02.gif
strona główna
przydatne w podróży
ambasady polskie
ambasady zagraniczne
ubezpieczenia turystyczne
rozmaitości
tapety
przyjaciele torre.pl
kalkulator walutowy
1 EUR=94.328 Algerian Dinar (DZD)
1 EUR=15.611 Estonian Kroon (EEK)
1 EUR=9.139 Namibian Dollar (NAD)
1 EUR=191.385 Nigerian Naira (NGN)
1 EUR=1.878 Tunisian Dinar (TND)
sprawdź kursy walut »
prognoza pogody
Maun, Botswana
Temperatura: 26°C
Temp. wiatru: 25°C
Wilgotność: 30%
Prędkość: 11 km/h
Kierunek: 140°
Ciśnienie: 1017.9 mb
SE
zobacz inne prognozy »
[ strona główna ] arrow relacje arrow Algieria - Tunezja 2002 B.Lew
relacja  |  informacje praktyczne  |  mapa  |  linki
relacja PDF Drukuj E-mail

ALGIERIA I TUNEZJA

© Bartek Lew



Podróż rozpocząłem w zasadzie od wyjazdu z całym ekwipunkiem do stolicy - Warszawy do Ambasady Republiki Algierii by odebrać wizę. Formalności trwały w sumie niedługo, bo po około 30 minutach dostałem wizę w cenie 160 złotych na 45 dni ważną przez 3 miesiące. Wizę dostałem dzięki zaproszeniu przefaksowanemu prosto do ambasady przez algierską agencję podróży Tarahist. Oryginalnie plan zakładał przejazd przez Włochy na Sycylię i dalej do Algierii przez Tunezję. Jednak ambasada Tunezji w Polsce do dziś dnia nie przyznała mi wizy więc ta opcja odpadła i zmuszony byłem jechać bezpośrednio do Algierii. Wybrałem wiec jako port po europejskiej stronie - Marsylię we Francji. Jechałem więc przez Niemcy i Francję. Autostop przez Niemcy to prawie przyjemność. Drogi świetne, same autostrady, ruch potężny i droga ucieka szybko. We Francji byłem już następnego dnia po opuszczeniu Polski. Pech dopadł mnie w Lyonie, bo tam wypadłem z autostrady i miałem kłopot żeby na nią wrócić. Straciłem aż dwa dni i dalszą drogę jechałem już drogami zwykłymi. W ten sposób pokonuje się mniejsze dystanse, ale za to nietrudno znaleźć samochód jadący do następnego miasteczka. Trafił mi się koleś - Belg, nauczyciel francuskiego, z którym zabrałem się na camping gdzieś na południe od Grenoble (w tzw. Małych Alpach) i który następnego dnia z samego rana zabrał mnie dalej aż do Avignonu. W sumie przejazd do Marseille zajął mi niecałe 5 dni. Do Marsylii dotarłem w czwartek. Okazało się, że prom SNCM do Algieru właśnie odpłynął, a następny "Liberte" będzie w niedzielę o 11:30 - i nie było już w nim wolnych miejsc. Pierwszy prom, na który można było kupić bilet był za pięć dni - we wtorek. Tragedia. Kupiłem bilet na wtorek ale popłynąłem tym w niedzielę bo wolne miejsca jednak się znalazły. Miałem 3 dni wolne. Spędziłem je nad morzem w pięknej dzielnicy Luminy, położonej nad wysokimi fiordami Morza Śródziemnego. Było tu tak ciepło, deszcz nie padał ani razu, więc nawet nie chciało mi się rozbijać namiotu. Zresztą miałem go już nie użyć przez cały następny miesiąc.
Koleś z informacji na terminalu w porcie - bardzo miły i uczynny, pożegnał się ze mną tak jakby już więcej mnie miał nie zobaczyć. Życzył powodzenia, podróży z Bogiem - mówił że on mnie ocali itp. Przy odprawie celnej, spotkałem Polaka - celnika - z którym rozmowa również była ciekawa:
- Z Polski jesteś ?
- No tak - mówię
- No i gdzie ty k... jedziesz ?
- No do Algierii
- A ty wiesz ze tam ucinają głowy turystom
- No tak ale tylko na północy
- No to uważaj żeby ci tam jaj nie obcięli.
Muszę przyznać, że trochę mnie to onieśmieliło. Tym bardziej, że na promie spotkałem dość podejrzanych kolesi, którzy wciąż się pętali wokół. Niestety zabrano mi mój wielki kosior w depozyt, bo to niebezpieczne narzędzie. Musiałem się nieźle nagadać, żeby go dostać z powrotem w Algierze. 
 

2002/07/29 - 2002/08/06
Algier

Przejazd do Tamanrasset miał być prosty i szybki. Na wstępie jednak okazało się, że nie ma autobusów jadących bezpośrednio do Tam. Nie chciałem lecieć samolotem, bo miałem ze sobą butle gazowe i pewnie nie wpuścili by mnie na pokład. Na dworcu autobusowym -  po sprawdzeniu mojego bagażu pod kątem obecności w nim bomb - dowiedziałem się, że do Tam się jedzie etapami. Z Algieru do Ghardai, z Ghardai do El-Golea, z El-Golea do In-Salah itd. Jak na złość wszystkie autobusy już odjechały (bo jeżdżą przeważnie rano). Musiałem zaczekać do następnego dnia. Kupiłem więc bilet na jutro do Ghardai za 530 DZD. Złaziłem cały Algier w poszukiwaniu taniego hotelu, a następnie już dowolnego hotelu. Byłem chyba w 20 czy 30 i nigdzie nie było miejsca. Wszystko zajęte, jak się dowiedziałem przez Algierczyków przyjeżdżających do stolicy, do pracy z innych miast wybrzeża. Podobno w stolicy jest więcej pracy niż gdzie indziej. W końcu poszedłem do hotelu z pokojem zarezerwowanym telefonicznie przez portiera pracującego w „Hiltonie” - hotel Sofitel, który przez 40 minut dzwonił dla mnie po wszystkich hotelach w mieście i wypytywał czy są wolne pokoje w cenie nie przekraczającej 30 dolarów. Wreszcie dostałem pokój za 35 USD. To było w zasadzie cale mieszkanie, z balkonem i widokiem na cały Algier. Miałem dużo roboty. Trzeba było zrobić pranie, naprawić zdruzgotany namiot, który wysunął mi się podczas przebiegania przez autostradę, a po którym przejechało z 5 samochodów. Trzeba było coś zjeść i odpocząć. W sumie niewiele spałem. Następnego dnia, nawet nie miałem czasu zjeść śniadania. Autobus odjeżdżał już o 6:30 i trzeba było jechać na dworzec autobusowy przez całe miasto. Znowu sprawdzili mnie na obecność ewentualnych bomb i już wkrótce byłem w drodze do Ghardai. Na trasie było wiele checkpoint'ów. Patrole policji i wojska zatrzymywały nas, sprawdzały autobus, ale się za bardzo nie czepiali. Z tym bezpieczeństwem to trochę bez sensu bo, sprawdzano bagaże jedynie na dworcu w Algierze a na następnych przystankach w mniejszych miastach już nie za bardzo, więc zastanawiałem się czy może czasem coś nie wybuchnie? :) Ale nie wybuchło - nie dzisiaj. Podobno bomba wybuchła 3 dni później w Algierze.
Ciekawą sprawą jest to że w autobusach jest wielki baniak na wodę i jeden dyżurny kubek. Każdy komu chce się pić może się napić schłodzonej wody z baniaka. Taki system obowiązuje w całej Algierii w autobusach, taksówkach.
Ghardaia
Do Ghardai przyjechałem koło 16:30 i miałem tylko około 30 minut na zobaczenie miasta. Akurat wtedy odjeżdżał bus - van w kierunku El-Golea (El-Menia). Przejazd kosztował 250 DZD. Zdążyłem więc zrobić tylko kilka zdjęć i czas było jechać dalej. Priorytetem było jak najszybciej jak najdalej na południe. Jazda była jednym słowem niesamowita. W samochodzie leciała arabska muzyka, wyjątkowo melodyjna i melancholijna - idealna jak na jazdę po Saharze w czasie burzy piaskowej - która nas złapała. Przejeżdżaliśmy przez wydmy, z których piasek pomimo zamkniętych okien, wciskał się wszędzie. Widoczność spadała nieraz do kilkunastu i nawet kilku metrów, a jedyne co było widać to tańczący jakby do muzyki, unoszony wiatrem piasek, szalejący naprzemian z deszczem.

El-Golea

Do El-Golea dojechałem około 22 i mój tyłek miał już dosyć siedzenia. Ale to było nic w porównaniu z jazdą jaka miała być do Tam. Na miejscu jednakże zagadnął mnie jeden z pasażerów i spytał czy mam gdzie mieszkać. Zaproponował że mnie przenocuje. Zgodziłem się. To był Chouitel Dine, który jechał ze swoją żoną Samią. Prowadzili mnie przez ciemne, uśpione ulice El-Mennea (to arabska nazwa El-Golea). W jego domu, zostałem przyjęty jak król. Toaleta, posiłek, napoje, owoce, na koniec nocleg na dachu z całą jego rodziną - Zohra Isabelle, Moustapha i inni. Wieczorem poznałem jeszcze ojca Dina - Ouled'a el Mokhtar Moussa, Algierczyka pracującego we Francji i utrzymującego w ten sposób całą tę rodzinę. Dine pomimo że dorosły, pracy żadnej stałej nie miał - jak większość ludzi w tym kraju. Uczył się na przewodnika, ale turystów nie ma. Rano zaproszono mnie znowu na śniadanie. Po śniadaniu spędziłem kilka godzin w ich ogrodzie i na przeróżnych rozmowach z Ouledem, który przyjechał tu na wczasy. Po południu i sytym obiedzie opuściłem ich gościnny dom i poszedłem szukać jakiegoś transportu na południe. Stąd już nie jeżdżą żadne autobusy. Jedynie taksówki.
Okazało się że wydostanie się samotnemu turyście z El-Golea na południe to nie lada problem. Owszem taksówki jeżdżą i to kilka dziennie do In-Salach, ale policja na rogatkach miasta nie przepuści nikogo bez specjalnego pozwolenia. Przez następne 2 dni próbowałem się wydostać z tego miasta dwukrotnie taksówką i stopem, odwiedziłem jednego dnia posterunek policji trzykrotnie, posterunek żandarmerii wojskowej jednokrotnie i wojsko jednokrotnie. Wydostanie się bez eskorty wojskowej okazało się niemożliwe. Trudny kraj. Musiałem czekać do niedzieli bo właśnie w niedzielę jeżdżą cysterny z paliwem do Tam eskortowane przez wojsko. To w sumie 5 dni. I tyle czekałem. Ale za to miałem przejazd za darmo. Przez ten czas byłem zapraszany do domów przez przygodnie spotkanych ludzi, by np. przeczekać najgorętszą porę dnia, na obiad, na herbatę itp. Przez następne dni oglądałem malowniczy kościółek katolicki na peryferiach miasta, grobowiec Pierre do Foucault,  pobliską kasbę, gaje palmowe oraz południowe obszary bagienne, bogate w różnego rodzaju ptactwo i zwierzęta kopytne. Tam właśnie biją z ziemi gorące źródła krystalicznie czystej wody.
Woda w El-Golea jest najlepszą wodą w kraju. Jest tak dobra, że można ją bezpiecznie i bez obaw pić i pić z każdego miejsca w mieście. Tutaj właśnie nauczyłem się drugiej zasady obowiązującej w oazach saharyjskich. Dostępność do wody ma być tak samo łatwa jak do powietrza. W każdej restauracji, domu, hotelu itp. można bez problemu zamienić pustą butelkę na pełną świeżej schłodzonej wody. Wiele razy korzystałem z tego przywileju. Podczas spacerów po mieście nieraz rzucano kamieniami we mnie lub w moją stronę. Te nieprzyjazne gesty ze strony algierskich gówniarzy są z pewnością wynikiem ich wychowania przez dorosłych. W jednej z rozmów Benslimane Ali przyznał, że algierczycy to nacjonaliści. Osobiście uważam że to nie jest najlepsze określenie - już prędzej są ksenofobami. Ouled natomiast nic nie powiedział i tylko rozkładał ręce. Ogólna antypatia do mojej osoby była w zasadzie powszechna i nie zależy to od miejsca. Dorośli ludzie jednak których spotykałem zawsze byli pomocni. Do dziś nie rozumiem tego paradoksu.
Wreszcie w niedzielę doczekałem się konwoju i byłem w drodze do In-Salah - miasta oddalonego o 400 km, słynnego z tego, że zasypują je piaszczyste wydmy. Domy zasypywane są z jednej strony, z drugiej natomiast odkrywane, w tempie około 1 dom na 50 lat. Jechałem w ciężarówce wypełnionej benzyną razem z algierskim żołnierzem uzbrojonym w kałasznikowa. Po drodze mijaliśmy dzikie wielbłądy. Upał w ciągu dnia narastał i na pustyni zaczęły pojawiać się miraże, a powietrze wręcz płonęło. Po drodze złapaliśmy gumę. W tych regionach to chyba normalne bo pustynia w pobliżu drogi po prostu zasłana jest resztkami zepsutych opon. Ostatnie 10 km przejechałem samochodem wojskowym na pace z resztą żołnierzy wracających do koszar. Jutro miałem jechać konwojem dalej do Tamanrasset. Tymczasem panował południowy upał i nie było nic do roboty poza uderzeniem do najbliższej restauracji i poczekaniem na chłodniejsze popołudniowe chwile. Ponieważ nigdy nie mogę zbyt długo wysiedzieć na jednym miejscu, po drobnym posiłku poszedłem rozejrzeć się po mieście. Sprawdziłem gdzie są koszary wojskowe (tam miałem jutro czekać), poszedłem pogadać z policją, na checkpoincie na rogatkach miasta (nie wiem po co bo policja w tym kraju jest mało pomocna), ale nie dowiedziałem się od nich niczego - za to chcieli mnie koniecznie wysłać na komisariat policji w mieście żeby złożyć deklarację (jak zwykle kto, skąd dokąd itp.) ale nie poszedłem.
Po drodze napatoczyły się jeszcze inne restauracje i sklepy, w których trochę przesiedziałem. Wieczorem poszedłem zobaczyć owe słynne, przewalające się przez miasto wydmy. Nocleg spędziłem jak zwykle gdzieś na peryferiach miasta w pobliżu bariery, bo konwój następnego dnia miał być o godzinie 4 rano. Rano po godzinie czekania, strażnik z bariery powiedział mi, że mam nie czekać tylko iść do koszar wojskowych. Nie bardzo rozumiałem po co, ale poszedłem. Na miejscu, cisza, spokój, wszyscy śpią. Brama uchylona, widzę śpiącą wartę, więc pukam nieśmiało, ale śpią dalej. Więc dobijam się do bramy ale i to ich nie zbudziło. Wreszcie wlazłem na teren koszar, bo widziałem z daleka jak ktoś wychodzi z kibla. Pytam co z konwojem, a on na to:
- dziś konwoju nie będzie
- jak to nie - mówię - przecież miał być
- no tak normalnie jest konwój w poniedziałek, ale dziś akurat nie będzie
- cholera no - a kiedy będzie
- jutro ;)
Dalej pytałem czemu nie będzie dzisiaj, ale on na to już tylko rozkłada ręce i mówi, że tego nie wie - "takie rozkazy". No tak, jak rozkaz taki, to już się nic nie poradzi. Dla mnie to kolejny dzień opóźnienia. Zły i zmęczony po niewyspanej nocy poszedłem na postój taksówek czegoś się napić i - jak zwykle w takich sytuacjach - poszukać jakiegoś innego rozwiązania. Na postoju jeszcze większość ludzi spała - tak pasażerów jak i kierowców. Taksówkarze znowu mieli obiekcje że mnie policja nie puści. Zrobił się dzień a mi już było w zasadzie wszystko jedno czy pojadę dziś taksówką, czy jutro konwojem, dlatego z pewnym rozbawieniem wsiadałem jako dziesiąty pasażer do terenowego jeep'a odjeżdżającego rankiem do Tam. Myślałem, że na pewno policja mnie zawróci (i kierowca chyba też tak myślał, dlatego wziął mnie jako dziesiątego), ale chciałem zobaczyć co z tego wyjdzie - i tak miałem cały dzień do stracenia. A tu okazało się że nas puścili. Tak więc byłem o jakieś 10 godzin jazdy i 658 km od Tamanrasset. Po drodze zatrzymywaliśmy się na krótkie przerwy w Arak, In-Ekker i przed Tam na wieczorną modlitwę. Przejazd zajął ok. 12 godzin i kosztował też więcej niż się spodziewałem bo aż 1300 DZD.

Tamanrasset

Noc spędziłem na wzniesieniu na północ od miasta, popijając colę, jedząc poobiednią czekoladę i ciastka dla uczczenia osiągnięcia samego centrum Sahary i najbardziej na południe wysuniętego miasta na trasie. Rano okazało się, że spałem o 100 metrów od jakiegoś namiotu koczowników, od których notabene wziąłem wodę. Następne dwa dni spędziłem na przygotowywaniu się do wyjścia w góry. Trzeba było zrobić zakupy, zostawić rzeczy na campingu, na którym spałem następnej nocy. Był to Camping Gites Saharien – Agence Taharist, która załatwiła mi również zaproszenie do Algierii. Samo Tam to 40000 miasto i w zasadzie mało ciekawe turystycznie. Nie ma wielkiej medyny, jeśli ma w ogóle jakąkolwiek. Są za to aż 3 souki, gdzie bez problemu i uciążliwej biurokracji można wymienić pieniądze po czarnorynkowym kursie, jak również kupić wszelkiego rodzaju pamiątki turystyczne i rzeczy powszechnego użytku (w tym przypadku zazwyczaj cena jest ustalona). Jest tutaj wiele tanich restauracji. Ciekawą rzeczą w Algierii jest szeroko rozpowszechniona, w większości miast, sieć tanich pryszniców, z których często korzystałem, mocząc wszystkie ubrania. Podobnie zrobiłem również przechodząc w El-Golea gdzie poprosiłem gościa który polewał akurat chodnik, żeby polał wodę z węża prosto na mnie. Takie schłodzenie się przynosi dużą ulgę.

Assekrem

Z Tamanarsset wyszedłem po południu, gdy już minął największy upał - z 6.5 litrowym zapasem wody. Kierunek północ, a ściślej biorąc Tindi Hegeh. Podłoże skalisto-piaszczyste, gdzie niegdzie jakieś krzaki. Towarzyszyli mi w oddali jacyś Tuaregowie na wielbłądach. W nocy ze wzgórza widziałem ich ognisko na równinie, a w oddali na południu światła rozległego Tamanrasset. Nocowałem w pobliżu zaplanowanego Tindi Hegeh. Rano jednak wciąż nie mogłem dostrzec tej wsi, choć mój GPS wskazywał, że jestem na miejscu. Zmartwiło mnie to trochę, no ale zapodałem następny cel podróży - Tindi Icharen. W nocy widziałem ze wzgórza jeżdżące samochody na wschodzie - pomyślałem więc - tam MUSI być jakaś wiocha. Chodziło rzecz jasna o uzupełnienie zapasów wody. Po drodze widziałem opuszczone, zniszczone domy z trzciny i zawalone ziemianki. Po dwóch godzinach byłem na miejscu, ale znów mój GPS wskazywał podejrzanie na pobliską górę. Wówczas zrozumiałem, że wszystkie waypointy domniemanych wiosek czy oaz okazały się być suchymi szczytami górskimi. Tragedia. Miałem zapasu wody na jakiś góra 1 dzień. A do Assekrem było jeszcze około 33 km. Jeździły tu jednak czasem samochody. Okazało się jednak, że tylko do guelty Imeleoulaouene, gdzie kąpały się dzieci z odległego o 17 km Tamanrasset, w ramach wakacyjnej rozrywki. Woda tam jednak była bardzo mętna i pełna glonów. Ale trudno, kiedy nie ma na pustyni dobrej wody - to się bierze taką jaką się znajdzie i dziękuje losowi, że jest w ogóle. Tutaj w Imeleoulaouene spotkałem rodzinę Tuaregów. Od głowy rodziny - Ali Ahamad Sarsos dostałem 1,5 l dobrej wody z Tamanrasset potwierdziłem że moje oazy to w rzeczy samej szczyty górskie i dowiedziałem się że na szlaku są dwie oazy - Tagme i Asranan, oraz guelta Afilal.
Jednakże nie szedłem szlakiem tylko na przełaj. Do Assekrem było w linii prostej tylko 44 km, a drogą 85 km. Tylko, że na oazę nie miałem co liczyć. Wkrótce zostawiłem ludzi za sobą i zostałem zupełnie sam ma sam z tymi samotnymi, suchymi i przez to pięknymi górami. Był pochmurny dzień i dzięki temu mogłem iść bez przerwy. Cały dzień z małą przerwą na obiad i herbatę przy ognisku (gdzie się tylko dało oszczędzałem gaz z butli gotując na ognisku). Wieczorem wyszedłem na rozległe, płaskie i czarne jak smoła tereny, zasłane kamieniami wielkości pięści i poukładanymi luźno jeden przy drugim w taki sposób, żeby przechodzącemu wędrowcowi maksymalnie utrudnić chodzenie po tym przeklętym plateau, narażając na skręcenie nóg. Zapadał zmrok i żeby nie było za łatwo, teren zrobił się bardziej pomarszczony, poryty drobnymi głębokimi na jakieś 20 metrów wąwozami o zboczach tak zwietrzałych i sypkich, że w rzeczy samej niebezpiecznych. W końcu stwierdziłem, że to dalej nie ma sensu, bo mimo wszystko dalej i szybciej dojdę w dzień, niż po ciemku, ze skręconą nogą potykając się ciągle na tym zdradliwym terenie. A była to prawdziwa gonitwa z czasem. Zważywszy zapas wody jaki miałem zostało mi jakieś 24 h marszu i potem ewentualnie jeszcze jeden dzień bezsilnego umierania na pustyni. Na noc zatrzymałem się w jakimś napotkanym ouedzie. Rano dzięki przychylności bogów znalazłem wodę w kałuży o jakieś 50 metrów od miejsca w którym leżałem. Niestety dzień był pogodny i słońce, choć na razie na horyzoncie, za kilka godzin zgotuje prawdziwe piekło na tym pustkowiu. Ciekaw jestem kiedy ostatnio stanęła tu jakaś ludzka stopa ? Droga wiodła znowu przez piękny oued w miarę obfity w kałuże z wodą i jakieś rzadkie drzewa. Spotkałem tu dzikie wielbłądy. I posilałem się razem z nimi - kilka kęsów suchej buły i kilkanaście łyków wody z sadzawki. W okolicach południa znowu wyszedłem na płaskie tereny, odsłonięte, bez kawałka cienia. Uparłem się iść dalej - co było głupie. Czas naglił. Ale nie należy walczyć z pustynią, ani ze słońcem, trzeba raczej dopasować się do ich rytmu. Zmontowany z koca daszek pod który się schowałem na kilkanaście minut niewiele dawał ulgi. Po kilkuset następnych metrach pustynia mnie złamała. Leżałem bez ruchu, bezmyślnie na tych rozgrzanych czarnych jak piekło kamolach, nie mając siły się podnieść. Nadludzkim wysiłkiem podniosłem się, lecz po przejściu kilku kroków znowu zwaliłem się jak worek kamieni. Mijały sekundy, a może minuty - sam nie wiem. Nagle jak opętany rozerwałem zamek w plecaku i dobrałem się do zapasów wody przeznaczonych na jutro. Po wypiciu litra zachciało mi się rzygać. Dotarło do mnie że prawie nic dziś nie zjadłem, a jestem po 7 godzinach marszu w górach z plecakiem.
Jednak gardło miałem tak suche że nie mogłem nic przełknąć. Sekunda po sekundzie walcząc o każdy krok szedłem do pierwszego lepszego ouedu, znaleźć trochę cienia, zjeść coś, wypić, odpocząć i przeczekać największy upał. Po południu, ku swojemu zdziwieniu odzyskałem 100 % sił i z zapasem nowego optymizmu zaatakowałem powtórnie góry. A zostało jeszcze tylko jakieś 13 km do Assekrem. Nauczyłem się jak szybko pustynia może zabić. Tymczasem krajobraz znowu się zmienił. Pojawiły się czerwone skały i długi ued prowadzący do wąwozu. Teren wyglądał po prostu niesamowicie. Wieczorem znalazłem obóz Tuaregów, których wypytałem czy w Assekrem jest woda. Gdyby jej nie było, musiałbym zostawić plecak i nocą wracać szlakiem w kierunku Tam. Tuaredzy przyjęli mnie bardzo gościnnie. Najstarszy z nich częstując mnie wodą, na którą miałem wielką ochotę, zauważył, że waham się od niego ją przyjąć. Żeby mnie przekonać, że nie jest zatruta:) zaczął ją sam pić. Powiedzieli mi, że pustelnia w Assekrem jest już bardzo blisko i że jest tam na pewno woda i żebym przenocował z nimi i rano szedł dalej. Zgodziłem się. Pomimo barier językowych, sporo się od nich dowiedziałem o górach, obyczajach, jedzeniu i nich samych.
Zjedliśmy wspólny posiłek i poszliśmy spać. Rano osiągnąłem upragnione Assekrem, lecz cena jaką za nie zapłaciłem była naprawdę wysoka.

Tahat

W Assekrem odpoczywałem cały dzień i następną noc, rozglądając się jedynie po okolicy - płaskowyż Assekrem, ermitarz Pierre de Faucould – i szukając wygodnej drogi na Tahat i ewentualnie w kierunku Hirafok, oraz nadrabiając braki niedożywienia potężnym spaghetti. Następnego ranka mimo ostrzeżeń o burzy miłego Sadika wyruszyłem na dwudniową wyprawę w góry, by zdobyć najwyższy szczyt gór Tassili du Hoggar - Tahat. Pierwszego dnia jedynie zbliżyłem się do góry, śpiąc pod pochyłą skałą, która jednocześnie zapewniła mi schronienie przed burzą. Rankiem, 12 sierpnia 2002, niedługo po wschodzie słońca, uderzyłem na zbocza Tahatu, a po 4 godzinach stanąłem na jego szczycie. Niedługo mogłem odpoczywać i cieszyć się wspaniałymi widokami, bo po południu zaczął padać deszcz i skały stawały się śliskie i zatem niebezpieczne. Zacząłem więc wracać do Assekrem.
Po drodze znalazłem naskalne rysunki sprzed tysięcy lat. Choć może nie za wielkie, ale lepsze to niż nic. Po długiej i bardzo ciężkiej drodze, maksymalnie zmęczony wróciłem do pustelni na przełęczy plateau Assekrem. Assekrem to miejsce gdzie mieszka na stałe 4 ludzi – Sadik, Gurgu, jego brat - Mehamed i Lahievabou - chociaż ekipa ta się co jakiś czas zmienia (chyba co 15 dni). Opiekują się oni przyjeżdżającymi tu w luksusowych landroverach turystami. W schronisku razem z ludźmi, którzy pojawili się podczas mojej nieobecności zjedliśmy wspólny i bardzo obfity obiad.

Hirafok

Do Hirafok dostałem się "na stopa". Zabrałem się ze szwajcarami - Pierre i Marrie Lambert, którzy zamierzali jechać aż do Mertoutek. Szlak, był dość trudny nawet jak na samochód terenowy. Niekiedy się urywał i trzeba było jechać dolinami wyschniętych rzek. Po drodze mijaliśmy guelte - cudowną małą oazę zieleni z wodą zdatną do picia. Tam się wykąpałem.
Hirafok to niewielka oaza, gdzie w zasadzie prawie nic nie ma oprócz kilkudziesięciu domów położonych na plantacjach wśród palm. Ani telefonu, ani sklepu, restauracji, cafeterii, nie mówiąc już o hotelu czy campingu. Mieszkający tu, znajomy Sadika - szef poczty, miał pomóc mi znaleźć transport do Ideles. Zostaliśmy w trójkę zaproszeni do charakterystycznego dla tego regionu domu zbudowanego z trzciny - na rozmowę i rzecz jasna posiłek. Nie za bardzo nadążałem za jej tokiem, lecz Pierre czuł się jak u siebie bo francuski to jego ojczysty język. Ostatecznie, po około 2h pożegnaliśmy się i każdy pojechał w swoją stronę. Ja poszedłem sprawdzić pobliski waypoint w poszukiwaniu naskalnych rysunków - jednak nic nie znalazłem. Jako że nie było nic do roboty w tym mieście, postanowiłem iść w stronę Ideles (To tylko 35 km po płaskim terenie - to nie to co w górach). Liczyłem również na okazję. Odniosłem wrażenie, że tutejsze dzieciaki są inne niż w pozostałych częściach kraju. Natarczywie dopominają się o jakiś upominek, jakby to była naturalna "opłata" turysty czy podróżnika za przejście. Gdzie indziej się z tym nie spotykałem. Być może dlatego, że to są tereny częściej odwiedzane przez turystów. I rzeczywiście długo nie musiałem iść kiedy daleko za plecami pojawił się samochód. W dodatku zabrał mnie do samego Ideles. Zresztą po drodze nic nie ma – poza piękną pustynią.

Ideles

Ideles to dużo większa oaza. Są tu sklepy i 2 telefony (na poczcie i na policji), ale można dzwonić tylko w granicach Algierii. Nie ma jednak żadnej komunikacji publicznej - jedynie jeden autobus dostawczy na tydzień.
Był już wieczór i akurat kupowałem słodycze w sklepie, gdy zagaiła do mnie starsza kobieta z towarzyszącą jej córką. Muszę przyznać, że w takim miejscu jak Ideles na ulicach miasta budziłem niemałe zdziwienie w oczach tubylców. Po krótkiej rozmowie zostałem zaproszony na obiad i nocleg. Przy wieczornym posiłku poznałem resztę dość licznej rodziny - m.in. Filipa, który pracował w biurze imigracyjnym we Francji a przyjechał tu na wakacje. Jego siostrę Ellene - studentkę chemii na uniwersytecie w Toulouse we Francji, ich mamę Tadme i innych. Dzięki temu że Filip znał angielski łatwo mi było utrzymać konwersacje i dowiedzieć się czegoś ciekawego o ich życiu, zwyczajach itp. Noc spędziłem w ich drugim nie do końca jeszcze urządzonym, ale już funkcjonalnym domu. Następnego dnia podczas porannej kawy Filip powtórzył z naciskiem, że chce mi dać do zrozumienia że mogę tutaj wrócić i mieszkać tak długo jak będzie trzeba i że nie stanowi to żadnego problemu, bo jest to dla nich poprzez tradycję naturalną rzeczą, że trzeba pomóc podróżnikowi w wędrówce po pustyni. Czas było znaleźć jakiś transport w kierunku do In Amguel. Chciałem dostać się do Tamanrasset poprzez Tazrouk i Tahifet, ale zmieniłem zdanie gdy dowiedziałem się, że w tą stronę jedzie zaledwie jeden samochód na dziesięć w ogóle wyjeżdżających. Rozpuściłem po mieście "wici", że jest tu biały który bardzo się chce wydostać, usiadłem w cieniu i popijając jakiś napój czekałem na rozwój wydarzeń. I tak jak przypuszczałem po 2 czy 3 godzinach przyszedł do mnie lokalny przewodnik - młody facet bez roboty - i powiedział że będzie samochód do Tamanrasset o godzinie 14. No i świetnie. W międzyczasie jednak dużo się wydarzyło. Zaproszono mnie do odwiedzenia warsztatu biżuterii i w ogólności wyrobów metalowych i na herbatę. Być może niepotrzebnie, ale z lekkim niedowierzaniem oddawałem w cudze ręce moją budzącą tutaj podziw "kosę" z hiszpańskiej stali, tak więc poczułem się dużo lepiej mając ją znowu za pasem. Ostatecznie znalazłem również samochód jadący do Tazrouk. A był to samochód wiozący pocztę. Przy czym kierowca najpierw zrobił rundę po mieście i zebrał kilka przesyłek - dopiero potem wyruszyliśmy w drogę.

Tazrouk

Droga do Tazrouk (za którą zapłaciłem 200 DZD) jest dość wyboista i ciężka chociaż nie aż tak jak na odcinku z Assekrem do Hirafok. Wieczorem dojechałem do celu. W trakcie nie pocieszającej rozmowy z pierwszym napotkanym człowiekiem dowiedziałem się, że nie jest prawie możliwe się stąd wydostać. Co za bzdura, pomyślałem i poszedłem prosto po pomoc do wojska. Wojskowi zawsze mili, uśmiechnięci i pomocni najpierw mnie spisali a potem powiedzieli, że z transportem nie ma żadnego problemu. Z Kebouchi Djilali wojskowym samochodem zrobiliśmy rundę po mieście pytając różnych kierowców dokąd i kiedy jadą i czy mają miejsca. Nagle pojawiło się tak dużo możliwości, że aż zacząłem wybrzydzać co do pory odjazdu. Ostatecznie stanęło, że jadę do Tamanrasset przez Tahifet następnego dnia o 4 nad ranem. Zadowolony usiadłem na rynku, oglądając wieczorne i nocne życie miasta, zajadając ciastka i popijając sokiem. Czekając tak zostałem oczywiście zauważony i zaproszony na nocleg do domu. Jednak wolałem spać gdzieś pod gołym niebem. Kręcąc się po mieście w poszukiwaniu dobrego miejsca do spania zaczepił mnie w końcu wojskowy patrol, pytając czego tak szukam. Ale nie czepiali się niczego, gdy im to wyjaśniłem. Ostatecznie spałem na dachu jakiegoś opuszczonego budynku.
I tak jak było ustalone następnego dnia o czwartej nad ranem wyruszyłem w kierunku Tahifet. Widziałem go jednak tylko z daleka bo się tam nie zatrzymaliśmy. Bardzo źle się czułem po ciastkach, którymi się poprzedniego wieczoru objadłem. Chyba coś z nimi było nie tak. Przez to w zasadzie w ogóle mnie nic nie cieszyło i jechałem jak worek kartofli, nie mając sił zrobić nawet zdjęcia, w ścisku wśród ludzi podróżujących tak samo jak ja. Za przejazd zapłaciłem 500 DZD chociaż podobno nie miałem płacić nic - wg tego co mówił mi Djilali. Pustynia wygląda tutaj trochę jak w Ideles - stosy wielkich głazów, ale często ciągną się te nudne wielkie płaskie pola czarnych małych kamlotów, jak w rejonie na południe od
Assekrem.
W Tamanrasset plan był następujący - umyć się, coś zjeść, zdobyć bilet lotniczy do jakiegoś miasta blisko granicy z Tunezją - np do Ouargli albo Ghardai, sprawdzić naskalne rysunki na zachód od miasta (wg waypointa), odebrać resztę moich rzeczy z campingu Adriane Gites Saharien i jeszcze kilka rzeczy. Ale wszystko to okazało się nie do zrealizowania w jeden czy dwa dni bo był akurat czwartek, następnego dnia piątek a to dla nich jest weekend i Air Algerie jest zamknięte. Najbliższe loty do Ghardai czy Ouargli było dopiero w środę czy w czwartek. Tragedia. Bilet ostatecznie kupiłem w Khelifa Airways na wtorek 14:20 do Ghardai. Biletu jednak kupić tak łatwo się nie daje, bo trzeba zamienić pieniądze w banku i mieć potwierdzenie zamiany na piśmie z adnotacją że była to zamiana w celu kupna biletu lotniczego. A ponieważ bank akurat w sobotę - kiedy kupowałem bilet był zamknięty więc musiałem czekać do niedzieli. Tak więc od czwartku musiałem się kręcić w okolicy Tamanrasset, żeby załatwić wszystkie szczegóły związane z przelotem do Ghardai. W tym czasie spędziłem dzień i noc na zachodnim krańcu miasta na otwartych terenach koło lotniska w poszukiwaniu malowideł, których nie znalazłem, kolejny dzień i noc po wschodniej stronie miasta na na szczycie przełęczy wznoszącej się dumnie nad campingiem Gites Saharien, z której widziałem całą oazę jak na dłoni i jeszcze następny dzień po południowej stronie miasta, oglądając załadunek samochodowej karawany na drodze do Nigru i następną noc w opuszczonych algierskich koszarach wojskowych. Następny wieczór i noc oczekiwania spędziłem po północnej stronie miasta na półpustynnych terenach, gdzie o drugiej w nocy przyjechali do mnie jeepem i stanęli o kilkanaście metrów od mojego obozowiska jacyś podejrzani goście. Wysiedli z samochodu i słyszałem ich ciche głosy. Przeszła mi już ochota na sen i cały czujny ściskając jedną ręką rękojeść mojej zabójczej kosy a drugą długą ostrą miniaturę dzidy (która notabene od czasu zakupu w Ideles zdążyła mi już podziurawić plecak) czekałem dłuższą chwilę na rozwój sytuacji. Z pewnością nie przyjechali tam - 10 km na północ od miasta podziwiać gwiazdy których akurat nie było widać. Ponieważ nie mogli się zdecydować co zrobić, postanowiłem przenieść się w inne miejsce - na pobliskie skaliste wzgórze. Stąd mogłem obserwować światła reflektorów ich samochodu i w pewnym sensie kontrolować rozwój sytuacji. W poniedziałek - na dzień przez odlotem - musiałem wrócić po moje rzeczy zostawione na campingu. Jednak tego dnia prawie znowu umarłem od zakrztuszenia się przy tak prozaicznej czynności jak jedzenie śniadania. Dławiłem się i wręcz wariowałem z dręczącego dławienia jeszcze przez 2 dni. Poczułem dopiero drobną ulgę gdy w nocy na campingu adriane wsadziłem sobie wygięty wcześniej 20 cm uchwyt od mojego garnka do gardła i coś chyba przełknąłem. Jednak potem przez następnych kilka dni męczył mnie mętny ból głowy i ogólne otępienie jak przy grypie. Nie wiem co to było lecz przeszło wreszcie ostatecznie chyba dopiero po tygodniu już w Tunezji.
Ostatniego dnia gdy odpoczywałem w cieniu by przeczekać największy dzienny upał, by przejrzeć cały sprzęt i po raz kolejny skleić zniszczone buty usłyszałem nagle gdzieś z tyłu:
- Salam aleikum
- Aleikum es salam - odpowiadam zaskoczony.
Po krótkiej rozmowie przejeżdżający Tuareg dowiedziawszy się dokąd zmierzam zaproponował mi wspólną jazdę w góry do jego wioski na wielbłądach (a miał ich ze sobą 3). Jednak ze względu że wszystko było w obozie rozwalone, but pod kamieniem, więc niestety musiałem zrezygnować z ciekawej propozycji. Tuareg w milczeniu, powoli pojechał swoją drogą. Innym razem idąc ulicą zatrzymałem się w restauracji na herbatę i ciastko. Zbliżał się akurat czas południowej i wczesno-popołudniowej sjesty i posiłku. Ponieważ gospodarze właśnie przygotowywali jedzenie, a je nie wyszedłem z knajpy na czas przed zamknięciem, wiec zaprosili mnie do stołu. Po raz kolejny skorzystałem z ich gościnności, posilając się tym razem czymś co się po francusku nazywa Dolive. Swój ostatni posiłek w Tamanrasset zjadłem w towarzystwie Claudi abt Bahedi i jej męża, na tradycyjnie ułożonym pod gołym niebem na campingu ozdobnym dywanie z dwoma materacami po przeciwnych stołach. Po środku stała wielka misa z kus-kusem z której wspólnie się posilaliśmy rozmawiając o pustyni i naszych pustynnych przygodach. Dowiedziałem się że był kiedyś pewien Niemiec, który chciał dojść do Assekrem drogą podobną do mojej, ale doszedł tylko do guelty Imeleoulaouene, po czym zawrócił do Tamanrasset mówiąc że było za ciężko. Wieczorem koło 22 przyszedł jeszcze na camping Tuareg, z którym kilka dni wcześniej rozmawiałem w restauracji przy herbacie i zaprosił mnie do siebie do domu. Jego dom nie należał do ekskluzywnych, ale dzięki temu miałem możliwość poznania wyglądu mieszkań i standardów życia mniej więcej całego algierskiego społeczeństwa.

Ghardaia

Po kolejnym sprawdzeniu, czy nie mam przy sobie jakiejś bomby i długim oczekiwaniu na lotnisku, wreszcie znalazłem się w samolocie linii Khelifa Airways w drodze do Ghardai. Na miejscu wynająłem taksówkę za 300 DZD do miasta, gdzie po półtoragodzinnym zwiedzaniu mediny i souków przesiadłem się na autobus jadący bezpośrednio do Toggurtu. Wracając bocznymi ulicami na dworzec autobusowy, przechodziłem nieopodal boiska gdzie grupa nastolatków i dzieci grała w piłkę. Znowu ktoś rzucił kamieniem w moją stronę gdy byłem odwrócony plecami. Widziałem jednak, że powstała jakaś mała sprzeczka między nimi, prawdopodobnie o te kamienie. W Ghardai zauważyłem nieco inną modę niż w miastach na południu. Tutaj popularne są bardzo szerokie obszerne i luźne pantalony o zwężających się nogawkach tak że człowiek wygląda w nich bardziej krępo.

Touggurt

Do Tougurtu dojechałem późno w nocy i prawie od razu zacząłem szukać miejsca na nocleg, znowu wg. zasady im ciemniej tym lepiej. Wyszedłem poza obszar miasta, lecz nie wiele było widać. W nocy nagle obudziłem się cały obleziony przez skarabeusze. Jakiś skurczybyk użarł mnie. Warcząc z niezadowolenia w środku nocy musiałem sobie poszukać innego miejsca do spania. Przeniosłem się jeszcze kilkaset metrów dalej na piaszczystą wydmę, a rano okazało się że znajduję się o jakieś 100 m od slumsów na peryferiach miasta w jakiejś podejrzanej dzielnicy. Tego dnia przebyłem łącznie jakieś 1600 km. Noc była bardzo gorąca, wręcz upalna. Następnego dnia zapodałem od razu na postój taksówek i praktycznie od razu za 100 DZD pojechałem do El-Qued.
El-Qued
Tutaj tempo podróży trochę się zmniejszyło. Byłem pierwszy, który chciał jechać do Tunezji przez Taleb Larbi i trzeba było czekać. W międzyczasie zostałem poczęstowany herbatą, bagietką i jajkami przez jednego z taksówkarzy. Podczas nudnego oczekiwania na podróżnych do kompletu, zwiedziłem pobliski targ, z tysiącem różnych rzeczy powszedniego użytku, wziąłem prysznic w pobliskiej knajpie i popijałem lokalną oranżadę. Prysznic jest swego rodzaju osobliwością. Więcej w nim much niż wokół bawolego ścierwa a nie domykające się drzwi zastawiane są przez barmana deską na czas używania. Zaprzyjaźniłem się z gościem stojącym przy barze, który poczęstował mnie lemoniadą na koszt zakładu.
Granica
Wreszcie uzbierał się komplet pasażerów i za umówione 800 DZD miałem przejechać aż do Gafsy w Tunezji. Odprawa paszportowa i celna trwała bardzo długo. Czekaliśmy tam chyba ponad 2 godziny. Simon, Włoch, którego poznałem jeszcze w El-Qued przejeżdżał to przejście graniczne już kilka razy, bo co roku podróżował na wczasy do Algieru i mówił, że to zawsze trwa tak długo i że to jest tutaj normalne. Przypominało mi się przejście graniczne do Maroka w Ceucie. Jeden wielki bajzel, tłok ludzie samochody, pełno różnych bagaży. Jak ci celnicy się w tym łapią to ja nie wiem. Po tunezyjskiej stronie mogły pojawić się jeszcze kłopoty. Już w Tamanrasset dzwoniłem do polskiej ambasady w Algierze z zapytaniem, czy bez problemu można przekraczać granicę w Hazoua i czy nie ma kłopotów z dostaniem wizy. Babka w ambasadzie na moją prośbę zadzwoniła jeszcze do konsulatu tunezyjskiego i powiedziała mi, że owszem jest to możliwe ale tylko dla zorganizowanych grup, wiec w moim przypadku - tak czy owak nie będzie to możliwe. W taj chwili byłem już zadowolony, bo choć odpowiedź była negatywna, to już zdecydowałem się ruszać w kierunku tego przejścia, bo przecież nie ma czegoś takiego jak zorganizowane wycieczki z Algierii do Tunezji, a przynajmniej o takich nie słyszałem. Ważne że było to możliwe. W Hazoua jednak okazało się, że na wizę za 3 TND muszę czekać około 2 godzin i kierowca i reszta pasażerów nie chcieli na mnie czekać. Algierczycy i członkowie unii europejskiej nie potrzebują wizy na wjazd do Tunezji i mogli jechać od razu. Zapłaciłem więc tylko 400 DZD za przejazd i zostałem z 400 DZD z którymi już nic nie mogłem zrobić. Wizę tranzytową dostałem na 8 dni. Pustynia tutaj jest zupełnie inna niż w centrum kraju. To przecież region północnej części wielkiego ergu wschodniego. Dużo tu piaszczystych wydm i gdzieniegdzie zielonych kęp palm w oazach. Piasek przesypuje się przez jezdnię. Na granicy zamieniłem jeszcze potem 50 Euro na tunezyjskie dinary po złodziejskim kursie 1.32 za euro i miałem wolną drogę do Tunezji.

TUNEZJA
Nefta - Tozeur

Do Nefty z granicy jest zaledwie 34 km a jednak znaleziony przez mnie kierowca vana zażądał za przejazd aż 6.5 TND. Co za absurd - miałem płacić za wszystkie siedzenia. Nie zgodziłem się, tym bardziej że kierowca czekał na granicy na nadjeżdżających nowych klientów, żeby wypełnić samochód. Dyskretnie podpytałem jednego z pasażerów ile płaci za przejazd. 1.5 TND padła odpowiedź. He he, no to na Croma właśnie tyle zapłacę i ani milima więcej. Trzeba uważać na naciągaczy. W Nefcie byłem już wieczorem i wkrótce zapadł zmrok. Zdążyłem jedynie przejść przez ruchliwy targ i skierowałem się w kierunku dobrze widocznych z drogi dojazdowej wielkich gajów palmowych, w których postanowiłem spędzić noc. Wzeszedł księżyc i cała okolica - miasto z wysokim minaretem, wszelkie zabudowania powoli znikały w gęstwinie palm i zieleni - zupełnie jak z jakiejś bajki. Spałem pod palmami na peryferiach miasta i była to jedno z piękniejszych miejsc noclegowych w czasie mojej ponad 40-dniowej wyprawy.
Następnego dnia czas było ruszać do Tozeur. Po śniadaniu myciu w studni pełnej wody i powtórnym przejściu przez gęste gaje palmowe, wróciłem do miasta i uderzyłem prosto na autobus do Tozeur. Tutaj miałem około 4 h na oglądanie miasta - starej XIV-wiecznej dzielnicy Ouled el-Hadef słynącej z tradycyjnej techniki murarskiej w której używano wystających fragmentów cegieł do tworzenia pięknych nieregularnych płaskorzeźb, oraz słynnych szottów - słonego jeziora położonego na południe i wschód od miasta. Po przejściu ok. 5 km doszedłem jedynie do skraju szottów, gdzie zobaczyłem bardzo rozległe - po horyzont pole porośnięte trawą. Gdzieniegdzie rosła jakaś palma lub inne drzewo. W oddali widziałem coś jakby lśniącą toń wody. Aby jednak zobaczyć wyschnięte skorupy soli należałoby iść jeszcze ze 20 km na południe. Na to czasu już nie miałem. Musiałem się spieszyć do Tunisu, żeby kupić na czas jakiś bilet na prom do Europy. W drodze powrotnej, gdy zbłądziłem i pytałem o drogę, podwiózł mnie z ciężkim plecakiem przypadkowo napotkany Tunezyjczyk na motorku nie większym niż polski komarek na którym w dodatku jechał z dzieckiem. Czy taka sytuacja była by do pomyślenia w Polsce - albo w ogóle w Europie? Autobus na który czekałem uciekł, ale wsiadłem w inny jadący gdzie indziej (tylko do Metlaoui) który dogonił tamtego jadącego do Gafsy, na stacji benzynowej kierowca zatrzymał ten pierwszy i mogłem się przesiąść.

Gafsa - Sfax

W drodze do Gafsy w autobusie spotkałem kolesia który też jechał do Sfaksu i zapraszał mnie na noc do siebie. Tylko że on zatrzymywał się w Metlaoui, żeby się trochę zabawić, a potem chciał jechać pociągiem w nocy o północy. Ja do Sfaksu dojechałem trochę szybciej bo na wieczór, dzięki tzw. collective taxi czyli loanes, prywatnych przewoźników z dużymi samochodami pasażerskimi, którzy swą działalnością obejmują cały kraj i są konkurencją dla państwowych autobusów. W drodze do Gafsy, mijałem po prawej piękne, suche góry otaczające słynny wąwóz Selja, którym miałem wędrować, gdybym tylko dostał pobytową wizę w Tunezji. Jednak po tym co widziałem w górach al-Hoggar to nie robiły już na mnie takiego wrażenia.
W Sfax - największym po Tunisie mieście Tunezji i - najbardziej zindustrializowanym -kierowałem się prosto do morza, czyli na wschód. Tej nocy mijała druga pełnia księżyca od czasu wyjazdu z Polski. Kiedy po kilku godzinach doszedłem wreszcie do brzegu morza, stwierdziłem, że morza nie ma!?! Autochtoni powiedzieli, że tutaj morze raz jest a raz go nie ma i zjawisko to powtarza się w cyklu tygodniowym. Dziwna rzecz. Łodzie stały na piachu pokraczne jak siedzący albatros, a brzeg morza oddalony był o jakieś 0.5 km. W mieście przechodząc widziałem dobrze zachowaną i ładnie podświetloną medynę. W Sfaksie nie ma fajnych plaż, więc miałem nie lada problem ze znalezieniem ładnego miejsca na nocleg. Po długich poszukiwaniach i godzinie spędzonej w zadumie i rozmowie z lokalną młodzieżą przy wieczornym posiłku na ławce nad brzegiem bezwodnego morza zdecydowałem się na taksówkę do hotelu za 18 TND. Miała być dzisiaj kąpiel i odpoczynek wśród palm na plaży nad morzem, a zamiast tego musiałem się zadowolić hotelową wanną i łóżkiem.

El-Jem

Do El-Jem chciałem się koniecznie dostać, aby zobaczyć ruiny pięknego i największego w Afryce północnej rzymskiego koloseum. Eleganckim, klimatyzowanym pociągiem o 12:20 dojechałem w godzinę. Wieczorem około 19 miałem zamiar jechać pociągiem do Tunisu. Teraz jednak przed oczyma miałem to:
Koloseum w el-Jem z ok. 230 r. n.e.
138 m długości
114 m szerokości
z 3 rzędami siedzeń sięgających 30 m wzwyż

Przylądek Bon

W drodze do Tunisu, również klimatyzowanym pociągiem poznałem Emna'ę, studentkę pierwszego roku biologii. Jechała właśnie do domu w Sousse - miasta będącego la perle de la mer jak to określiła. Gdzie plaże są piękne i jest mnóstwo turystów. Zapraszała mnie do siebie, ale musiałem się spieszyć do Tunisu by załatwić kwestię promu i – niestety - nie mogłem zostać.
W Tunisie byłem późno w nocy. Na noc zdecydowałem się pojechać metrem na sam koniec aż do stacji La Marsa Plage i spać na plaży nad brzegiem morza - tak jak chciałem zrobić to poprzedniego dnia. Ruch w tym małym miasteczku na peryferiach Tunisu w nocy był równie duży albo i większy niż w dzień. Plaże były zaśmiecone puszkami po piwie i innymi odpadami po dziennych pobycie turystów i tubylców nad morzem. W końcu znalazłem kawałek w miarę czystego i cichego miejsca i noc minęła spokojnie. Następnego dnia wymieniłem pieniądze i kupiłem bilety na prom do Trapani linii Tirrenia na najbliższy poniedziałek - 26 sierpnia. Teraz mogłem spokojnie jechać na Przylądek Bon - gdzie ciągnęła mnie świątynia bogini Tanit w Kerkouane (z IV wieku p.n.e.) położona ok. 10 km na północ od Kelibii. Ruiny dawnego dworu były całkowicie zrujnowane - jedynie na posadzce widniał jeden jedyny symbol bogini Tanit, natomiast do muzeum gdzie zebrano płaskorzeźby i zachowane stalle z symboliką Tanit już wejść nie zdążyłem. W Kelibi zwiedziłem warowny fort, którego początki pamiętają czasy z V wieku p.n.e. - położony na wzgórzu z którego rozciągał się piękny widok na całą okolicę.
Na bezludnej plaży gdzieś na północ od Kelibii, siedząc po kąpieli nad brzegiem morza, nagle zostałem zapytany o drogę przez jakiegoś Włocha. Zaczęliśmy rozmawiać, pół po angielsku pół po francusku. Był samotnym sędzią z Genui na północy Włoch. Rozmawiając poszliśmy do najbliższej knajpy czegoś się napić i zjeść śniadanie. Maurizio Maffi - bo tak właśnie się nazywał, podobnie jak ja interesował się filozofią. Do wczesnego popołudnia odpoczywaliśmy w cieniu restauracji Tanit gdzieś między Kelibią a Kerkouane.
Wieczorem szukając miejsca na nocleg w pobliżu ruin miasta księżniczki Kerkouane, idąc wzdłuż plaży zostałem zaproszony przez dwóch Tunezyjczyków - obwoźnych sprzedawców warzyw na wino i drobny posiłek. Początkowo niechętnie częstowałem się, wiedząc że nie będę mógł się im w żaden sposób zrewanżować, ale okazało się że oni wcale tego nie oczekiwali. Urządziliśmy sobie wieczorny piknik. Było kilka butelek wina, pieczony na ognisku kurczak, do tego chleb i jakieś warzywa. Rozmawialiśmy o tym czym się zajmują, co porabiają w wolny czas jak ten, co myślą o Algierczykach itp. Kiedy się ściemniło musiałem się pożegnać i poszukać jakiegoś bezpiecznego miejsce na nocleg. Spałem na plaży 20 m od morza, pod gołym niebem, prosząc bogów by nie padał deszcz.

Tunis

26 sierpnia z rana musiałem wracać do Tunisu bo dziś wieczorem - o godzinie 21 odpływał mój prom do Europy. A zamierzałem jeszcze zwiedzić medynę Tunisu i Kartaginę. Zadanie w zasadzie niewykonalne, tym bardziej że właśnie byłem jeszcze na półwyspie Bon. Zanim dojechałem do Tunisu, zrobiłem zakupy na najbliższe dni (a tamtejszy supermarket otwierali dopiero popołudniu), zanim kupiłem nowy film do aparatu i dojechałem do Kartaginy była już godzina 17. W tym czasie zdążyłem jeszcze zwiedzić medynę, zobaczyć gmach departamentu obrony i chyba parlament i umyć się w oryginalnych i jedynych w swoim rodzaju łaźniach przy 30 Souqdes Librairies w starym mieście. Naprawdę coś niezwykłego. Czułem się jakbym się rzeczywiście cofnął w czasie o jakieś 1500 lat. W Kartaginie rozpocząłem od wzgórza Byrsa, z którego rozciąga się ładny widok na całą okolicę. Tuż obok Muzeum narodowego stoi XIX wieczne katedra St. Louis. Muzeum i okoliczne ruiny miasta zwiedziłem w iście ekspresowym tempie, bo chciałem jeszcze zdążyć zobaczyć rzymski amfiteatr i tofet - miejsce składania ofiar - dzieci w ofierze bogowi Baalowi i jego boskiej małżonce Tanit. Do amfiteatru zdążyłem dojść i obejrzeć go o zmroku, jednak tofetu już nie zobaczyłem bo zrobiło się ciemno - i późno. Musiałem wracać do La Goulette do portu morskiego by załadować się na prom.
Odprawa paszportowa po stronie tunezyjskiej oznaczała dla mnie kupę czasu odstanego w kolejce, czepianie się policji mojego zniszczonego paszportu, dodatkowych pytań (chcieli również dodatkowy dokument bo mój paszport który miałem cały czas przy sobie, po tej całej imprezie wyglądał dosyć szmatławo). Odprawa celna poszła szybko i bez bólu. Natomiast tuż przy wejściu na prom musiałem tłumaczyć tym idiotom z Tirrenia Ferries przy wejściu na pokład że Polacy nie potrzebują wizy do Włoch. Nie mogli tego zrozumieć. Wkurzyli mnie bęcwały i choć jestem łagodny lelum ... :). Nie rozumiem co ich w ogóle obchodziła moja wiza. Odprawa graniczna we Włoszech to już zupełnie inna bajka - zero problemów i dość szybko.

WŁOCHY
Sycylia

Miasto Trapani na zachodnim brzegu Sycylii to cel mojej ponad 200 km podróży morskiej. Na miejscu z plecakiem ciężkim jak samo kowadło Hefajstosa (doszły 2 butelki wina: z Algierii jedno i z Tunisu drugie i jeszcze kilka upominków) włóczyłem się po mieście w poszukiwaniu jakiegoś pieczywa na śniadanie. Rejs trwał około 10 h. Obejrzałem wybrzeże tego niedużego miasta, targ rybny, piękną starówkę z mnóstwem restauracji i już po południu wsiadłem w autobus do Rzymu. Generalnie nie miałem koncepcji na powrót. Chciałem wracać "na stopa", ale plecak miałem tak ciężki, że nie chciało mi się chodzić zbyt wiele, by szukać dobrego miejsca. Za bilet do Rzymu wybuliłem 38 Euro.

Rzym

Zaletą tego rozwiązania było to, że mogłem spać w autobusie bo w Rzymie miałem być coś koło 6 rano następnego dnia. Przyjechałem na dworzec autobusowy na Tiburtinie. Była straszna ulewa. Dowiedziałem się, że pociąg do Polski kosztuje tylko około 142 Euro. Więc byłem nieco zły. Po zobaczeniu Koloseum, bramy triumfalnej, Fori Imperial na Plazza Venezia i Area Sacra Argentina, po długim kręceniu po mieście od punktu do punktu, dowiedziałem się w końcu, że polskie autobusy odjeżdżające z miejsca, w którym dziś rano wysiadłem są około 2 razy tańsze niż ten przeklęty pociąg. Niestety pierwsze wolne miejsce w autokarze było dopiero za 2 dni. No trudno. Na noc pojechałem metrem do Lido di Christofel Colombo nad morze. Do samego morza dostać się jednak to nie lada problem, bo wzdłuż ulicy i wybrzeża ciągnie się niekończący pas kafejek, restauracji i prywatnych w ogólności własności. Kiedy przeszedłem już na koniec tego całego cyrku, to zaczął się teren rezydencji prezydenta chyba ogrodzony podwójnym płotem kolczastym z zaoranym piachem między nimi. Tak więc z morza znowu nici. W wieczorem i w nocy ciągle padało więc przydał się po raz pierwszy od miesiąca mój nieźle kontuzjowany na algierskiej autostradzie namiocik. Następnego dnia rano poszedłem jeszcze raz na dworzec autobusowy, zapytać czy nie da rady się gdzieś wcisnąć do autobusu do Polski dzień wcześniej. Sam w to nie wierzyłem, ale ku mojemu zdziwieniu udało się. Rozpoczęła się długa i nudna jazda do Polski autobusem za 72 Euro plus 5 Euro za zmianę daty wyjazdu.

Polska

Na granicy słowackiej i czeskiej znowu trochę się czepiali mojego porozklejanego paszportu ale kiedy im pokazałem prawo jazdy to odpuścili. Przejazd z powrotem do Torunia zajął w sumie około 42 godziny i jestem znowu w punkcie wyjścia na schodach tarasu, prowadzących do mojego ogródka. Właśnie dziś 31 sierpnia 2002 roku o godzinie około 6:30 zamknęła się pętla trasy, liczącej około jedenaście i pół tysiąca kilometrów, mam przed oczyma znowu taki widok i zastanawiam się:
Co będzie następne ...

Bartek Lew
 
<< Start < Poprzednia 1 2 3 4 Następna > Ostatnia >>

Wyniki 1 - 1 z 4
newsletter

Subskrypcja newslettera
Wpisz swój e-mail




ciekawe relacje
z naszej fotogalerii
« wszystkie galerie
współpracujemy














Aktualnie jest 26 gości online