47.gif
strona główna
przydatne w podróży
ambasady polskie
ambasady zagraniczne
ubezpieczenia turystyczne
rozmaitości
tapety
przyjaciele torre.pl
kalkulator walutowy
1 EUR=5.092 Argentine Peso (ARS)
1 EUR=9.054 Bolivian Boliviano (BOB)
1 EUR=7.294 Croatian Kuna (HRK)
1 EUR=24.872 Czech Koruna (CZK)
1 EUR=0.712 Latvian Lat (LVL)
sprawdź kursy walut »
prognoza pogody
Brest, France
Temperatura: 14°C
Temp. wiatru: 14°C
Wilgotność: 94%
Prędkość: 8 km/h
Kierunek: 260°
Ciśnienie: 1016.9 mb
W
zobacz inne prognozy »
[ strona główna ] arrow relacje arrow Afganistan 2003 M.Maniecka
relacja PDF Drukuj E-mail
AFGANISTAN

Z Teheranu do Afganistanu (2003)

© Małgorzata Maniecka

Trasa: Herat - Kandahar – Kabul – Bamyan - Bande Amir – Kabul - Jalalabad
.

Koszt podróży: przez Afganistan – 100 $.
Czas trwania: 03– 11.07.2003 (9 dni).
Waluta: 1$ = 47 Afgani
 Jest to tylko opis wycinka podróży, która wiodła przez Ukrainę, Rumunię, Bułgarię i Turcję do Iranu, potem przez Afganistan do Pakistanu i z powrotem – tą samą trasą.
Pomysł podróży do Afganistanu zrodził się w Ardabil (północny Iran). Mój towarzysz podróży – Rafał - rzucił hasło, a ja je podjęłam i już jechaliśmy do Teheranu, aby załatwić tam wizę.

Dzień 1 Teheran


Jesteśmy dosyć wcześnie pod ambasadą (otwierają dopiero o 9), a mimo to jest tam już parę osób. Parę minut przed 9-tą drzwi otwierają się, wpychamy się do środka. Za nami już robi się tłum, tak kolorowy i różnorodny, że chciałoby się zrobić zdjęcie, lecz to raczej ryzykowne. Wszyscy chcą wracać do Afganistanu. Pobieram wnioski i dowiaduję się, że muszę mieć pismo polecające z ambasady polskiej. Jakiś młody Afgańczyk (jednakże urodzony w Iranie), dobrze mówiący po angielsku, oferuje nam swoją pomoc i jedzie z nami do naszej ambasady. Jadąc z nim mamy pewność, że taksówkarz będzie bał się nas oszukać i będzie łatwiej. W ambasadzie nie ma na szczęście tłoku, konsul dziwi się tylko, że nie załatwiliśmy sobie wizy w Polsce, dziwnie na nas patrzy. Wyglądamy i pachniemy niespecjalnie. Całą noc spędziliśmy w pociągu.  Nie odzywamy się, no bo co mu powiemy, że dwójka narwańców jedzie do... piekła? Na obiecane pismo mamy czekać do 2 godzin. Przychodzący Pakistańczycy i Irańczycy opowiadają nam o trudnościach  z dostaniem wizy Polski. Po niecałej godzinie pismo jest gotowe i właściwie powinniśmy zapłacić po 25$, ale w ramach promowania turystyki opłata jest nam darowana. Uradowani łapiemy następna taksówkę by jak najszybciej dotrzeć z powrotem do ambasady afgańskiej. Oba kursy taksówkami kosztowały nas 17.000 riali. Korki w Teheranie są ogromne i czasem szybciej jest jednak na piechotę. W ambasadzie Afganistanu składam wnioski z pismem, po 2 zdjęcia i opłatę po 30$ od osoby. Normalnie czeka się 2 dni, ale udaje mi się uprosić urzędnika, abyśmy już jutro mogli odebrać nasze wizy. Zadowoleni odchodzimy. Teraz musimy poszukać noclegu, co nie jest takie proste, mamy bowiem namiot i nie chcemy spać w hotelu. Myślimy o noclegu w okolicach góry Tochal (północny Teheran). Najpierw jedziemy do Argentina Sq. (bilet 400R), a stamtąd  drugim autem do Tajrisch Sq. Na małym bazarze kupujemy owoce i jemy chello kebab z pomidorem i papryką (13.500R). Stąd już jazda minibusem (600R) na parking pod Tochal. Żar leje się z nieba. Okazuje się, że nie ma tu odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu, a trochę wyżej są gołe góry, bez kawałka cienia i bez wody. Dookoła parkingu jest kilka budynków otoczonych zielenią, ale ogrodzonych, bo to wszystko to tereny prywatne. Myślimy nawet by wejść do jakiegoś domu będącego w budowie, ale zdaje się, że robotnicy pracują prawie non-stop. Zostaję z bagażami, a Rafał idzie czegoś poszukać. Długo to trwa, ale ja siedzę w cieniu, bo w słońcu jest pewnie ze 40oC.  Znajdujemy mały zagajnik, ale na terenie prywatnej posesji. Postanawiamy jednak tam się rozbić. Jest nawet mały potoczek, w którym nareszcie możemy się umyć. Cały czas kręcą się różni ludzie. Jakaś kobieta zwraca nam uwagę, że to teren prywatny, a poza tym jest niebezpiecznie (rzekomo kręcą się tu Afgańczycy zatrudnieni na budowach). Zaczynam się bać. Przychodzi do nas inna kobieta, która potwierdza że to niebezpieczne miejsce. Zaprasza nas do swojego domu. Łapiemy namiot (ona i jeszcze 2 inne osoby pomagają nam)  i przenosimy się. Jesteśmy jej wdzięczni, no i czujemy się bezpiecznie. Cała posesja przypomina mi „Tajemniczy ogród”. Możemy więc spać spokojnie, ale mimo to późno usnęliśmy. Psy szczekały całą noc, pewnie ktoś się kręcił w pobliżu. 
 

Dzień 2 Teheran-Damghand


Na śniadanie jemy pomidory i budyń. Przychodzi do nas gospodyni i zadaje mnóstwo pytań. Daruje mi spódnicę, którą potem wyrzucam, bo jest za ciężka. Czyżby moja była nieodpowiednia? Późnym przedpołudniem jedziemy autobusem do centrum (2 godziny z powodu ogromnych korków). W ambasadzie afgańskiej jesteśmy za wcześnie, paszportów jeszcze nie ma. Musimy czekać. Czas skracamy sobie obserwując różnorodny tłum w środku. Oni też nam się przyglądają z zaciekawieniem, oprócz nas nie ma tu żadnych Europejczyków. Punktualnie o 14-ej są już nasze wizy i wreszcie możemy jechać. Jedziemy na gapę, nikt nie żąda od nas biletu (oddaje się go kierowcy, już po zakończonej jeździe). Jesteśmy głodni, ale w tym kraju ciężko jest znaleźć coś konkretnego do zjedzenia poza abgushem (rodzaj gulaszu), a ta potrawa wychodzi nam już bokiem. Wreszcie docieramy na dworzec (Janub Terminal). Jak zwykle jest tu mnóstwo ludzi, naganiaczy i różnych sprzedających. Co chwilę ktoś nas zaczepia i chce nam coś sprzedać. Autobus do Damghand  wyjeżdża wyjątkowo punktualnie, bilety po 15.000R (Volvo, wersja luksusowa). Siedzimy na pierwszych siedzeniach i możemy dobrze śledzić drogę. Kierowca nawet częstuje nas herbatą. Autobus porusza się w żółwim tempie, korki, korki i jeszcze raz korki. Potem jest już autostrada i jedziemy z prędkością 80 km/h. Co 30-40 km są punkty kontrolne, gdzie kierowcy oddają tachometr i mają sprawdzane dokumenty. Na miejsce przyjeżdżamy po 21-ej, ale ponieważ nie ma tu dworca, wysiadamy w centrum. Pytamy, gdzie można rozbić namiot. W pobliżu jest park i kiedy kierujemy się w jego stronę, gaśnie światło w całym mieście.  Koło nas robi się tłok, rzadko zaglądają tu turyści. Jakiś facet zaprasza nas na próg swojego domu i chce poczęstować herbatą. Idzie do domu i po chwili (pewnie naradził się z żoną) zaprasza nas do siebie na noc. Jesteśmy zadowoleni, że nie musimy rozkładać namiotu i jest się gdzie umyć. Żona szykuje poczęstunek: brzoskwinie, morele, ogórki i oczywiście herbatę. Gospodarze mają dwie piękne córki, ale niestety nie mówiące po angielsku, chociaż podobno się uczyły. Rozmowa na migi i za pomocą rozmówek jest standardowa. Nasz gospodarz jest fryzjerem i dumnie pokazuje swój salon na parterze domu. Późnym wieczorem jemy  kolację: jajka na twardo, jajka sadzone, pomidory, jogurt, chleb, a do tego farsi-cola. Ja jak zawsze zajadam się jogurtem. Chociaż mamy śpiwory dostajemy materace i czystą pościel. Długo nie możemy zasnąć, dom stoi przy głównej ulicy, całą noc jeżdżą samochody.  

Dzień 3 Damghand


Budzimy się wcześnie, gospodarze już jedzą śniadanie, głośno słuchają radia. O dalszym spaniu nie ma mowy. Do jedzenia dostajemy ser z chlebem i domowe ciasteczka. Potem gospodarz oprowadza nas w zawrotnym tempie po miasteczku (60 tys. mieszkańców). Ponieważ nie ma tu dworca autobusowego i nie wiadomo o której są autobusy do Mashadu, decydujemy się więc na przejazd pociągiem. Idziemy do biura podróży, aby kupić bilety. Panienka przy komputerze nie może zrozumieć co chcemy (chociaż gospodarz jest z nami), potem przez pół godziny wypisuje dwa bilety  na ekspres (25.075R), ruszając się jak mucha w smole. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Gospodarz na szczęście musi wrócić do salonu i możemy sami połazić po miasteczku. Trochę czasu spędzamy też w kawiarence internetowej. Niestety, internet chodzi bardzo wolno, można się wściec. Wszyscy zwracają  uwagę na moje gołe stopy, nie wiem dlaczego, tutejsze kobiety też mają gołe. Może moje są inne? Na bazarze zatrzęsienie pistacji, ale tylko do sprzedaży hurtowej i nikt nie chce nam sprzedać nawet jednego kilograma. Wypraszają nas nawet z jednego sklepu. Wracamy po bagaże. Jesteśmy zaproszeni na obiad: wołowina w sosie z soczewicą i papryką, frytki, rejhan (zielenina), sałatka z pomidorów i ogórków, jogurt i oczywiście chleb. Potem jest sjesta, ale ja jak zwykle nie mogę zasnąć i robię notatki. Na podwieczorek jemy melona, ogórki, czereśnie i morele – do oporu. Po posiłku obowiązkowa herbata. Robimy kilka zdjęć i idziemy na dworzec. Dopiero po 10 minutach bierzemy taksówkę (cwaniacy - pod domem gospodarza chcieli 2.000R, a po 1 km już tylko 900R). Na pustym dworcu jest sklep, w którym oprócz artykułów spożywczych można nabyć: lodówkę, pralkę, piec gazowy, dywan, odkurzacz, wideo, termos, garnki, buty, koszule męskie, pastę do butów, żarówki i jakieś artykuły chemiczne. Pociąg spóźnia się 25 minut. Na szczęście są przedziały. Wraz z nami wsiada facet z synem mówiący po angielsku i młoda dziewczyna, która gdy widzi, jak się układamy do snu, jedno obok drugiego, jest zbulwersowana naszym zachowaniem i chce się przenieść do innego przedziału. Niestety nie znajduje wolnego miejsca i musi się jakoś położyć w tym swoim czadorze nałożonym na inne części garderoby. Kładzie się po mojej prawej, od strony okna.  

Dzień 4 Mashad-granica-Herat


Niestety, już o 3 nad ranem jesteśmy w Mashadzie. Na dworcu mnóstwo pielgrzymów. Są ławki i można dalej spać. Ja zostaję z bagażem, leżę na nim i śpię, a Rafał idzie zwiedzić sanktuarium Imama Rezy, które zwiedzałam przed rokiem. Nie dane mi jednak pospać, ciągle ktoś mnie zaczepia i chce rozmawiać. Na dworcu mnóstwo policji, wszyscy wychodzący i wchodzący są kontrolowani. Po powrocie Rafała idziemy na piechotę do centrum, jakieś 3 km. Przed wyjazdem do Afganistanu chcemy jeszcze wejść do kawiarenki internetowej, jednak jest jeszcze nieczynna. Na ulicach różnokolorowy tłum, pełno naganiaczy, zachęcających do zrobienia zdjęcia na tle sanktuarium. Znowu stanowimy atrakcję, ale staramy się nie reagować na zaczepki. Po długich poszukiwaniach jedziemy na dworzec autobusowy, który jest chyba największy w Iranie (300R). Od razu mamy autobus (7.000R). Jedziemy tylko 3 godziny, przez pustynię, w dali majaczą łyse góry. W Torbat-e Jam (5.000R) od razu ktoś ładuje nas do taksówki zmierzającej do Teybad (do granicy). Cena jest śmiesznie niska, ale potem okazuje się, że to kierowca źle powiedział. Jołop, powinien się chociaż nauczyć liczebników po angielsku. W Teybad wszystkie sklepy już zamknięte na czas sjesty, udaje nam się jednak jeszcze dostać chleb i ohydny, w dodatku ciepły zam-zam (oranżada). Okazuje się, że do granicy jest jeszcze 11 km i kierowca godzi się nas podwieźć. Znowu cena, którą podaje jest niska, ale nic się nie odzywamy. Dookoła pustynia, gdzieniegdzie kępy traw. Na granicy przeprawa z kierowcą, co było do przewidzenia. On chciał 50.000R, a nie 5.000R. Wokół nas robi się od razu tłum, wszyscy ciekawi o co chodzi, nawet ktoś mówi po angielsku i tłumaczymy mu, ale szkoda czasu. Dopłacamy mu jeszcze 9.500R, tylko tyle mamy w drobnych i odchodzimy.
Na granicy irańskiej nie ma żadnych ludzi, szybko załatwiamy formalności. Po stronie afgańskiej też miła atmosfera, zostajemy wpisani do książki, obok wizy dostajemy stempel i już możemy iść. Od razu dopadają nas cinkciarze i taksówkarze, a gdy wyciągam aparat fotograficzny to równo się ustawiają, chętni do pozowania. Oczywiście sami mężczyźni. Wśród nich są „chodzące kantory”. Wymieniamy na początek 50$ i dostajemy 2.350Afganów (1$=47A). Tutaj to fura pieniędzy. Teraz szukamy transportu do Heratu (200 km). Otacza nas od razu tłum mężczyzn, wszyscy chcą nas zawieźć. Cena jaką proponują jest dla nas za duża (500A). O dziwo, wielu z nich mówi po angielsku. Sytuację tę wykorzystuje starszy facet i oferuje nam miejsca w swoim samochodzie (Toyota, bus) za 200A od osoby. Jest to normalna cena dla miejscowych (wcześniej zdobyliśmy tę informacje). Auto jest prawie nowe, kierownica po prawej stronie. Kierowcą jest młody chłopak. Jakoś nie mam do niego zaufania. Oprócz nas jest jeszcze dwoje pasażerów. Właściciel każe mi usiąść z tyłu, ale się nie godzę. Tam siedzenie jest wąskie. W końcu płacę tyle samo co pozostali. Droga jest szutrowa, asfaltu brak. Ruch jest spory, dużo ciężarówek, samochodów osobowych. Jedziemy przez pustynię. Wszechobecny wiatr i piasek zmuszają ludzi do owijania głowy chustką. Robimy to samo, inaczej nie da się oddychać. Po drodze mijamy sklepy sklecone ze wszystkich możliwych odpadów, dzieciaki próbujące coś sprzedać. Wszyscy chcą zarobić. W dali majaczą łyse góry przysłonięte mgłą. Gdzieniegdzie widać wsie, domy z gliny i stada kóz. Każda wieś ma swoją studnię, przy której spotykają się kobiety. Równolegle do drogi którą jedziemy jest budowana droga asfaltowa. Sprzęt jest nowoczesny i można zauważyć, że prace posuwają się bardzo szybko. Czasem mijamy obóz UN. To daje nam poczucie bezpieczeństwa. Nagle, na skutek zbyt szybkiej jazdy wpadamy w poślizg - o mały włos nie lądujemy na dachu. Ten kierowca nie ma wyobraźni, od początku nie wierzyłam w niego. W końcu docieramy do Heratu. Widok miasta przypomina mi Indie, jednak wiejący wiatr i wszechobecny piasek zmieniają miasto, które wygląda jak po wybuchu bomby atomowej. Ciężko jest oddychać. Momentami mam uczucie, jakbyśmy się przenieśli do średniowiecza. Ktoś prowadzi nas do hotelu (2 zł), lecz tu nie ma nawet toalety. Z pokoi, które są pootwierane wyglądają zaciekawieni Afgańczycy. Dowiadujemy się, że to nie dla nas i że obok jest inny hotel. Faktycznie, ten drugi i ponoć jedyny dla „białych turystów” jest schludny i kosztuje 150A, czyli 1,5$ za osobę. Nie ma łazienki, ale dla nas to żaden problem, robimy sobie mandi (polewamy się wodą z plastikowego naczynia w toalecie). I tak zaraz po wyjściu jestem spocona jak przysłowiowa „mysz kościelna”. Poznajemy grupę studentów i ich profesora, którzy jadą pomagać przy odbudowie Kabulu. Są Afgańczykami urodzonymi w Iranie. Mówią doskonale po angielsku. Przejęci swoją misją, doradzają nam lot twierdząc, że droga lądowa jest niebezpieczna. Samolot kosztuje 50$. Mimo wszystko chcemy jechać lądem. Do późnej nocy rozmawiamy o problemach tego kraju. Hotel jest pełen, oprócz mnie nie ma żadnej kobiety. Noc jest koszmarna, jest tak duszno, że śpimy prawie nago. Nie możemy ryzykować otwarcia drzwi. Chociaż wieje wiatr, temperatura sięga powyżej 40oC. 
 

Dzień 5
Herat

Rano, z poznanymi wczoraj Irańczykami idziemy zwiedzać miasto. Herat był ważnym punktem na szlaku jedwabnym i jednym z najpiękniejszych starożytnych miast, centrum handlowym. Ulice i sklepy przypominają mi Indie sprzed wielu lat. Ludzie są bardzo życzliwi, chętnie udzielają nam informacji. Wygląda na to, że nie ma się czego obawiać. Na ulicach brud, brak asfaltu, za każdym pojazdem unoszą się tumany piasku i kurzu. Zwiedzamy fortecę, która jest w dużym stopniu zniszczona. W zasadzie jest nieczynna, lecz profesor załatwia „wejście”. W środku są posterunki wojskowe. Jeden z żołnierzy cały czas nam towarzyszy. Pomimo zakazu fotografowania udaje nam się zrobić parę ujęć, m.in. panoramę miasta. Wychodząc zostawiamy mały napiwek. Brakuje mi przewodnika (książki), nie jestem w ogóle przygotowana do zwiedzania. Po południu oglądamy Masjed-e Jame, który jest w centrum miasta, na szczęście nie został zniszczony. Rafał postanawia kupić sobie khali (coś w rodzaju piżamy), czyli taki strój, jaki noszą tu wszyscy faceci. Jest to bardzo wygodne i przewiewne. Przymierza kilka i wybiera kolor niebieski. Oczywiście towarzyszy nam tłum przyglądających się. Rafał nie targując się płaci 500A. Potem zwiedzamy ruiny Musalla - grupę budynków z 6 minaretami. Jest tam mauzoleum synowej Tamerlana, obecnie rekonstruowane przez UN. Zaczynamy szukać kafejki internetowej. Dwóch młodych chłopców zabiera nas do swojego samochodu. Ponoć wiedzą, gdzie się znajduje, ale krążymy po mieście, pytamy, ale nikt nie wie. Zapraszają nas do siebie do domu. Dom taki jak w Iranie i scenariusz rozmowy też ten sam. Częstują na zieloną herbatą, owocami i cukierkami. Chodzą na kurs angielskiego, więc nie ma bariery językowej. Do pokoju wchodzi kilku kolegów i robimy jak zawsze wspólne zdjęcie. Obiecuję przysłać, ale poczta podobno jeszcze nie działa. Chłopcy proponują nam wycieczkę za miasto, do parku Takh-e Safir, gdzie przyjeżdżają całe rodziny na piknik. Jest tu faktycznie mnóstwo ludzi. Chłopak prowadzi nas w bardzo szybkim tempie, ciągle spotyka znajomych i przedstawia nas. Powoli męczy nas to i chcemy się uwolnić, ale nie ma o tym mowy. Chodzimy w kółko. Tłumaczę mu, że już jest późno i musimy wracać do hotelu. Chcemy nawet wziąć taksówkę, ale nie pozwalają nam. Trochę się obawiam, czy czegoś nie planują. W końcu obiecują nas odwieźć do hotelu, jednak cały czas namawiają nas na nocleg w domu jednego z nich. Z powrotem jedziemy inną drogą, ale w końcu lądujemy pod hotelem. Jest już zamknięty, musimy się dobijać. Recepcjonista faktycznie już martwił się, bo nie zostawiliśmy żadnej informacji. Wiadomo, że w tym kraju trzeba uważać. Znajomi z Iranu też się o nas martwili. Zobaczyli na drzwiach od pokoju kłódkę i sądzili, że coś się stało.  

Dzień 6 Herat-Ghazni


Rano szum w hotelu, dużo osób wyjeżdża. Na śniadanie jemy brzoskwinie, herbaty już nie pijemy, szkoda czasu. Lecimy na dworzec, lecz autobusy tu stojące nie jadą w naszym kierunku. Ktoś informuje nas, że musimy jechać na drugi koniec miasta, na inny dworzec. Jedziemy tam taksówką (50A). Od razu ładują nas do samochodu (600A): z tyłu trójka, z przodu 2 osoby i jeszcze jedna w bagażniku. Nasze plecaki są tak ukurzone jakby się walały w cemencie. Wyjeżdżamy przed 8-mą. Droga jest fatalna, pełna dziur. Wyprzedzamy ciężarówki z Niemiec i Austrii. Mają podwójne rejestracje. Podobno jest to dar od Indii i Iranu. W niektórych miejscach droga i mosty są pozrywane, musimy wtedy jechać okrężną drogą. Spotykamy punkty kontrolne. Brodaci mężczyźni z kałachami, w mundurach. Nocują w namiotach z łóżkami. Pewnie pracują na okrągło. Jest duszno i gorąco, nie ma czym oddychać, a woda w butelce przypomina zupę. Wzdłuż drogi pasą się stada owiec z tyłkami pomalowanymi na czerwono. Około 13-tej zatrzymujemy się na posiłek. Pasażerowie udają się najpierw na modlitwę, myją się, ale dla mnie nie ma możliwości załatwienia się. Wszystko przewidziane dla mężczyzn. Jednak pęcherz nie wytrzymuje i muszę sobie jakoś poradzić. Trudno jest się oddalić samemu, bowiem wiele par oczu śledzi moje poczynania. Ale jakoś za budynkiem udaje mi się wypróżnić. W „restauracji” oczywiście je się na ziemi. Dzieci, niby kelnerzy biegają po „stole”, czyli ceracie roznosząc chleb i ryż. Wszyscy jedzą to samo, wyboru nie ma: 1 kartofel, ciecierzyca, mięso w sosie i ayran. Ja jak zwykle zajadam się ayranem. Zdaję sobie sprawę ile w nim bakterii, ale co mi tam rozwolnienie! Dzieci cały czas coś donoszą i oczywiście obserwują nas nieustannie. Nieczęsto zaglądają tu teraz turyści. Potem znowu jedziemy przez pustynię i góry. Na nocleg zatrzymujemy się w Ghazni (położonym na drodze handlowej między  Kandaharen  a Kabulem). Pomimo dużej wysokości (2225 m n.p.m.) jest nam gorąco, jesteśmy spoceni, lecz nie ma warunków, aby się umyć. Noc nie przynosi specjalnej ochłody. Wieczorem szukam toalety (nie ma takiej w tym zajeździe) i oddalam się nieco od budynku. Zostaję napadnięta przez 2 młodych facetów, ale udaje mi się wyrwać. Nie zdawałam sobie sprawy, że tu jest tak niebezpiecznie. Wracam zdenerwowana do hotelu. Miałam szczęście, że to się tak skończyło.  

Dzień 7
Ghazni-Kabul-Bamyan

Wcześnie rano, już o 6-tej - pobudka. Bez śniadania siadamy do taksówki. Jedziemy tylko ok. 5 godzin. Całą drogę przesypiamy. Na dworcu w Kabulu bierzemy taksówkę (100A, a chciał 250A) i jedziemy do centrum miasta, skąd odchodzą taksówki do parku narodowego Bande Amir. Tu okazuje się, że jest już późno i wszystkie samochody odjechały wcześnie rano. Tego nie przewidzieliśmy. Ktoś proponuje nam przejazd za 3.500A, ale suma ta jest nie do przyjęcia (75$). Mamy jednak szczęście. Jest jeszcze jedna taksówka, która właśnie czeka na komplet pasażerów i my go dopełniamy. Cena: 300A na osobę. Obok postoju jest stragan z sambuse (coś w rodzaju złożonego naleśnika nadzianego farszem z ziemniaków, z przyprawami). Bardzo mi to smakuje, zwłaszcza, że nie jedliśmy nic na śniadanie. Rafał się nie najada, nie lubi ostrych przypraw, w przeciwieństwie do mnie. Podróż ma trwać 5 godzin, najpierw do Bamyan. Sam wyjazd z miasta trwa ponad godzinę. Na drodze spory ruch, mnóstwo aut, ciężarówek. Wokoło zgliszcza, ale ludzie pracują przy ich odbudowie. Handel też kwitnie. Czasem mijamy czołgi, nie wiadomo czy to z ostatniej wojny, czy z poprzedniej. Widać dzieci spieszące do szkół (jest ich dużo). Te szkoły to projekty zagraniczne. Centrum składa się z budynków jednopiętrowych, częściowo zniszczonych. Na obrzeżach domy parterowe, wtapiające się w zbocza łysych gór. Gdzieniegdzie są już asfaltowe ulice, widać, że ludzie pracują przy odbudowie swojego kraju. Po ok. 60 km zjeżdżamy w lewo na drogę szutrową. Teraz droga prowadzi już przez góry i pnie się coraz wyżej. Upał i pył wdzierają się do samochodu. Kierowca wcale nie szanuje samochodu, wydaje się, że za chwile urwie się miska olejowa. W południe zatrzymujemy się w jakiejś dziurze na obiad. Wszyscy wylegają na drogę obejrzeć nas. Zamawiamy tylko jedno danie, ja nie jestem głodna: baranina z fasola, chleb i dymka (50A). Rafał jest niepocieszony, nie ma bowiem ryżu. Pijemy zieloną herbatę i robimy zdjęcia. Potem jedziemy jeszcze godzinę, mijając po drodze fortece na skale, pozostałości królestwa ZAHR sprzed 4000 lat. Widok jest niesamowity. W Bamyan wydaje się, że wszyscy mówią po angielsku (tu przyjeżdża większość turystów odwiedzających Afganistan). Bamyan zwane jest też sercem Afganistanu, leży na wysokości 2500 m n.p.m. nad rzeką o tej samej nazwie, u podnóża masywu Baba w górach Hindukusz. Tu chcemy zatrzymać się na nocleg, idziemy więc w stronę rzeki. Spotykamy kilku chłopców, którzy wracają z kursu angielskiego. Rafał źle się czuje, jest mu słabo, wiec proszę ich by nieśli jego bagaż, co czynią z wielką ochotą. Rafał co chwilę przystaje, mam nadzieję, że to nic poważnego. Nad rzeką ktoś nam mówi, że to niebezpieczne i nie powinniśmy tutaj rozbijać namiotu. Jeden z chłopców proponuje nam nocleg u siebie w domu. Miało być blisko, ale idziemy prawie pół godziny na wzgórze górujące nad miastem, gdzie mieści się jego dom. Naprzeciw wybiegają nam jak zwykle dzieci. Jest ich chyba około 30, z 5 rodzin mieszkających wspólnie. Namiot rozbijamy na środku podwórza, całe rodziny asystują nam przy wyjmowaniu bagażu, myciu się itd. Nie można się przy nich umyć, jest tylko jakby kawałek strumyka, skąd biorą wodę do picia, gotowania i mycia się. Dopiero w nocy, kiedy wszyscy już śpią mogę się spokojnie umyć. Toaleta jest na wysokości pierwszego piętra, ale i tam towarzysza mi dzieciaki.  

Dzień 8 Bamyan-Bande Amir


W nocy pada deszcz, można by dłużej pospać, ale w domostwach już o świcie zaczyna się ruch. Postanawiamy zostawić część rzeczy, a zabrać do Bande Amir tylko te najpotrzebniejsze. Jeden z chłopców umawia nas ze swoim wujkiem, który ma nas zawieźć za 1.500A (o 700 taniej niż inne taksówki) do parku narodowego. Wydaje nam się to coś za tanio. Nie ma nawet czasu, by coś zjeść, biegniemy na dół. Musimy jednak jeszcze trochę poczekać. Kierowca nawet nie chce słyszeć o tej cenie, to za mało. Żegnamy się z chłopakami i idziemy na drogę, żeby złapać jakiegoś stopa. Wszyscy twierdzą, że nie ma takiej możliwości, ja w to nie wierzę. Tam gdzie są ludzie i drogi, zawsze musi coś jechać! Mamy czas. Idziemy drogą, która biegnie wzdłuż skał, pełnych jaskiń, nisz i grot, zamieszkanych kiedyś przez mnichów, a i teraz niektóre z nich są zamieszkane. Widać też te, gdzie były posagi Buddy (38 i 55 m). Tu było ważne miejsce dla karawan zdążających z Azji Centralnej do Północno-Zachodnich Indii. Po pół godzinie zatrzymuje się mini-bus, pełno Pusztunów z dziećmi. Rafał włazi na dach, a ja do środka. Jest ciasno, ale ważne że jedziemy i to za jedyne 400A za 2 osoby. Siedzę ściśnięta między wymiotującymi dzieciakami, każde trzyma plastikowa torebkę w ręku. Za oknem są wspaniałe widoki, lecz nie ma możliwości robienia zdjęć. Krajobrazy przypominają mi Tybet lub Maroko. Po 5 godzinach jesteśmy na miejscu. Nad brzegiem jeziora jest kilka herbaciarni i ruiny meczetu. Kilku wyrostków oferuje swoje usługi. Zastanawiamy się gdzie rozbić namiot i spostrzegamy jakieś namioty. Myślę, że to jakaś baza, więc pewnie będzie można na ich terenie zanocować, tak będzie bezpieczniej. Okazuje się, że to obóz saperów (rozminowują teren), mają wolny namiot i zapraszają nas do siebie. Jesteśmy uradowani. Po raz pierwszy od początku podróży będziemy spali na łóżkach. Nawet jest służący, który nas będzie obsługiwał. Dowódca (Pakistańczyk z Peszawaru) zaprasza nas zaraz do swojego namiotu, mówi trochę po angielsku, ale jest jego zastępca mówiący dużo lepiej. Jemy kolacje: ryba, frytki, chleb i herbata. Oglądamy też filmy i słuchamy muzyki z DVD (prąd zasilany z samochodu). W jednym z namiotów jest „łazienka”, służący nosi nam gorącą wodę. Wieczór jest zimny, jesteśmy na wysokości 3000m. Oprócz śpiworów mamy na szczęście jeszcze koce.  

Dzień 9 Bande Amir-Bamyan-Kabul-Jalalabad


Budzę się przed 6-tą, w obozie jeszcze cisza. Cała załoga wraz z psami jest już w terenie. Uzupełniam notatki. Koło 8-ej wchodzi służący i prowadzi nas do dowódcy na śniadanie. Przypomina mi ono moje dzieciństwo, też często jadłam chleb ze śmietaną, a do tego nieodłączna herbata. Zastępca dowódcy, Khalid idzie z nami w góry. Kąpię się, robimy zdjęcia i podziwiamy widoki górskie. Jest strasznie gorąco, ale woda bardzo zimna, wręcz lodowata, lecz mimo tego kapię się. Spotykamy też pasażerów z mini-busa, pozwalają sobie zrobić zdjęcie. Są bajecznie kolorowo ubrani. Mieszkają w okolicznych wioskach. Wraz z zachodzącym słońcem zmieniają się kolory gór, lecz aparat nie jest w stanie tego utrwalić. Pod wieczór robi się chłodno, schodzimy do obozu. Ponieważ dowództwo ma jakąś kontrole dostajemy kolację do namiotu: ryż, ziemniaki w sosie, chleb i herbata. Mamy rozwolnienie i sądzimy, że po zażyciu leków nam przejdzie. Między namiotami stoi jeep. Okazuje się, że mamy transport na następny dzień bezpośrednio do Kabulu, więc się decydujemy. Taka okazja może nam się nie trafić. Żal opuszczać góry, ale jeszcze tyle drogi przed nami. Pobudka już o 4-tej rano, w pośpiechu przy gazowej lampie pakujemy się. O śniadaniu nie ma nawet mowy. Z kolacji został nam ryż (w woreczku), zjemy go w drodze. Będą też dzieci sprzedające morele, więc z głodu nie pomrzemy. Toyota z napędem na 4 koła jest nowiutka. Kierowca nie zna angielskiego. Pomimo wertepów jedzie szybko, nie dbając o samochód. Już po 2 godzinach jesteśmy w Bamyan. Umawiamy się z kierowcą za godzinę i biegniemy po bagaż. On w tym czasie ma załadować drzewo, które potem sprzeda w Kabulu. Gospodarze są nieco zdziwieni, lecz tłumaczymy im powód naszego pośpiechu. Częstują nas jeszcze herbatą. Biegiem na dół, kierowca już czeka. Po drodze dzieciaki z miseczkami pełnymi moreli, kierowca kupuje je, objadamy się. Są pyszne, świeże i pachnące. Buzie dzieci uśmiechnięte, radosne. Wkładają głowy do samochodu, są ciekawskie. W niektórych wsiach poprawiają drogę, ale nasz kierowca jedzie jak na złamanie karku. Nagle, chcąc poprawić leżąca na siedzeniu chustkę zbacza, wpadamy w rów. Truchleję, bo to nowiutkie auto, a to ja chciałam tę chustkę wyciągnąć. Wóz ma odrapany cały bok, wgniecione błotniki. Kierowca bardzo zdenerwował się, a ja jestem na siebie wściekła. Po drodze proszę go, aby zatrzymał się celem robienia zdjęć. Po drodze zatrzymujemy się w jakiejś restauracji, właściciel prowadzi nas do „separee”, od tyłu restauracji. Właściwie to nie wiem po co. On je obiad, a my tylko pijemy herbatę. Zaplecze hotelu przypomina wysypisko śmieci, a toaleta jest straszna, lecz i tak nie mamy wyjścia. W Kabulu zajeżdżamy na bazar, gdzie pozbywa się drzewa, a potem zawozi nas do centrum. Okazuje się, że chce abyśmy się dołożyli na naprawę auta. Na szczęście w tłumie, który natychmiast nas otacza, jest ktoś mówiący po angielsku. Tłumaczy, że on ma pokryć koszt naprawy, a jest biedny. Trochę w to nie wierzę, lecz daję mu 20$, mam cały czas wyrzuty sumienia, że to z mojego powodu. Tłum powiększa się, musimy uważać na bagaż, ale po chwili zjawia się policjant i przegania gapiów. Żegnamy się i idziemy na poszukiwanie kafejki internetowej. Każdy mówi nam co innego, w końcu w sklepie jubilerskim właściciel pisze nam adres na kartce i bierzemy taksówkę (30A). Mimo tego wysiadamy za wcześnie i idziemy jeszcze ok. 2 km z całym bagażem. Po drodze jest uliczka pełna sklepów z pamiątkami dla turystów. Właściciele i sprzedawcy zachęcają nas do wejścia do środka, ale nie mamy czasu. W końcu jest kawiarenka, internet szybko chodzi, ale jest drogi (3$). Spędzamy tu prawie 2 godziny. Rafał dostaje wiadomość z domu, że będzie musiał wcześniej wrócić do Polski, w związku z czym musimy zwiększyć tempo podróży. Nie jestem z tego zadowolona, ale wiadomo, że tu sama nie mogę zostać. Postanawiamy jeszcze dzisiaj dostać się do Jalalabadu. Wsiadamy do taksówki (50A) i jedziemy na odpowiedni dworzec. Tu znowu czeka nas przepychanka z kierowcami. Chcą 1.200A od osoby. Mini-busów już o tej porze nie ma, jest późno. W końcu jeden z kierowców godzi się zawieźć nas za 600A (po 300A od osoby). Do samochodu wsiada jeszcze jeden pasażer. Ktoś jeszcze ostrzega nas przed kierowcą. Daję Rafałowi nóż, a ja trzymam w ręku spraj na owady, tak na wszelki wypadek. Po tym co wydarzyło się w Ghazni, jestem już ostrożniejsza. Najpierw jedziemy przez góry (2000 m n.p.m.), po drodze mnóstwo wojska (nawet niemieckie) i punktów kontrolnych. Szosa miejscami jest szutrowa, a miejscami są resztki asfaltu. Ten kierowca też jedzie szybko, daję mu znać by zwolnił. Zakręty są wprost nad przepaściami na przemian, przez pustynie i góry. Kurz jest wszędzie. Szybko ściemnia się. Pasażer obok kierowcy zasypia, więc trochę się uspokajam. W pewnym momencie zatrzymuje nas młody żołnierz z kałachem, już myślę, że to jakaś zmowa (moja wyobraźnia działa) i jedzie z nami jakiś kawałek, po czym wysiada. Mogę odetchnąć. Po 21-ej przyjeżdżamy na miejsce. Idziemy na poszukiwanie jakiegoś miejsca nadającego się do rozbicia namiotu. Zauważamy idących za nami 2 młodych facetów, coś pokazują i tłumaczą, ale ich nie rozumiemy. Sądzimy, że chcą nam pokazać miejsce nadające się na biwak. Potem znikają. Znajdujemy park, duży z mnóstwem drzew, krzaków. Nie mamy wody, ale jakoś się do rana obejdziemy. Kładziemy namiot, ale już go nie stawiamy. Jesteśmy zmęczeni, mamy rozstrój żołądka i jest strasznie duszno. Do tego komary i ujadanie psów. O spaniu nie mam mowy. Nagle szczekanie psów jest donośniejsze i zauważamy w pobliżu namiotu tych samych facetów, których spotkaliśmy poprzednio. Zrywamy się na równe nogi, zakładamy plecaki, ja mam też podręczny, więc mam go z przodu. Zaczyna się szarpanina, napastnik przewraca mnie, ale mimo tych bagaży udaje mi się stanąć na nogi. Próbuje wyrwać mi ten mały plecak, ale mu się nie udaje. Pewnie sądzi, że są tam pieniądze. Rafał wyjmuje nóż i wtedy oni uciekają. Zbieramy namiot i wychodzimy z parku, idąc przy murze i rozglądając się, czy zza krzaków nie wyskoczą nasi napastnicy. Jestem zdenerwowana, brudna. Idziemy do hotelu, nikt nam nie otwiera. Dopiero naprzeciwko, w hotelu „Khalid Modern Guest House” udaje nam się dobudzić właściciela. Hotel jest obskurny, ale jest nam to obojętne. Musimy zapłacić po 5$. Płatne od razu. Mamy łazienkę w pokoju, rozwieszam sznurek i możemy uprać nasze rzeczy. Jeszcze długo nie możemy zasnąć. Dobrze, że tak się skończyło.  

Dzień 10 Jalalabad-granica pakistańska


Rano budzi mnie szum z ulicy, hotel jest przy głównej ulicy przelotowej. A do tego jeszcze AC, który też chodzi bardzo głośno, ale dzięki klimatyzacji wyschło nam pranie. Mogę znowu wejść pod prysznic, nie wiadomo kiedy znowu będzie to możliwe. Lecz już po wyjściu jestem spocona. Wyrzucamy trochę ciuchów, mamy za ciężkie plecaki. Rikszą motorową (30 A) jedziemy na dworzec, skąd bierzemy taksówkę do granicy (50A od osoby, oprócz nas jedzie jeszcze 5 osób). Po drodze mnóstwo cmentarzy, check point (punktów kontrolnych), wojsk. Jedziemy przez przełęcz Kyber, trochę przez pustynię. Podjeżdżamy na granicę, ruch tu spory. Jakiś młody Afgańczyk chce się dostać do Pakistanu i udaje mojego tragarza. Oddaję mu mój plecak, lecz nie spuszczam go z oczu. Pogranicznicy bardzo sympatyczni, częstują nas herbatą, przynoszą wodę do toalety i pozwalają mi zrobić zdjęcie. Podchodzimy do bramy. Zostajemy wpuszczeni na teren Pakistanu, lecz mojemu tragarzowi nie udaje się, przecież nie ma paszportu. Żołnierze pakistańscy biją Afgańczyków, którzy chcą się przedostać do sąsiadów. I to jest koniec podróży po Afganistanie, żałuję że była taka krótka, lecz mam nadzieję, że uda mi się jeszcze tam pojechać.

Małgorzata Maniecka

<< Start < Poprzednia 1 Następna > Ostatnia >>

Wyniki 1 - 1 z 1
newsletter

Subskrypcja newslettera
Wpisz swój e-mail




ciekawe relacje
z naszej fotogalerii
« wszystkie galerie
współpracujemy














Aktualnie jest 23 gości online