|
Aut. Tomasz Michniewicz
Fragmenty książki „Samsara. Na drogach których nie ma.”
W świątyni zrobiło się poruszenie. Zaczęli z niej wybiegać ludzie, rozpychając tłum, by zrobić przejście. Za nimi powoli wychodzili Ma-song, a następnie grupy mężczyzn niosących ciężkie drewniane lektyki, w których umieszczone zostały figury bóstw. Tragarze odziani byli na biało, ale głowy owinięte mieli mokrymi ręcznikami. Wielu z nich nosiło też okulary spawalnicze albo gogle. Przedziwny widok.
Procesja nabierała rozmachu. Ze wszystkich domów i uliczek wychodzili kolejni świętujący i przyłączali się do pochodu. W ciągu kilkunastu minut na ulicy pojawiło się jakieś dziesięć tysięcy ludzi. Całe miasto krzyczało i waliło w bębny. Bocznymi ulicami zaczęły przejeżdżać półciężarówki z muzykantami, którzy dęli w trąby. Ludzie wpadali w ekstazę religijną i robiło się coraz głośniej.
W procesji niesiono może dwadzieścia lektyk z wizerunkami bóstw. Każdej z nich towarzyszył wianuszek Ma-song i tłum świętujących. Ma-song co jakiś czas zatrzymywali się przy ustawionych na chodnikach ołtarzach, które przygotowali mieszkańcy. Błogosławili jedzenie albo dotykali głów klęczących ludzi. Wszyscy traktowali ich z olbrzymim nabożeństwem.
Procesja zatrzymała się na krótko nad brzegiem morza, gdzie odprawiono ceremonię z ofiarami i kadzidłami. Każda kolejna lektyka przechodziła ten sam rytuał, po czym wszyscy ruszali dalej, wracając do miasta.
Z każdą minutą czułem się coraz bardziej niepewnie. Tłum krzyczał, śpiewał i wiwatował. Lektyki były obrzucane dziesiątkami tysięcy petard. Tajowie wierzyli, że huk odstrasza złe duchy. Długie sznury podpalonych fajerwerków spadały z góry na lektyki i wybuchały tuż nad albo i na tragarzach. Mokre ręczniki i gogle pełniły funkcje ochronne.
Z głośników w całym mieście wydobywała się dziwna, niepokojąca muzyka, petard robiło się coraz więcej, fruwały we wszystkich kierunkach. Minął mnie Ma-song trzymający w ustach dwa potężne rewolwery. Za nim następny, z czterema samurajskimi mieczami. Obaj szli w transie, najwyraźniej nie czując bólu. Ktoś wyskoczył z tłumu, zaśmiał się nerwowo i pobiegł dalej, machając flagą. Ktoś podał mi szklankę wody i jabłko. Zobaczyłem Ma-songa, który w marszu przez cały czas oblizywał ostrze długiego noża i krew lała mu się z ust. Jego oczy świeciły samymi białkami – źrenice uciekły w głąb czaszki.
Huk petard i bębnów był nie do wytrzymania. Procesja poruszała się monotonnie do przodu, wprowadzając uczestników w trans. Mijaliśmy kolejne ulice nieprzerwanie witani przez tłum skandujących. Przede mną kilku Ma-song co parę minut prezentowało dowód na potęgę wiary. Chlastali się po gołych plecach trzymanymi oburącz siekierami, a krew spływała im po krzyżu. Jednym ruchem mogliby sobie przeciąć kręgosłup, ale tak się nie działo.
Zobaczyłem, że procesja podzieliła się na kilka mniejszych, które chodziły teraz różnymi ulicami. Wszędzie ludzie strzelali z biczów i wrzeszczeli albo recytowali coś w niezrozumiałym języku. Widzowie klękali całymi grupami, składając dłonie do modlitwy. Ma-Song czasem pokrzykiwali, gdy ból stawał się nie do wytrzymania, czasem wpadali w nerwowe drgawki. Zobaczyłem mężczyznę owiniętego drutem kolczastym, który wymachiwał ostrą dzidą. Za nim innego, który niósł nabijaną kolcami kulę i zębatą piłę, którą orał sobie boki.
Świat wirował mi przed oczami.
– Czy to, jakie przedmioty oni sobie wsadzają do ust, ma znaczenie? – zapytał Kaczor.
– Nie – odpowiedziałem.
– Czyli nie ma specjalnej różnicy, czy on niesie palmę czy nóż?
– Nie. Ważne, że niesie.
Siedzieliśmy milcząc na chodniku i patrzyliśmy, jak mijają nas kolejne procesje.
– A nie masz wrażenia, że w tym jest trochę takiej jakby popisówki? Wiesz, typu: „Ty widziałeś, co Dong sobie wsadził? Co? Karabin! A Wang? Co? Kwiaty w doniczkach! Ja nie mogę, ale numer...”.
– Jestem absolutnie przekonany, że tak jest – odpowiedziałem.
– Bo jak to jest możliwe, że oni nam pozwalają robić zdjęcia? Że możesz podejść i strzelać portrety z półtora metra? To musi być akcja trochę na pokaz.
– Bardzo prawdopodobne.
Zamilkliśmy ponownie. Przed nami przeszedł Ma-song z przeciągniętym na wylot przez policzek wielkim parasolem ogrodowym, który musiał podtrzymywać mu towarzysz. Kaczor spojrzał na mnie wymownie.
– Wieczorem mają chodzić po węglach. Zobaczymy, ile w tym teatru – powiedziałem.
Jadłem świeżo smażone sajgonki oblane słodko-ostrym sosem i patrzyłem, jak ludzie schodzą się do świątyni Juitui. Był wieczór. Cały dzień procesje krążyły po mieście jak duchy. Raz czy dwa natknęliśmy się niechcąco na mały pochód, wychodząc zza rogu. Czekała nas jeszcze kulminacja całodniowych obchodów. Z Juitui miała wyjść ostatnia procesja, podczas której Ma-song ostatecznie potwierdzą, że dysponują nadludzkimi mocami.
Przez cały dzień zastanawiałem się nad siłą wiary. Doszedłem do wniosku, że w gruncie rzeczy nie ma znaczenia, czy duchy phi faktycznie istnieją i można je przywołać, czy to tylko jedna z wielu religii, tak samo uzasadniona i wiarygodna jak wszystkie pozostałe. Albo irracjonalna i bezpodstawna, w zależności od punktu widzenia.
Obchody Festiwalu Wegetariańskiego pozwalają ludziom wchodzić w stan, który dla innych jest niedostępny. Nie jest to zresztą jedyny taki przypadek. Thaipusam obchodzony w Indiach, Malezji i Singapurze. Wielkanoc na Filipinach. Szyicka Aszura, święto biczowników i pokutników. Festiwal Małpiego Boga, podczas którego ochotnicy wkładają ręce do wrzącego oleju. Wielka Sobota w Jerozolimie, gdy wierni kąpią się w ogniu i go nie czują.
Wszystkie te święta pozwalają tym, którzy wierzą, przekroczyć bariery swoich możliwości.
Może Ma-song naprawdę rozmawiają z duchami. A może tak mocno wierzą, że to się wydarzy, aż w końcu umysł podsuwa im odpowiednie obrazy. Od dziecka co rok widzieli, jak zachowują się starsi Ma-song, jak mamroczą i kręcą głowami, więc gdy przyszła ich kolej, może bezwiednie powtarzają gesty znane od dzieciństwa. Może. Nikt tego nie wie. Ale nie krwawili tak jak powinni. Nie czuli bólu, choć – i byłem co do tego absolutnie przekonany – nie pili nic, co by ich jakkolwiek otępiało. Swoje możliwości zawdzięczali tylko stanowi umysłu.
Wiara jest najpotężniejszą siłą człowieka.
Godzinę temu Kaczor zniknął mi z oczu, pewnie poszedł gdzieś robić zdjęcia. Dokończyłem sajgonki, popiłem herbatą i skierowałem się do świątyni. Przygotowania do kulminacji wieczoru trwały. Dookoła płonęły świeczki i dymiły kadzidła, z głośników płynęła łagodna muzyka, co jakiś czas słychać było gong. Świętujący stali w długiej kolejce, która znikała wewnątrz świątyni. Kłaniali się tam wizerunkom bóstw. Panowała atmosfera pełnego napięcia oczekiwania.
Na środku dziedzińca stała lektyka przykryta bogato zdobioną tkaniną. Widzowie gromadzili się głównie przy schodach do świątyni. Obszedłem dziedziniec i wróciłem pod bramę, gdzie rozmawiając, stało w luźnej grupie kilkunastu Ma-song. Mimo zupełnie nieformalnej sytuacji żaden nie był w stanie powstrzymać mimowolnego potrząsania głową.
Przystanąłem przy nich, opierając się o filar bramy. Na schodach stało jeszcze kilku innych wybrańców. Jeden z nich kiwał się w transie i patrzył w niebo. Wstrząsały nim gwałtowne dreszcze, a z ust ciekła gęsta ślina, na co w ogóle nie zwracał uwagi.
Przy mnie trzech Ma-song rozmawiało swobodnie, zachowując się prawie normalnie, jeśli nie liczyć ciągłego kiwania głową. Po przeciwnej stronie bramy zobaczyłem ojca z dwoma synami. Ojciec był jednym z wybranych, a synowie najwyraźniej mu asystowali. Ojciec mimo poważnego wieku zachowywał się jak niemowlak. Kwilił, płakał i gaworzył. Jeden z synów, bez śladu drwiny, wsadził mu w usta butelkę ze smoczkiem. Zobaczyłem też, że pod strojem w chińskie wzory mężczyzna ma zawiązaną pieluchę.
Może taką sobie wybrał rolę i jej się trzymał. A może naprawdę coś w niego wstąpiło. Nigdy się tego nie dowiem.
Trzech Ma-song, którzy stali przy mnie, rozmawiając, przegoniło czwartego, łysiejącego dziadka, który zachowywał się jak chochlik. Od kilku minut podszczypywał ich i śmiał się nieprzyjemnie. Zirytowani kazali mu odejść i wrócili do rozmowy. Najwyższy z nich, dobrze zbudowany mężczyzna koło czterdziestki, nie nosił wyszywanego fartucha jak pozostali wybrańcy. Stał obnażony od pasa w górę, boso i w bawełnianych spodniach za kolano. Wyglądał zupełnie zwyczajnie, może nawet był nieco znudzony tym, co widział dookoła.
Spojrzałem w przeciwną stronę, na ludzi gromadzących się poniżej, pod schodami do świątyni. Szukałem wzrokiem Kaczora, ale nigdzie go nie dojrzałem. Poczułem za sobą jakieś poruszenie. Odwróciłem się i zobaczyłem, że półnagi mężczyzna leży na ziemi. Pozostali właśnie go podnosili, ale nie mógł stanąć prosto.
Zamiast czterdziestolatka widziałem przed sobą dziewięćdziesięcioletniego starca, którym trzęsie choroba.
Rysy twarzy, choć te same, układały się jakoś inaczej. Mężczyzna stracił całą swoją siłę, ruszał się jak wszyscy starcy na tym świecie, wolniej i bardziej niepewnie. Gdy pozostali Ma-song zaczęli go sprowadzać ze schodów, kulał na lewą nogę i musieli go podtrzymywać, by nie upadł. Szedł zgięty w pół i dałbym sobie uciąć rękę, że widziałem w nim inną osobę niż przedtem. Jeśli to była gra, ten człowiek był najlepszym aktorem świata.
Z głośników w świątyni ryknęła przerażająca, frenetyczna muzyka. Tłum ruszył biegiem za wynoszonymi pośpiesznie lektykami i porwał mnie ze sobą. W ciemności petardy i fajerwerki pluły ogniem. Wokoło strzelały bicze i śmigały siekiery, ludzie machali mieczami, krzyczeli i tańczyli.
Przez tłum przebił się Kaczor.
– Mamusiu przenajświętsza, tu trzeba mieć oczy dookoła głowy!
Postanowiliśmy trzymać się razem. Tłum w religijnym uniesieniu rządzi się swoimi prawami i nie są to prawa, które gwarantują nietykalność. Przed nami przebiegł wrzeszcząc jeden z Ma-song. Nad lektyką zawisły na bambusowych kijach długie sznury petard, które bombardowały niosących. Ktoś głośno śpiewał, ktoś machał rękami i tańczył, wirując bez opamiętania.
Pochód stracił sporo z porannej dostojności. W jej miejsce pojawiło się nerwowe oczekiwanie na coś wielkiego. Procesja miała przejść przez całe miasto, aż do świątyni nad morzem. Tragarze lektyk praktycznie biegli. Za nami maszerowało czterech chłopaków, którzy dęli w wielkie trąby. Petardy rzucane z okien strzelały nam nad głowami. Bębny wybijały narkotyczny rytm. Napięcie rosło. Byliśmy coraz bliżej.
Zobaczyliśmy nabrzeże, miejsce, gdzie rano odbyły się krótkie ceremonie z kadzidłami. Na tym samym cyplu stało teraz ogrodzenie wyznaczające plac wielkości stadionu piłkarskiego. Z jeden strony ustawiono krzesła dla gości honorowych, z drugiej stał ołtarz wypełniony świecami, kadzidłami i misami pełnymi owoców. Pozostałe boki wypełniało mrowie ludzi. Nad morze zeszło się całe miasto. Gdzie nie spojrzałem, widziałem nieprzebrany tłum, przez który nie było jak się przecisnąć. Przez szum rozmów przebijała się ta przedziwna, niepokojąca muzyka.
Zaczęliśmy obchodzić plac. Zobaczyłem nad sobą kilkumetrową rzeźbę obłożoną petardami. Za nią następną, i następną. Wiedziałem, że gdy je podpalą, chcę być jak najdalej od tego miejsca. Obeszliśmy teren i podjęliśmy heroiczną próbę przeciśnięcia się przez tłum, do barierek, które odgradzały plac. Nie udało się. Wlazłem na śmietnik żeby zorientować się w sytuacji. Dopiero teraz mogłem dojrzeć, co się dzieje w centralnej części placu. Na samym środku usypano kilkumetrowy kopiec z żarzących się czerwono węgli. Dwóch mężczyzn wachlowało go nieustannie, wzniecając ogień.
Tuż przy ołtarzu było trochę wolnej przestrzeni i chyba wejście dla Ma-song. Trwała też jakaś ceremonia.
– Nie przejdziemy, nie ma mowy – powiedział Kaczor, patrząc na zbity tłum.
– Trzymaj się tatusia, wejdziemy od drugiej strony – odpowiedziałem.
Przecisnęliśmy się do ołtarza. Wokół niego stało kilku kapłanów i kilkunastu pomocników, którzy zapalali świece i machali kadzidłami. Publiczność stała za metalowymi barierkami. To miejsce stanowiło jedyne wejście do środka kręgu. Wewnątrz siedzieli jacyś ludzie, czyli komuś wolno było jednak wejść za barierki.
– Wyciągaj aparat, jesteśmy fotoreporterami – poleciłem Kaczorowi.
– Nie wygłupiaj się, wyniosą nas stąd – Tomek nie był przekonany do słuszności tej koncepcji.
– Jak chcesz.
Postawiłem na metodę „na grandę”. Z zaciętą miną zacząłem bezczelnie się przepychać ku wejściu, sugerując, że skoro tak otwarcie się tam kieruję, to nie dość, że wiem, co robię, to jeszcze mam do tego prawo. U maoistów zadziałało.
Tu nie.
Któryś z pomocników zatrzymał mnie, gdy tylko postawiłem nogę za bramką. Pokazałem aparat i że tylko dwa metry dalej. Niech będzie. Potem następny zapytał, co ja za jeden. Ja na to, że tylko metr dalej, żeby zrobić zdjęcie. Niech będzie. A potem podniosłem się i pewnym krokiem wlazłem do środka. A co tam, z tego pierwszego miejsca i tak nic nie widziałem, więc mało ryzykowałem. Wóz albo przewóz.
I tak oto znalazłem się w pierwszym rzędzie widzów, cztery metry od płonącego stosu, między akredytowanymi dziennikarzami z Japonii, Tajwanu i Singapuru.
A potem się zaczęło. Ma-song stanęli na placu, w pewnym oddaleniu od kopca, który zaczął powoli przygasać, błyszcząc na czerwono. Wszyscy pogrążeni byli w głębokim transie, najwyraźniej nie mając kontaktu z rzeczywistością. Mamrotali nieprzytomnie i kręcili głowami, czasem któryś strzelił z bicza. Na twarzy czułem żar bijący od węgli. Tłum zaszumiał.
Poczułem na plecach klepnięcie. To Kaczor jednak zebrał się na odwagę i powtórzył mój manewr.
– Kurczę felek, to jest loża vipowska...
Ma-song, pośrednicząc między światami, obdarzani byli ponoć nadludzkimi mocami. Chodzenie po rozżarzonych węglach miało być tych mocy dowodem. Siedzieliśmy na trawie, zastanawiając się, czy legenda się potwierdzi.
Pierwsi ochotnicy raczej nas nie przekonali. Przebiegali jak najszybciej przez kilkumetrowy stos. Najwyraźniej mimo niezachwianej wiary tliła się w nich jeszcze odrobina niepewności. Albo zdrowego rozsądku. Pędzących sprintem Ma-song wyłapywali po drugiej stronie asystenci i odprowadzali poza zasięg wzroku widzów.
– Siarówka... widać, że się boją – ocenił Kaczor.
– Ale chyba ich nie parzy. – Prosta sztuczka. Węgiel ma niską kaloryczność i słabo przewodzi ciepło. Biegniesz, krótki czas kontaktu stopy z żarem, nie zdążysz się przysmażyć.
Ale potem na kopiec wszedł starszy mężczyzna, który nie zamierzał się spieszyć. Spokojnym krokiem przeszedł cały dywan z rozgrzanych do czerwoności węgli i nawet się nie skrzywił. Za nim następny, który powtórzył ten wyczyn, a w połowie drogi dodatkowo stanął w miejscu i delikatnymi podskokami zaczął ugniatać węgle, zagłębiając się w nie coraz bardziej.
– Odwołuję wszystko, co mówiłem wcześniej – szepnął Kaczor.
Ja nie byłem w stanie wykrztusić z siebie słowa.
Spośród kilkudziesięciu Ma-song tylko kilku nie pokonało węgli biegiem. Widać stan absolutnej wiary jest nieprawdopodobnie trudny do osiągnięcia. Ale tych kilku zmieniło coś we mnie. To był dla mnie żywy dowód na to, że są na świecie rzeczy, których my na Zachodzie nie będziemy w stanie pojąć nigdy. To był dowód na to, że w swoim zracjonalizowanym świecie zatraciliśmy coś piekielnie ważnego, jakiś pierwiastek, jakąś duchowość, kontakt z częścią nas samych, coś, co wymyka się naukowym teoriom. Może z tym czymś, co w mojej głowie obserwuje moje własne myśli, gdy te pędzą swoją drogą? Może z tym, czemu niepotrzebne są liczby i dowody na działanie świata, bo wystarczy mu zwykłe niezaprzeczeni e? A może przejawem tego czegoś jest Roger, który wie, co się dzieje, zanim ja sam to zrozumiem? Przecież taki Roger siedzi w każdym, tylko nie potrafimy go słuchać. A może wcale nie zatraciliśmy kontaktu z tym pierwiastkiem. Może po prostu nigdy go nie mieliśmy. Może nasza stara mądra Europa nie różni się od Azji tak, jak myślimy.
Może różni się b a r d z i e j.
I jesteśmy daleko w tyle.
|
|
|