|
Fin del Mundo czyli „w ortalionie przez Patagonię”
aut. Bartek Kubielski
Patagonia…
To jedno z tych legendarnych, wręcz magicznych miejsc, które od niepamiętnych czasów błąkało się po mojej głowie, przypominając o sobie co jakiś czas. A ponieważ podczas czterech wcześniejszych wypraw do Ameryki Łacińskiej udało mi się poznać różne jej oblicza, chciałem doświadczyć również i tego, osławionego regionu - zderzyć mit z rzeczywistością i sprawdzić efekt tej konfrontacji. Na własnej skórze „poczuć” Patagonię z jej bezkresną przestrzenią, niezbyt gościnnym i chimerycznym klimatem, przepastnymi fiordami, okazałymi lodowcami i przede wszystkim ludźmi, którym w tych surowych warunkach przyszło żyć. No to polecieliśmy.

Buenos Aires
fot. Bartek Kubielski
Najpierw do „boskiego Buenos”, gdzie spędziliśmy wieczór i noc w gwarnej i nie zasypiającej chyba nigdy dzielnicy San Telmo, a następnego ranka już bezpośrednio „na koniec świata”, czyli do Ushuaia.
Ushuaia jest nie tylko stolicą terytorium federalnego „Ziemia Ognista, Antarktyda i Wyspy Południowego Atlantyku”, co samo w sobie brzmi nieźle w uszach podróżnika, ale też najdalej na południe wysuniętym miastem na świecie (miasto to może określenie nieco na wyrost ale niech tam).Argentyńczycy skrzętnie wykorzystują ten fakt, podkreślając go na każdym kroku i zbijając na tym turystyczny kapitał. Można zatem napić się piwa warzonego w najdalej wysuniętym na globie browarze, na głównej (i jedynej większej) ulicy Ushuaia można, przy odrobinie szczęścia, postać w tworzącym się „najdalej na świecie” korku itp., itd. Można nawet dostać pieczątkę do paszportu z odpowiednią treścią potwierdzającą, że dotarło się do „Fin del Mundo”. My dotarliśmy tam po sezonie, na styku krótkiego lata i długiej zimy, ugoszczeni przepiękną, jak na patagońskie warunki, aurą i brakiem, typowego dla sezonu letniego, tłumu turystów. Mogliśmy popływać po oddzielającym stały ląd od chilijskiej wyspy Isla Navarino kanale Beagle, który stanowi bramę wypadową dla statków płynących na Antarktydę czy Południową Georgię; pooglądać żyjące tam kolonie lwów morskich, podziwiać porastającą pobliskie wyspy endemiczną roślinność i ……pogapić się w horyzont, za którym tuż-tuż, prawie na wyciągnięcie ręki, nieprzejednany przylądek Horn i antarktyczny Biały Ląd. Ech…

Kanał Beagle
fot. Bartek Kubielski
Trzeciego dnia dotarliśmy do granic Parku Narodowego Ziemi Ognistej. Było na tyle późno, na tyle pusto i na tyle „po sezonie”, że strażnikowi przy bramie wjazdowej nie chciało się nawet wyleźc z budki, żeby skasować nas za wjazd do parku. Pokrzepieni tym, że zostało nam trochę peso w kieszeni, objechaliśmy część parku i znaleźliśmy odpowiednie miejsce na postawienie namiotu. Moje podróżnicze ego mile łechtał fakt, że byliśmy najprawdopodobniej jedynymi turystami nocującymi na tym odludziu. Wiatr dziko wył, zaczął sypać śnieg – Patagonia odkrywała przed nami swoją prawdziwą twarz…Mieliśmy solidny namiot i ciepłe, puchowe śpiwory ale rdzenni Indianie, Yamanas, żyli w tych niesprzyjających warunkach pozbawieni wszystkich tych zdobyczy cywilizacji. Na zdjęciach z początku XX wieku widać, że żyli tam półnadzy, czasem przepasani jakąś zwierzęcą skórą. Ich sposobem na przystosowanie się do tych surowych warunków było palenie mnóstwa ognisk i przebywanie w ich cieple. To te właśnie ogniska kilka wieków wcześniej widział z pokładu swojego statku Magellan, kiedy po raz pierwszy zapuścił się w tamte rejony. A ponieważ nie widział żadnego człowieka, nazwał ten obszar „Tierra del Fuego” czyli Ziemia Ognista.

Patagonia
fot. Bartek Kubielski
Po kilku dniach spędzonych na samym końcu świata postanowiliśmy ruszyć nieco bliżej jego środka a więc w górę mapy. Po kilkunastu godzinach spędzonych w autobusie i krótkiej przeprawie promowej przez wzburzone wody Cieśniny Magellana dotarliśmy do Puerto Natales, leżącego już na terenie Chile i będącego bramą do Parku Narodowego Torres Del Paine. Wieczór upłynął nam na organizowaniu kilkudniowego trekkingu po parku (który uważany jest za jeden z najpiękniejszych na południowoamerykańskim kontynencie), co polegało na jeżdżeniu po tym niewielkim miasteczku rozpadającą się furgonetką, w zacinającym śniegu z deszczem i z szalonym kierowcą za kółkiem. Dzięki Bogu udało nam się przeżyć nocny rajd naszego zmotoryzowanego Gaucho, w ekspresowym tempie wszystko zorganizować i po nocy, przespanej w iście spartańskich warunkach poleconego na dworcu hostelu („będzie pan zadowolony…”), ruszyć w kierunku Parku. Za nami znalazło się oddalone o kilkadziesiąt kilometrów, przysypane pierwszym, przedwczesnym śniegiem Puerto Natales a przed nami – majestatyczne, zanurzone w chmurach skalne wieże, turkusowe jeziora i trzy długie dni marszu w tej scenerii. Były to trzy długie dni, w trakcie których, w dość trudnych warunkach, przeszliśmy około sześćdziesięciu kilometrów, testując nie tylko rzeczywiste parametry kurtek, butów i namiotu ale przede wszystkim naszą fizyczną i psychiczną odporność. I choć nie było łatwo - było warto.

Torres del Paine
fot. Bartek Kubielski
Pierwszą noc, mimo że dotarliśmy do cieplutkiego schroniska, postanowiliśmy z Grubym przespać w namiocie (w myśl idei „nie jesteśmy tu dla przyjemności”). Właściciel schroniska docenił chyba nasz „gest” bo zaczął nas nazywać „Chicos malos de Polonia”.
Z uśmiechem zdjął z półki ostatnią, przeznaczoną do sprzedania za równie niebotyczne, jak pobliskie szczyty, pieniądze butelkę Pisco i poczęstował hojnie, przechwalając się przy tym, jakie to piękne przekleństwa w naszym rodzimym języku zna (poza przekleństwami nie znał oczywiście ani słowa). Drugi dzień u stóp Torresów okazał się na tyle męczący, że postanowiliśmy zanocować w schronisku. Dla zrównoważenia komfortu, na jaki się zdecydowaliśmy, okazało się, że nie mają już nic do jedzenia i wyłączyli ogrzewanie bo „przecież jest po sezonie”, natomiast mają spory zapas wina. No i jakoś się, muszę przyznać, w tej trudnej sytuacji odnaleźliśmy…
W trzeci, ostatni etap trekkingu, wyruszyliśmy przed świtem. I pewnie długo jeszcze szukalibyśmy „tej właściwej ścieżki” miotając się w gęstym mroku i jeszcze gęstszych krzakach, gdyby nie pomoc, która nadeszła w rodzimym języku z wnętrza malutkiego namiotu, o który prawie się potknęliśmy. Dziewczyny (pozdrawiamy) były zaskoczone nie mniej niż my, słysząc polski język na tym odludziu no i to dzięki ich wskazówkom trafiliśmy na szlak i zdążyliśmy na jedyny w tym dniu autobus, który mógł nas zabrać do miasta.
Po drodze był jeszcze niesamowity wschód słońca, surowe ale przepiękne szczyty majestatycznie odbijające się w niezmąconej niczym tafli jeziora i ten koń… Dziki, patagoński koń, który na tym pustkowiu złamał nogę i leżąc spoglądał mi prosto w oczy. A w tym spojrzeniu było wszystko: strach, pogodzenie z losem, którego musiał mieć świadomość ale i nadzieja, że może z nami nadeszła jakaś cudowna pomoc.Ale nadeszła tylko bezradność, która była dla nas bardzo trudna i przygnębiająca, i z którą odeszliśmy, zabierając ze sobą to jego spojrzenie.Na autobus zdążyliśmy i po kolejnych dwóch godzinach z radością wróciliśmy w objęcia - względnej - cywilizacji.

Gaucho
fot. Bartek Kubielski
Parillas to słynne argentyńskie knajpy z wielkimi, opalanymi drewnem grillami, na których pieką się ogromne steki, jagnięce udźce i inne mięsne specjały (zdecydowanie nie jest to kraj dla wegetarian). W jednej z nich w ten właśnie sposób – mięsem i winem – przypieczętowaliśmy naszą niełatwą ale pasjonująca wędrówkę po Torres del Paine i ruszyliśmy dalej na północ, do El Calafate.
Droga do El Calafate to fragment słynnej Ruta 40, ciągnącej się niemal przez całą Patagonię.Jazda nią jest pasjonująca sama w sobie, pozwala bowiem doświadczyć prawdziwie patagońskich widoków: wokół ciągną się bezkresne i dzikie przestrzenie, w oddali majaczą pokryte śniegiem wierzchołki Andów, po bokach pasą się półdzikie lamy a drogę co jakiś czas przebiega struś Nandu. I muszę przyznać, że takiej właśnie, „zwykłej” Patagonii pragnąłem w tej podróży najbardziej. Taką ją chłonąłem wszystkimi zmysłami, starając się, w tych krótkich momentach doświadczyć jej jak najwięcej. Wąchałem czas…
El Calafate, argentyńska miejscowość (granicę między Argentyną i Chile będziemy przekraczać jeszcze kilka razy), przypominająca swoim charakterem coś, co w naszych szerokościach zwykło się nazywać kurortem, miała być z kolei bazą wypadową do Parku Narodowego Los Glaciares, który - zgodnie z tym, co sugeruje nazwa - słynie z lodowców. Lodowców imponujących rozmachem, z jakim stworzyła je natura, a przy okazji nielicznych już na świecie, które nie kurczą się, zachowując cały czas zbliżone rozmiary. Do jednego z nich, o nazwie Uppsala, nie udało się dopłynąć, ponieważ dostęp blokowały góry lodowe, których konfiguracja w tym dniu nie pozwalała na bezpieczne ich ominięcie. Ale z każdej sytuacji potrafiliśmy wyjść obronną ręka, znajdując jakieś pozytywne strony. W tym wypadku był to kawałek odłupanej i wyłowionej góry lodowej, której mały fragmencik posłużył jako „wkład” do whisky, a którym to drinkiem (pod autorską nazwą „Iceberg Whisky”) wznieśliśmy toast za udany rejs.

Perito Moreno
fot. Bartek Kubielski
Nie wiem, jaki w tym udział „Iceberg Whisky”, ale muszę przyznać, że oglądany wkrótce potem lodowiec Perito Moreno zrobił na mnie kolosalne wrażenie. To ciągnące się po horyzont lodowe pole, które nagle urywa się i szeroką na kilometr, pionową ścianą, wpada do jeziora. A my mieliśmy to wszystko na wyciągnięcie ręki. I gdyby jeszcze słońce chciało chociaż na chwilę przegryźć się przez grube chmury i nadać całości nowy wymiar kolorystyczny – uznałbym ten widok za majstersztyk natury. Ale nie można mieć w życiu wszystkiego…
Następnego dnia troje z nas postanowiło zasmakować Patagonii konno a ja w tym czasie postanowiłem się poszwędać z obiektywem po szeroko pojętej okolicy wypożyczonym w tym celu samochodem.Wyjeżdżając z miasta zatrzymałem się, żeby zabrać dwójkę autostopowiczów. Trochę po hiszpańsku, trochę po angielsku, dogadaliśmy się, że chcą jechać do El Chalten. Ja co prawda tak daleko nie jechałem ale spory kawałek mogłem ich podwieźć. W tym momencie, kiedy pakowali plecaki, usłyszałem swojsko brzmiące „tu mu to jakoś wrzucimy”, na co – ku wielkiemu ich zdziwieniu – rzuciłem od niechcenia „wrzucajcie !” - i zrobiło się niespodziewanie swojsko i nadspodziewanie wesoło. Okazało się, że to para Warszawiaków, która od pół roku przemierza Amerykę Południową a ich podróż z cyklu „przed siebie” potrwa kolejne pół... a może półtora roku...
Wymieniliśmy nasze doświadczenia z podróży po tym arcyciekawym kontynencie i, nie wiadomo kiedy, trzeba się było rozstać. Ruszyliśmy, każdy w swoją stronę, z przeświadczeniem, że świat jednak, jak się okazuje, jest mały.
Następny dzień przyniósł kolejne rozstanie: Beata i Gruby kończyli swoją patagońską przygodę i musieli wracać do Polski a my z Bartkiem ruszaliśmy dalej.
Wydostać się z El Calafate tak łatwo nie jest. Dostać się dalej na północ można na dwa sposoby: albo autobusem do Bariloche (po sezonie jeździ dwa lub trzy razy w tygodniu a podróż trwa około trzydziestu godzin) albo, wróciwszy uprzednio do Puerto Natales, samolotem - na przykład do Puerto Montt. My, mimo globtroterskiego zacięcia, z powodu ograniczeń czasowych zdecydowaliśmy się na tę drugą opcję, dzięki czemu udało nam się zaoszczędzić sporo czasu (czego nie można powiedzieć o pieniądzach…).
Puerto Montt nie ma specjalnego charakteru ale jest ważnym węzłem komunikacyjnym w regionie. To stąd odpływają statki pasażerskie w rejsy wzdłuż poszarpanego i usianego przepięknymi fiordami wybrzeża Chile, dopływając aż do Ushuaia w Argentynie. Ale nasz plan był zgoła inny. Na lotnisku wypożyczyliśmy najtańszy, dostępny samochód, który nosił dumną nazwę Chevrolet Spark, a za którą krył się dobrze nam znany Matiz – i tym cudem koreańskiej myśli technicznej udaliśmy się na prom a dalej na wyspę Chiloe.
Chiloe to największa z wysp tego archipelagu, który przez wiele lat pozostawał niejako zapomniany nie tylko przez turystów ale i poniekąd przez samych Chilijczyków. Odizolowany od stałego lądu, wykształcił swoją odrębną kulturę a zwłaszcza architekturę. Większość ze świetnie zachowanych, oryginalnych, drewnianych kościołów, podobnie jak jedyne w swoim rodzaju domy budowane na palach, znajduje się dziś na liście światowego dziedzictwa Unesco. Wyspę przez większość roku spowija mgła, która dodaje jej nieco tajemniczego charakteru. Niestety słynie ona również z permanentnych opadów deszczu. Nie inaczej było podczas naszej wizyty – deszcz nie przestawał padać ani na chwilę ale po pewnym czasie udało nam się do tego przyzwyczaić – co więcej, na swój sposób polubiliśmy ten klimat. Zachęceni opisami tutejszej kuchni, która słynie ze wspaniałych ryb i owoców morza przygotowywanych w niepowtarzalny sposób, zjechaliśmy, za radą Lonely Planet, do oddalonej od głównej drogi o dobrych dwadzieścia kilometrów wioski rybackiej. Wioska okazała się kolejnym podczas tej podróży końcem świata. Kilkadziesiąt domów, dwa sklepy na krzyż, kutry rybackie cumujące w spowitym mgłą porcie, na nabrzeżu dziesiątki worków pełnych małży, ostryg i innych morskich dobrodziejstw i gdzieś pomiędzy tym wszystkim niepozorna, z ledwością odnaleziona knajpka, której szukaliśmy. Wewnątrz czas jakby się zatrzymał – ale chyba właśnie dzięki temu to, co dobre, takim pozostało przetrwawszy próbę czasu. Nie pamiętam już nazwy tej ryby, chociaż pytałem o to właściciela ze trzy razy, ale smaku nie zapomniałem do dziś i gdyby owa wioska znajdowała się dwa razy dalej a deszcz padał trzy razy mocniej to i tak z pełnym przekonaniem mógłbym potwierdzić, że czasem warto zjechać z głównej drogi.
Po przepłynięciu z powrotem z Chiloe na stały ląd deszcz, jak można się było spodziewać, ustał a my, nocnym autobusem, ruszyliśmy do Santiago de Chile. Nocne przejazdy pozwalają w trakcie takich podróży zaoszczędzić podróżnikom z plecakami sporo czasu i nieco gotówki, której nie wydajemy na nocleg, a w przypadku Chile i Argentyny jest jeszcze jeden poważny argument „za”: tamtejsze autobusy dalekobieżne dysponują niezwykle komfortową klasą Full Cama lub Cama Ejecutivo, która oznacza w pełni rozkładany, szeroki i wygodny fotel (o poduszce i kocu, którym przykryła mnie uśmiechnięta pani już nie wspominam), indywidualny ekran zapewniający filmową rozrywkę i obsługę serwującą ciepłe posiłki i wino a czasem nawet szampana! Wszystko to sprawia, że kilkunasto czy dwudziestogodzinna podróż przestaje być w jakikolwiek sposób uciążliwa, w dodatku za cenę biletu drugiej klasy na ekspress z Warszawy do Krakowa. My w ciągu tych trzech tygodni spędziliśmy w autobusach, jak policzyłem, około setki godzin, co biorąc pod uwagę doświadczenia z peruwiańskich, czy – nie daj Boże – boliwijskich dróg wydaje się być katorgą – a jednak w żadnym stopniu nią nie było.
W stolicy Chile spędziliśmy dwa dni i jedną, nieco niezwykłą noc. Za dnia gościli i oprowadzali nas po Santiago przyjaciele Bartka (Magda wyemigrowała z Nowego Sącza kilka lat temu) a wieczorem nieco rozrywki zapewnił nam niejaki Fernando, znajomy mojej żony, którego widziałem po raz pierwszy w życiu a który postanowił pokazać nam nocne oblicze Santiago.
No i pokazał. Do hostelu wróciliśmy nad ranem z silnym przekonaniem, że słynna polska gościnność blednie przy tej, jakiej doświadczyliśmy za sprawą szalonego Fernando. Kiedy doszliśmy do siebie, wyrwaliśmy się na jednodniowy wypad do leżącego sto kilkadziesiąt kilometrów dalej Valparaiso. Kiedyś był to jeden z największych i najważniejszych portów Ameryki Południowej, gdzie zawijały statki transportujące do Europy saletrę i guano, a który dziś w nieco mniejszym stopniu pełni te rolę pozostając jednak malowniczo położonym miastem, chętnie odwiedzanym nie tylko przez turystów ale także przez samych Chilijczyków. To tu, na jednym ze stromych wzgórz, z których roztacza się wspaniała panorama, miał swój dom Pablo Neruda. Tu też ciągle funkcjonuje kilkanaście wiekowych wind, którymi można dostać się z niższych do wyżej położonych rejonów czy dzielnic, co stanowi swego rodzaju ciekawostkę i atrakcję.
Tego akurat dnia odbywała się w Valparaiso parada zorganizowana z okazji święta narodowego. Rzesze nastolatków i nastolatek, w rytmie dźwięków orkiestr dętych dumnie maszerowały w rozmaitych mundurkach przez główne arterie miasta, ku uciesze lokalnej acz licznej gawiedzi, wśród której znaleźliśmy się i my. A że wzrostem i kolorem włosów dość zdecydowanie wyróżnialiśmy się z tego tłumu, zostaliśmy wyłowieni przez jakąś lokalną dziennikarkę, której jak gdyby nigdy nic odpowiedzieliśmy na kilka pytań o wrażenia z tej podniosłej ceremonii i podobne imprezy w naszej, egzotycznej dla nich ojczyźnie; pan fotograf pstryknął kilka fotek i tyle. Jakież było nasze zdziwienie następnego dnia, kiedy okazało się, że byliśmy bohaterami niedzielnego wydania największej lokalnej gazety a nasze gęby zerkały z fotografii umieszczonej na jednej z pierwszych stron. No cóż, nie udało się zrobić kariery medialnej w kraju, dobre i Valparaiso.

fot. Bartek Kubielski
Po tym wybitnie rozrywkowym przerywniku w Santiago i krótkim medialnym epizodzie w niedalekim Valipo wróciliśmy na nasz globtroterski szlak, który powiódł nas przez andyjskie przełęcze wprost do argentyńskiej Mendozy. To sympatyczne miasteczko, będące stolicą najsłynniejszego regionu winiarskiego Argentyny – doliny Maipu, powitaliśmy spowite w gęstym mroku, jako że bus z Santiago dociera na miejsce około czwartej nad ranem a jasno robi się dopiero koło siódmej. Te trzy godziny na dworcu spędziliśmy w towarzystwie pewnego Izraelczyka, z którym umówiliśmy się na wspólną eksplorację słynnych winnic w najpopularniejszy i najtańszy sposób – czyli rowerem. Dolina Maipu leży w zasadzie o rzut kamieniem od Mendozy a winna latorośl dojrzewa tam u stóp ośnieżonych Andów – a w takich okolicznościach przyrody o wspaniałe efekty enologiczne nie trudno. Dojechawszy na miejsce podmiejskim autobusem wypożycza się za równowartość kilku dolarów nieco przechodzony rower, którego stan techniczny przestaje doskwierać w miarę odwiedzania kolejnych winnic i degustacji tego, co produkują tam ich właściciele. Pod koniec dnia co prawda spotykaliśmy na tym bachiczno – rowerowym szlaku takich, dla których droga powrotna była już nie lada wyzwaniem, ale jakoś ten system działa i mnie osobiście bardzo owa forma przypadła do gustu.
Z głowami pełnymi wrażeń i kubkami smakowymi dopieszczonymi mnogością winnych szczepów zapakowaliśmy się po raz kolejny w nocny autobus i ruszyliśmy w kilkunastogodzinną drogę do Buenos Aires. Namówieni przez jednego z dworcowych naganiaczy zdecydowaliśmy się najbliższe dwa dni spędzić w hostelu o jakże bezpretensjonalnej nazwie „Florida Suites”. Tym jednak razem wybór okazał się ze wszech miar słuszny. Za 10 dolarów mieszkaliśmy w samym centrum, w więcej niż przyzwoitych warunkach a śniadanie swoim bogactwem bardziej przypominało to u Tiffany’ego niż suche tosty z dżemem, do których już przywykliśmy. Najedzeni i doprowadzeni do kultury w kwestiach higieny bez zbędnej zwłoki zaczęliśmy eksplorację stolicy Argentyny.

La Boca
fot. Bartek Kubielski
Buenos to miasto, w którym ciągle czuje się wielkie wpływy Europejczyków, którzy tu przybywali i osiedlali się, pozostawiając swoje ślady w architekturze, kulturze i mentalności dzisiejszych mieszkańców. Dumni Portenos do dziś wyróżniają się na tle kontynentu swoistą elegancją w sposobie bycia, poziomem życia (choć nieco zachwianym przez kryzys sprzed kilku lat) czy poszanowaniem dla demokratycznych reguł a lewy brzeg La Platy ze swoimi wieżowcami ze stali i szkła bardziej przypomina Manhattan niż południowoamerykańską metropolię. Ja w każdym razie chwilami miałem poczucie, jakbym ciągle tkwił w Europie. Nieco lokalnego kolorytu dostarczyła dopiero La Boca, w której zachowało się kilka ulic oddających charakter tej XIX-sto wiecznej dzielnicy portowej, gdzie żyli biedniejsi emigranci z Europy (głównie z Włoch), a której boczne uliczki i zaułki dawały posmak latynoskich klimatów (jeśli już się tam zapuszczamy to raczej bez aparatu na szyi i większej gotówki w kieszeni). Buenos Aires to również najszersza ulica na kontynencie, słynna Avenida 9 de Julio, licząca sobie w sumie bodajże osiemnaście pasów ruchu w obu kierunkach, najlepsze na świecie lody i parę innych atrakcji, które postanowiliśmy zostawić sobie na później a tymczasem, spragnieni nieco bardziej tropikalnych klimatów, postanowiliśmy ruszyć w kierunku najpiękniejszych wodospadów świata, jak twierdzą niektórzy, czyli leżących na styku Argentyny, Brazylii i Paragwaju Iguazu Falls.
I znowu niemal doba w autobusie (ale warunki wybitnie luksusowe jak na realia tego kontynentu) i powitało nas przyjemnie gorące powietrze Puerto Iguazu. Wodospady Iguazu najlepiej obejrzeć zarówno ze strony brazylijskiej jak i argentyńskiej, bo są to dwie nieco różniące się od siebie ale przez to świetnie uzupełniające perspektywy.

Wodospady Iguazu
fot. Bartek Kubielski
W tym celu udaliśmy się najpierw do Brazylii (trochę papierkowej biurokracji, nowa waluta w kieszeni) do przygranicznego miasteczka Foz do Iguacu. Muszę przyznać, że o ile sposób dotarcia do wodospadów (klimatyzowany autokar, chłodna Cola itp.) odarty był z posmaku przygody, jaki dawało przedzieranie się do położonego w sercu wenezuelskiej dżungli Salto Angel, najwyższego wodospadu świata, o tyle widok kilkudziesięciu kaskad spowitych w wodny pył, bajkowej tęczy i setek niewyobrażalnie kolorowych motyli między tym wszystkim przerósł moje oczekiwania i pozostawił w pamięci niezatarte wrażenie. Drugi dzień to powrót na stronę argentyńską i eksploracja tej części Parku. Dzięki wykutym w skałach chodnikom i stalowym kładkom oraz platformom mogliśmy dotrzeć do wielu miejsc (Wodospady Iguazu to ogromne rozlewisko i kilkadziesiąt mniejszych i większych kaskad skupionych na dość rozległym obszarze) w tym do słynnej Garganta del Diablo – diabelskiej gardzieli czyli miejsca, gdzie stajemy niemal w środku tej kipieli, otoczeni zewsząd żywiołem, który w postaci tysięcy ton wezbranej wody spada z wysokości stu kilkudziesięciu metrów i z ogromnym hukiem rozbija się o skały. Wrażenie jedyne w swoim rodzaju. A wszystko to dosłownie tonie w otoczeniu dzikiej, tropikalnej roślinności. Wszystkim, którzy jeszcze wahają się, czy warto, jak miało to miejsce w naszym przypadku, „zboczyć trochę” z obranego szlaku i dotrzeć w to cudowne miejsce odpowiadam: koniecznie! Kiedy wieczorem leżałem w hamaku rozwieszonym w patio naszego hoteliku, wodospady nie przestawały mi szumieć w uszach. Było to jedno z tych doświadczeń, które namacalnie dają odczuć potęgę i majestat natury.
Ponieważ, jak wspomniałem, żeby zobaczyć Iguazu musieliśmy nieco zboczyć z naszej trasy, trzeba było wrócić do wielkomiejskiego klimatu Buenos, co wiązało się z niemal dwudziestoma godzinami w autokarze. Po przyjeździe na dworzec autobusowy (a było to rano) postanowiliśmy kuć żelazo, póki gorące i puściliśmy się niemal biegiem do terminalu promowego, żeby porannym rejsem dostać się do oddalonej o dwie godziny drogi urugwajskiej Colonia del Sacramento. Urugwaj, ze względu na swój spokojny charakter i wysoki poziom życia mieszkańców jeszcze do niedawna nazywany był Szwajcarią Ameryki Południowej. I choć sytuacja nieco się zmieniła, to ten niewielki kraj ciągle pozostaje oazą spokoju i bezpieczeństwa a jego mieszkańcy są dumni ze swojego niespiesznego trybu życia, który przeciwstawiają pośpiechowi i zabieganiu żyjących po drugiej stronie delty La Platy Portenos. My swój pobyt w tym kraju z konieczności ograniczyliśmy do posmakowania owej atmosfery w pamiętającej czasy kolonialne Colonii del Sacramento. W dawnych czasach była to osada wybudowana przez Portugalczyków, która miała im służyć za świetnie położony punkt (około 100 kilometrów przez wody szeroko rozlewającej się La Platy), z którego do Buenos szła kontrabanda z wszelkimi atrakcyjnymi dla jego mieszkańców towarami, których nie wolno było sprowadzać do kraju.
Dziś jest to pełne uroku miasteczko, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, które świetnie zachowało klimat tamtego okresu. Zachwyca mnóstwem kolonialnych budynków, niezliczoną liczbą uliczek i zaułków, przy których rozsiane są dziesiątki knajpek, barów i kawiarenek. Szczególnego kolorytu nabiera zaś po zmierzchu, kiedy delikatnym światłem zaczynają świecić małe latarenki a z wnętrz owych knajpek sączy się subtelnie muzyka i dobiegają przeplatane śmiechem rozmowy. Nie sposób też nie wspomnieć o pewnym zwyczaju, który – o ile w przypadku Argentyńczyków pozostaje jeszcze zwyczajem – o tyle w wypadku mieszkańców Urugwaju urasta do rangi rytuału: a mianowicie picie yerba mate. Mate piją wszyscy i wszędzie, niezależnie od statusu, wieku i okoliczności. Sklepy z niezbędnymi do tego utensyliami można spotkać na każdym rogu, samochody wyposażane są w specjalne uchwyty (słyszałem, że żaden szanujący się Amerykanin nie kupiłby auta bez uchwytu na puszkę Coli – analogicznie sprawa musi chyba wyglądać w przypadku Urugwajczyków i mate).
Spacerowicze noszą specjalne torby, które mogą pomieścić nie tylko odpowiednie naczynie (najczęściej wydrążona tykwa), bombillę (specjalna rurka) i zapas ziółek ale przede wszystkim termos, z którego niezależnie od sytuacji mogą dolać sobie gorącej wody. I choć napar z mate posiada rzekomo właściwości pobudzające, to po niezwykle spokojnych i żyjących bez najmniejszego pośpiechu Urugwajczykach absolutnie tego nie widać. Dwa dni spędzone w Colonii pozwoliły i nam przesiąknąć nieco tą atmosferą, co po trzech tygodniach spędzonych w trasie i pogoni za wrażeniami okazało się balsamem dla ciała i duszy.Wróciliśmy promem do Buenos, żeby zobaczyć to, czego nie udało się obejrzeć wcześniej, poszwędać się po raz ostatni po tym przepastnym i niezwykłym mieście i …… wrócić do oddalonej o kilkanaście tysięcy kilometrów codzienności, która z perspektywy podróży pozwala przyjrzeć się sobie nieco inaczej i nabrać trochę niezbędnego dystansu.
Bartek Kubielski
|
|
|