po zobaczeniu tej “kosmatej pilki” buszujacej w nocy po lesie). Dziekujemy Asi i Rafalowi za polecone miejsce - tam je znalezlismy.
Trounson Kauri Park jest niewielkim lesnym rezerwatem z okazalymi drzewami kauri. Na miejsce dotarlismy po poludniu i zdarzylismy poznac teren jeszcze za dnia. Po dlugiej i przemilej pogawedce z naszym “kierowca” Brechtem z Belgii (zabral nas na stopa a my jego na kiwi) po 23.00 wyruszylismy do buszu uzbrojeni w czerwone latarki, repelenty i niezbedna cierpliwosc. Nie czekalismy dlugo na charakterystyczny odglos krokow ciezkiego ptaka chodzacego po suchych lisciach. Zakradniecie sie do plochliwego “kiwusa” po stertach suchych lisci i galezi nie bylo latwe, ale krok za krokiem podeszlismy cala trojka na odleglosc kilku metrow. Pierwszy dmuchnal w krzaki zanim moglismy stwierdzic, ze to w ogole kiwi; drugi dal sie obejrzec nieco dluzej; trzeci (byc moze jeden z poprzednich) sondowal swoim dlugim dziobem glebe paradujac tuz obok; czwarty pozno w nocy chodzil blisko sciezki. W sumie widzielismy na pewno 3 rozne osobniki gatunku Apteryx mantelli i zeby uswiadomic Wam trudnosci zwiazane z jego odnalezieniem powiedzmy, ze jedynie nam sie udalo z posrod kilkunastu osob szukajacych kiwi tej nocy na tej samej sciezce. Choc nie wydalo sie to bardzo trudne, zaden z napotkanych w czasie naszej podrozy Kiwi (Nowozelndczykow) nie widzal kiwi Dla birdwatcherow! Kiwi to zupelnie co innego niz kolejny gatunek biegusa albo swistunki  

GDZIE DIABEŁ MÓWI DOBRANOC
 

Na Swieta Wielkanocne wybralismy najbardziej na polnoc wysuniety skrawek nowozelandzkiego ladu. Juz w Wielki Piatek znalezlismy sie na Cape Reinga - miejsce, w ktorym swoje potezne zywioly lacza Morze Tasmana i Poludniowy Pacyfik. Przy snieznobialej latarni morskiej, posrod miedzynarodowego towarzystwa podziwialismy prawdziwie ognisty zachod slonca, a na pobliskim kempingu ulokowalismy sie na cale swieta.
 Wielka Sobota uplynela pod znakiem wielkiej pieszej wyprawy do zlocistych wydm po drugiej stronie polwyspu. Odcieci od swiata (nawet z rodzinami nie moglismy sie polaczyc z braku zasiegu) uczcilismy Niedziele Wielkanocna 6 jajkami zjedzonymi na plazy - niestety musimy sie wam zwierzyc, ze dla nas post trwa nadal Po kapieli w oceanie i krotkim odpoczynku-o tym nigdy nie zapominamy wybralismy sie na spacer.I tak oto leniwie minely nam swieta. Wieczorna cisze zaklocila nam spektakularna akcja ratownicza. Na odleglej od najblizeszgo miasta o 120 km dziekiej plazy ok. godziny 22 pojawil sie ambulans, straz pozarna i ratowiczy smiglowiec. Na szczescie pomoc przyszla na czas, ale nie wiemy dokladnie, co sie stalo. W kazdym razie w takim kraju czujemy sie bezpiecznie Kontynuujemy zatem podroz po NORTHLANDZIE i jedziemy odkrywac zlote piaski Bay of Islands… 

JESIENNI AUTOSTOPOWICZE
 

Wracamy powoli do Auckland, choc idzie nam to niezwykle leniwie. W promieniach jesiennego juz slonca snujemy sie po malowniczych zakatkach Bay of Islands i wschodniego wybrzeza Northlandu. Powrot do polskiej rzeczywistosci zbliza sie nieublaganie, dlatego tym bardziej teraz kazda chwila na tym dalekim ladzie jest dla nas cenna…
Pogoda nas nieco rozpiescila tego lata, pomimo kilku wpisow dotyczacych “deszczowcow”. Obecnie w calym kraju panuja niespotykane susze i wszyscy miejcowi powtarzaja, ze takiego lata nie mieli od dawna!!! Lucky us Kilka ostatnich dni spedzilismy w zatoce Taupiri Bay, gdzie docieraja tylko zagubieni autostopowicze… Kolejny raz przez zupelny przypadek znalezlismy sie w magicznym miejscu, z dala od turystycznego zgielku okolicznych miasteczek. W malym Backpackerze, z widokiem na morze spedzilismy kilka uroczych i leniwych dni w towarzystwie przesympatycznego i nieco dziwacznego wlasciciela - Robina, jego malenkiego kotka, ktory pozostawil widoczne slady walki na rekach Wicia i 8-miesiecznego Dobermana, ktory bardzo nas kochal i ciagle to okazywal, obsliniajac ze szczescia wszystko dookola Robin na koniec opowiedzial nam historie, ktora wydarzyla sie w zatoce zeszlej zimy…  W okolicznych lasach ukrywal sie bezwzgledny morderca z pewna kobieta. Policja zablokowala wszystkie drogi i poinformowala mieszkancow o mozliwym niebezpieczenstwie. Pewnego ranka, kiedy bylo jeszcze ciemno, do drzwi Robina zapukala kobieta, wyczerpana i przemoczona, proszac o kawe i mozliwosc przenocowania. Powiedziala, ze jest z przyjacielem i ze sa AUTOSTOPOWICZAMI… co Robinowi od razu wydalo sie podejrzane… ostatecznie oni sie pozegnali, a on pojechal poinformowac o wszystkim policje. W tym czasie oni wrocili do jego domu, ukradli lodz motorowa i zaczeli uciekac przez morze wzdluz brzegu… na szczescie benzyna skonczyla sie po 40km i policja zaskoczyla ich spiacych w przyczepie kempingowej. Lodz wrocila do prawowitego wlasciciela, morderca zostal skazany na dozywocie, ale wrazenie “autostopowiczow” pozostalo tak czy siak, dostac sie w tak odludne miejsce autostopem moze byc podejrzane!  Obecnie jestesmy z wizyta u przemilych podroznikow w Whangarei, a to za sprawa Hospitality Club Za kilka dni po raz ostatni juz w tej podrozy odwiedzimy Auckland i w sobote ruszymy do Polski. A zatem juz niebawem czas na male podsumowanie… 

NIE ZAWSZE BYŁO RÓŻOWO…
 

W trakcie naszej dlugiej podrozy bywaly chwile trudne; napotkalismy czasem wieksze, a czasem zupelnie drobne, nawet smieszne problemy. Po prostu nie zawsze wszystko sie udawalo - szlo tak, jak bysmy sobie tego zyczyli. Oto niektore z naszych przygod
Pomijajac fakt, ze wystartowalismy bez jednej karimaty, w ktora musielismy sie zaopatrzyc na miejscu, juz na lotnisku w Auckland zaraz po wyladowaniu czekala na nas mala niespodzianka. Przejeci wszystkimi dokumentami, ktore przygotowalismy dla dociekliwych funkcjonariuszy Departamentu Imigracji przeszlismy pomyslnie kontrole paszportowa, zeby zaraz potem zostac zatrzymanym przez tzw. biosecurity, ktore odebralo nam wszystkie “zakazane” produkty: banana, pomarancze i nieodzalowana zgrzewke kabanosow. Jednak dopiero niespelna dwa tygodnie pozniej doczekalismy sie bodaj najwiekszej “katastrofy” podrozy, ktora zabrala lornetke i aparat fotograficzny, a na nas nie pozostawila suchej nitki. Z wywrotki naszego canoe szybko sie jednak pozbieralismy, by wpisac to przezycie na liste najbardziej emocjonujacych przygod. Natomiast kilka skrywanych dotychczas faktow jest zwiazanych z wynajeciem samochodu. Oprocz mandatu za parkowanie, ktory udalo sie “wyjasnic” w urzedzie, uszkodzilismy nieco nasz pierwszy samochod, w czasie nieuwaznego wycofywania Dosc powiedziec, ze z trudem udalo nam sie dostac do bagaznika, ale na szczescie szkody pokryl ubezpieczyciel. Podczas wyjazdu dopisalo nam zdrowie i nie mielismy wiekszych problemow: bywalismy zmeczeni, zdarzyla sie wysoka goraczka, a w czasie pracy nie odstepowal nas bol dloni. Najbardziej dramatyczne bylo spotkanie Witka z pszczola na Wyspach Cooka w czasie jazdy skuterem - pojecie wiekszej polowy twarzy nabralo sensu, kiedy wokol miejsca ukaszenia wyrosla wielka opuchlizna Kilka trudnych momentow zwiazanych jest z nasza praca. Najgorzej znieslismy kilka dni niepewnosci zwiazanej z naszym pozwoleniem o prace i poczuciem, ze jestesmy powodem problemow. Wszystko sie jednak pomyslnie wyjasnilo, a prace z krowami laczymy wylacznie z dobrymi wspomnieniami, mimo kilku chlodnych porankow, zmeczenia, czasem przykrego zapachu i jednego mocnego kopniecia… w czasie proby picia mleka “prosto od krowy”. W czasie tych 4 miesiecy oprocz lornetki i aparatu ponieslismy tez kilka drobniejszych strat, tzw. “gapowych”. Na liscie zgub znajduja sie: zielony notes (bodaj najwieksza strata), polar, krotkie spodenki, kilka skarpetek, koszulka, igly od namiotu (na szczescie jeszcze wiecej znalezlismy) i holenderski kubek za jednego dolara z wiejskiego antykwariatu.Mimo wszelkich strat i problemow, przywozimy do Polski same dobre wrazenia i baaardzo ciezkie plecaki na prawde wspanialych wspomnien  

AUCKLAND NA DESER
 

Jestesmy juz w miescie, kore wita i zegna przybyszow zza oceanu. W ulewnym deszczu, jednym autostopem dojechalismy szczesliwie do Iwonki i Igora po dwutygodniowej wloczedze po Northlandzie. Wspaniale jest miec przyjaciol, do ktorych mozemy tu wracac. Jeszcze tylko 2 noce w Auckland. I to juz niestety ostatni punkt naszej podrozy. Wedlug planu, w sobote rano wsiadamy do samolotu i caly weekend latamy po swiecie, zeby w koncu w niedziele wieczorem wyladowac na Okeciu. Czasem nie mozemy sie doczekac spotkania z najblizszymi, polskiego jedzenia i nawet zwyklej codziennosci… czasem jednak nie chce nam sie wierzyc, ze te 4 miesiace juz minely, ze nasza podroz nieublaganie dobiega konca. To byl cudowny czas, pelen wrazen, niespodziewanych zwrotow akcji, nowych przyjazni, bogatych doswiadczen i niezapomnianych przygod. Przez 18 tygodni wyspiewalismy niezliczona ilosc piosenek, z czego przynajmniej polowe ulozylismy na poczekaniu, zagralismy z 30 razy w partie remika, przeczytalismy po kilka naprawde dobrych ksiazek (bardzoo polecam Man and Boy - Tony’ego Parson’a) i zrobilismy….. sporo zdjec
Zatem czas na male podsumowanie….
 

NOC W OSACE
 

“Jeśli chcesz poznać wielką prawdę, zacznij od alfabetu” mówi japońskie przysłowie. Choć dalecy od wielkiej prawdy o odległej kulturze i nie znający nawet jednego znaku z trzech używanych tu alfabetów, oddychaliśmy przez kilka godzin japońskim powietrzem. Nie przespawszy ostatnich nocy w Auckland, na japońskiej ziemi opadaliśmy z sił, ale chcieliśmy za wszelką cenę zobaczyć jak kwitnie kraj kwitnącej wiśni. Było to największe doznanie kulturowe w czasie całej podróży.
W centrum Osaki utonęliśmy w morzu obcych znaków zapisywanych od prawej do lewej strony, morzu twarzy o trudnym do zinterpretowania wyrazie, morzu techniki, która przerasta Europejczyka nawet w toalecie. Dzięki naszej japońskiej przewodniczce Eryce z Hospitality Club poznaliśmy serce trzeciej największej metropolii kraju, serce, które w sobotnią noc bije bardzo mocno.  Po wizycie zaś w ruchliwym city i filiżance japońskiej herbaty odpoczęliśmy w tradycyjnie urządzonym mieszkanku na obrzeżach miasta. Krótka wizyta w kraju wschodzącego słońca zasiała w nas ziarno chęci powrotu do miejsca, które kulturowo jest tak dużym kontrastem dla Europy, a i przyrodniczo wydaje się wielkim wyzwaniem. 

POLSKIE AKCENTY
 

Po powrocie do kraju przyszedł czas na różnorakie podsumowania. Wspomnienia 4-miesięcznej podróży powoli układają się w głowie i sami stajemy się czytelnikami naszego bloga, który jest zapisem z fascynujących przeżyć.
Przez 18 tygodni byliśmy na antypodach - niemal najdalszych od ojczyzny stronach ziemskiego globu, ale wciąż żywo zainteresowani tym, co się dzieje w kraju i wciąż wrażliwi na rodzime akcenty. Choć tych ostatnich było niewiele pozostawiły po sobie ślad.
Pierwszą “polską” znajomość zawarliśmy gdzieś na syberyjskim niebie w drodze do Osaki. W wielkim Boeingu upust naszym podróżnym emocjom daliśmy w kilkugodzinnej rozmowie z Jurkiem, który był w drodze na konferencję.Następnie w oczekiwaniu na samolot do Nowej Zelandii w Osace spotkaliśmy 5 rodaków wracających do domów z pracy na Nowej Kaledonii. Dostaliśmy od nich nawet nowokaledońską monetę na pamiątkę Na lotnisku w Auckland po przylocie z Polski zostaliśmy przywitani przez Iwonę, która pomogła nam stawiać pierwsze, bardzo zmęczone kroki na dalekiej ziemi. Rodzina Dreckich 4-krotnie w czasie podróży po Nowej Zelandii przyjmowała nas u siebie ciepłym kątem i wspólnymi posiłkami. Spotkanie z Nimi było także okazją do ciekawych rozmów i zacieśniło więzi bardzo młodej przecież znajomości.Przez 2 tygodnie trudy naszej podróży dzieliliśmy z naszymi przyjaciółmi Asią i Rafałem, z którymi wspólnie zasiedliśmy do świątecznego stołu i przywitaliśmy nowy 2008 rok. I temu spotkaniu towarzyszyły nieraz późnonocne rozmowy, które mamy nadzieję kontynuować w kraju.Po 2-miesięcznej przerwie rodaków spotkaliśmy ponownie w Wellington u naszego przyjaciela Steve’a. Iwona i Krzysiek - lekarze z Wrocławia - podążali śladami Władcy Pierścieni w przeciwnym kierunku; w ciągu dwóch wieczorów wymieniliśmy wrażenia i przyrządziliśmy wspólnie polski obiad - pyszne placki ziemniaczane
Ostatnie spotkanie było wyjątkowym zaskoczeniem… Dosłownie w oparach gorących źródeł z dala od turystycznych szlaków polskim “dzień dobry” przywitali nas Basia i Robert. Zaprosili nas na kolację do swojego domu na kółkach, którym był wyjątkowo campervan a nie samochód terenowy. Pasjonaci off-roadu od kilku miesięcy przemierzali dzikie zakątki półkuli południowej.
Dziękujemy za te wszystkie spotkania!Oprócz spotkań z rodakami natknęliśmy się na kilka polskich śladów. W Wellington w kilku miejscach upamiętnione jest przybycie po wojnie do Nowej Zelandii kilkuset polskich dzieci; także w Wellington w katolickim kościele usłyszeliśmy powitanie po polsku, świadczące o obecności Polonii. 

W KRAINIE WŁADCY PIERŚCIENI czyli … … THE BEST OF NZ
 

Kilka lat temu został nakręcony film, a właściwie cała trylogia Władcy Pierścieni, której nikomu za pewne przedstawiać nie trzeba. Zdjęcia kręcono w Nowej Zelandii, gdzie twórcy znaleźli niezwykłe plenery, niemal wyciągnięte z książek Tolkiena. Realizacja trwała 15 miesięcy, 274 dni zdjęciowe, ekipa liczyła ponad 300 osób, zaangażowano ponad 20.000 statystów. Mieszkańcy kraju ze śmiechem komentowali, że w trakcie produkcji praktycznie każdy mógł pochwalić się znajomością kogoś, kto z filmem bezpośrednio był związany, nawet jeśli była to “przyjaciółka męża fryzjerki mojej ciotki”, która szyła strój dla giermka króla w scenie 24…
Dzięki tej ogromnej produkcji, która zdobyła popularność na całym świecie Nowa Zelandia została błyskawicznie wypromowana jako kierunek turystyczny. Zarówno na Północnej, jak i na Południowej Wyspie można wybrać się na wycieczkę śladami filmu: obejrzeć słynny Hobbiton w Matamata, zobaczyć plenery ujęć batalistycznych, pospacerować dolinami, w których kręcone były zdjęcia…Nas także Nowa Zelandia zachwyciła różnorodnością przepięknych krajobrazów oraz barwami przyrody. A gdzieś ponad tym czuliśmy wielką wolność i ducha Władcy Pierścieni…   
<< Start < Poprzednia 1 Następna > Ostatnia >>

Wyniki 1 - 1 z 1
newsletter

Subskrypcja newslettera
Wpisz swój e-mail




ciekawe relacje
z naszej fotogalerii
« wszystkie galerie
współpracujemy














Aktualnie jest 24 gości online