|
Dzień wyjazdu 22.06.2002
Zaraz wyjeżdżamy, naprawdę! Minął wreszcie ten wariacki tydzień, kiedy trzeba było pomyśleć o wszystkim, co może się wydarzyć podczas naszej nieobecności. Zmobilizowaliśmy wszystkie środki, żeby do żadnej katastrofy nie doszło. Ale znając życie, teraz wydaje się wszystko mamy dopięte na ostatni guzik, a później okaże się, że niektóre guziki puściły, a dwa odpadły.
Mam lekkiego stracha, Justyna tez. Jakiś taki irracjonalny niepokój przed daleką podróżą, przed rozłąką z synkiem (dotychczas najdłużej nie widzieliśmy się 10 dni), przed nieznanym. A może to nie strach, tylko pierwszy leciutki powiew wielkiej przygody – na pewno tak!
To ostatni odcinek pisany za biurkiem, plecaki na grzbiet i w świat! Jak tylko będę miał pod ręką dostęp do Internetu, przesyłać będę nasze wrażenia, może króciutkie notki z miejsc poznanych, może długie opowieści o Australii i jej mieszkańcach. Fajnie, że będziecie nam towarzyszyć, trzymajcie kciuki i do następnego spotkania.
25.06. Sydney, godz. 17.00 (09.00 w Polsce)
No cóż, jeszcze nie chce mi się wierzyć, ale naprawdę dotarliśmy na antypody. Siedzę w kawiarence internatowej na Darlinghurst Road, Kings Cross w Sydney. Właśnie wróciliśmy z długiego spaceru po centrum, byliśmy obejrzeć słynny gmach opery, Royal Botanic Garden, nie mniej słynny Harbour Bridge.
Chodziliśmy, żeby się dobić, żeby zapaść w kamienny sen dopiero wieczorem tutejszego czasu, żeby przyzwyczaić się do nowego zegara. Chociaż od przylotu o 5.30 rano (21.30 w Polsce) oczy nam się kleiły, walczyliśmy dzielnie, to zaraz chyba damy za wygrana.
Podroż wbrew obawom minęła bardzo przyjemnie. Autobus z Poznania do Frankfurtu przewiózł nas punktualnie, nie było wprawdzie szczytem komfortu spanie na siedząco z podkurczonymi nogami, ale co tam.
Centrum Frankfurtu rankiem okazało się pustym miejscem, przysłowiową betonową pustynia. Niedobitki imprezowiczów raczej niskiej kategorii zalegały plac przed dworcem kolejowym, aż strach przejść. Trochę mi to było do uporządkowanych Niemców niepodobne, ale przecież świat się zmienia. Widocznie oni tez.
Czekanie cały dzień we Frankfurcie było mało przyjemne. Nie jest to tanie miasto, nawet jak na niemieckie warunki, w city nie dzieje się nic, musieliśmy drałować wzdłuż Menu by znaleźć jaki ogródek piwny. Potem obiad w chińskim bistro, drzemka pod budynkiem Banku Europejskiego. Wieczorem odebraliśmy plecaki ze skrytki na dworcu (2 Eu) i pociągiem pojechaliśmy na lotnisko (3,15 Eu/osobę).
Terminal 2, z którego startował nasz samolot, sprawił na mnie przygnębiające wrażenie. Pomimo swej nowoczesnej elegancji był jakiś pusty i martwy, może z powodu późnej pory i malej ilości lotów. Mniejsza o to, Boenigiem 747, takim piętrowym olbrzymem, odlecieliśmy w przestworza. Po 12 godzinach lotu, 2 posiłkach, 2 filmach i drzemce wylądowaliśmy w Singapurze. Wg naszego czasu była godz. 12.00 w południe, ale tam już 18.00.
Mieliśmy 2 godziny czasu do dyspozycji, wyszliśmy na terminal i zamarliśmy. Tak pięknego i tętniącego życiem lotniska jeszcze nie widziałem. Setki sklepów z czymkolwiek sobie zamarzysz, kafejki, fontanny, wodospady, wspaniale oznakowanie. Postanowiliśmy zostawić im trochę funduszy na dalszy rozwój i kupiliśmy w jednym ze sklepów małe żelazko turystyczne, oczywiście duty free. A co?!
Kolejny start w powietrze, tym razem już krótszy odcinek. Po 7,5 godzinach w powietrzu nasz dzielny samolot dotknął kołami pasa w Sydney. Odbiór bagaży, kontrola paszportów i deklaracji celnych (przy odprawie we Frankfurcie dostaliśmy do wypełnienia karty - tylko po angielsku - zawierające pytania o jedzenie, roślinki, zwierzątka i wirusy gruźlicy, które ewentualnie mogliśmy wwieźć do Oz) i mogliśmy krzyknąć: G'day, Australia.
Na zewnątrz 7,5 st. C, para z ust, przeciez zima. Po telefonie do Funk House, gdzie zarezerwowaliśmy spanie (54 A$ za dwójkę z jednym łóżkiem), podjechał busik, który "zgarnął" oprócz nas jeszcze Kanadyjczyka, dwóch Ozzi's z Perth i pięć młodych Amerykanek. 15 min. jazdy i dotarliśmy do Funk House (płacąc po 2,5 A$ za głowę, normalnie najtaniej można dojechać za 7 A$ autobusem do centrum).
Hostel typowo młodzieżowy, ze swoją 30-tką na karku poczuliśmy się trochę nieswojo, ale po paru chwilach oswoiliśmy się ze ścianami z grafitti i olejną farbą na ścianach w pokoju. Jest czysto i milo, to ważne.
Kąpiel, i chociaż ciało wołało: "spać, jest druga w nocy", dzielnie odpowiedzieliśmy, że jest 10 rano i idziemy zwiedzać.
I wiecie co: tu jest pięknie. Zdjęcia w przewodniku kłamią, są jak dmuchana lala przy prawdziwej Pameli Anderson. Wrażenie niesamowite. Wprawdzie już jutro rano jedziemy dalej, ale świetnie, że Sydney zostawimy sobie na deser. Jeżeli w całej Australii jest tak pięknie (a może piękniej?) to chyba się zakochamy w tym kraju. Zaczątek, takie zauroczenie pierwszym wejrzeniem, już wystąpiło. O rozwoju lub klęsce tego uczucia dowiecie się pierwsi.
A teraz wybaczcie, ale naprawdę ledwo stukam w klawisze. Koleś z obsługi się dziwnie patrzy, pewnie myśli, że jestem zawiany. A ja dopiero pójdę do sklepu po piwko (jakieś 20 m od hostelu). Przygoda wystartowała, straszny wilk, zwany podróżą na drugi koniec świata, okazał się nie taki groźny jak go malowali, łączność działa (SMSy idą jak burza, oboje mamy telefony w Plusie, nie wiem jak z innymi operatorami) a my jesteśmy zmęczeni, ale szczęśliwi. I tak trzymać.
Do zobaczenia. Dobranoc.
(17.45 w Sydney, 9.45 w kraju)
Bega
Spaliśmy w Bega, jest bardzo zimno, szron na trawie. Wieczorem chcemy być w Melbourne. W Adeli też taka zima?
Notka informacyjna o Bega (nie była częścią tego SMS-u):
Bega to miasteczko położone na Princes Highway, w połowie drogi pomiędzy Syndey, a Melbourne, w stanie Nowa Południowa Walia. Populacja - 4300 mieszkańców. Bega jest znana z produkcji sera. Miasteczko jest bardzo ciekawie położone, kilkanaście kilometrów od tak zwanego Szafirowego Wybrzeża, a jednocześnie bezpośrednio na trasie do niedalekich Gór Śnieżnych (Snowy Mountains). Chyba dlatego naszym bohaterom było tam tak zimno.
W Bega znajdziesz długi most nad rzeką o tej samej nazwie, małe muzeum, winiarnie i fabrykę sera, którą można zwiedzać. W pobliżu znajduje się Park Narodowy Mimosa Rocks oraz wodospady Mumbulla, gdzie można łowić ryby, urządzać piesze wędrówki i zażywać kąpieli (dobry pomysł w środku zimy).
W niedalekiej wsi Bemboka znajduje się zajazd pod nazwa "Alec Mudie's Federal Hotel", znany z tego, że jego założyciel posiadał gadającego kruka. Istnieją opisy wyczynów tego ptaka, polegające na dopijaniu resztek piwa z kufli, co często prowadziło do tego, że chodził po barze chwiejnym krokiem. Pewnego razu właściciel narysował kredą linię na szynkwasie i kazał krukowi przejść po niej. Po kilku nieudanych próbach, ptak podobno zwrócił się do niego w te słowa: "Alec, połóż mnie spać. Jestem pijany jak sowa!".
W Bega znajdują się 4 hotele/motele i 2 caravan parki.
Za kółkiem, z Sydney do Bega 26.06.2002.
Jednak nie dane było nam się wyspać. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy tylko zapadł wieczór, czyli około 18.00, na ulice Kings Cross, gdzie położony jest nasz hostel wyległy zastępy rozwrzeszczanych meneli, lekko już podstarzałych prostytutek i wszelkiego elementu. Sympatyczna ulica, pełna sklepików, kawiarenek internetowych i knajpek w jednej chwili zmieniła się w miejsce tak nieprzyjemne, że czmychneliśmy czym prędzej do hostelu, poganiani jakimiś niezrozumiałymi zaczepkami. Okno pokoju, mimo że szczelnie zamknięte wpuszczało wrzaski, zawodzenie kobiet i dziwne hałasy.
Zmęczenie wzięło jednak górę, zasnęliśmy ale zmiana stref czasowych przypomniała o sobie o 4 rano (u nas 20). Oczy jak spodki I po spaniu. Opuściliśmy hostel i pociągiem ze stacji Kings Cross przejechaliśmy do Sydney Central i dalej po przesiadce do Mascot (4,20 A$ za os.). Tam w zlokalizowanym w pobliżu stacji budynku ma swoją siedzibę firma Britz, od której pożyczaliśmy samochód.
W środku, w biurze czekała na nas niespodzianka w postaci przemiłej pani Teresy, Polki od 14 lat mieszkającej w Sydney. Gdy ujrzała moje prawo jazdy uśmiechnęła się i odezwała po polsku. Jak milo znienacka usłyszeć swój język i to z ust tak milej osoby. Pogadaliśmy trochę o naszych planach, o Australii i umówiliśmy się na spotkanie po naszym powrocie do Sydney przed odlotem. Bardzo sympatycznie.
Nadeszła chwila, gdy zasiadłem za kółkiem naszej (na 7 dni) Toyoty Corolli. I okazało się, że nie jest tak źle, jak sobie wyobrażałem. Wprawdzie cały czas prowadząc samochód mam wrażenie że coś nie gra, ale przy odrobinie skupienia można załapać o co chodzi w tym jeżdżeniu pod prąd.
Princes Highway wyruszyliśmy na południe. Wkrótce pojawił się ocean, przepięknie turkusowy i towarzyszył nam dzielnie przez większość drogi. Była świetna pogoda, słonecznie i ciepło, ok. 20 C. Tak jak u nas w maju. Super zima, nie? Nastraja pozytywnie do życia.
Pierwszy przystanek w Kiama, miasteczku sielskim-przyjacielskim, słynnym z dwóch wodotrysków Blowhole i Big Blowhole. Przy sprzyjających warunkach woda tryska z większego z nich na wysokość ok. 60 m, zlewając zgromadzoną gawiedź od stóp do głów. Niestety, warunki dziś nie były najlepsze, wiatr wiał od lądu w kierunku oceanu i były niewielkie fale. A to potężne fale, wpływając pod skały wypychają pod ciśnieniem wodę w górę przez wydrążony siłami natury komin. Szkoda, maybe next time.
Ruszyliśmy dalej. Princes Hwy (Highway) ma wiele oblicz, z dwupasmówki potrafi zmienić się nagle w wąską drogę bez poboczy, przez cały czas jednak jest gładka i świetnie oznaczona. Poprowadziła nas do Nowra.
Tam kolejna niespodzianka, prawdziwy market Aldi, taki jak doskonale nam znany z Niemiec. Nie wiedziałem, że macki braci Aldi sięgają tak daleko. Daliśmy im zarobić. Z zapasem jedzenia na następne dni, sałatką z owoców morza od Woolwortha i świeżutkim pieczywem z malej piekarni ruszyliśmy dalej na południe.
Jazda jest bardzo przyjemna, ruch niewielki. Większość tubylców chyba wybiera Hume Hwy do Melbourne, wiodącej przez interior. Kierowcy tez nie dali powiedzieć o sobie złego słowa, jeżdżą jak po sznurku, żadnego wyprzedzania na trzeciego, potwornych prędkości, wszystko według znaków.
Za Ulladulla zatrzymaliśmy się przy wjeździe na plażę, na lunch. Cos niesamowitego, siedzieliśmy na wydmie wcinając owoce morza, przed nami ocean, po horyzont plaża i ani żywego ducha. Gdybym tego nie widział, powiedziałbym: ale kicz. Ale naprawdę było pięknie, wierzcie mi.
Zrobiliśmy dzisiaj ok. 400 km od Sydney, po zapadnięciu zmroku zmęczenie wzięło gore. Dojechaliśmy do Bega, gdzie zakotwiczyliśmy się w sympatycznym schronisku YHA, za 30 A$ w dwójce. Miły staruszek prowadzący przybytek wyraźnie ucieszył się na nasz widok. Jesteśmy tu pierwszymi gośćmi od niedzieli, a pierwszymi Polakami od 4 lat. Mało podróżujemy, z tego wynika.
Zima dala znać o sobie, jest bardzo zimno na zewnątrz, ok. 3 C, w środku pewnie niewiele więcej. Tu nigdzie nie ma ogrzewania! Dziadek dał nam dodatkowe koce i coś w rodzaju farelki, trochę to dmucha, ale bardziej hałasuje. Nic to, niestraszne nam mrozy, jutro jedziemy dalej, może aż do Melbourne? Czas pokaże.
A na razie obejrzę mecz. Wreszcie mistrzostwa o normalnej porze - 21.30, a nie Kolo południa, jak w Europie. Brazylia czy Turcja? Było już parę niespodzianek, zaraz się okaże.
SMS z Port Fairy
Wynajęliśmy przyczepę w Port Fairy. Dzisiaj zrobiliśmy całą Great Ocean (Road). Przepięknie. Do zobaczenia jutro.
Notka informacyjna o Port Fairy (nie była częścią tego SMS-u):
Port Fairy to mały port rybacki, położony przy Princes Highway, na jednym z końców odcinka wybrzeża zwanego Wybrzeżem Wraków. Ma 2500 mieszkańców. W 1835 roku osiedlili się tu pierwsi Europejczycy, a było to jedno z pierwszych europejskich osiedli w stanie Victoria. Początkowo był to port wielorybników.
Do dziś miasteczko może poszczycić się niemałą flotą rybacką (ale nie wielorybniczą, bo Australia odstąpiła od tego procederu), oraz pięćdziesięcioma zabytkowymi budynkami.
Port Fairy jest nadmorską miejscowością wypoczynkową. Istnieją tu świetne warunki dla wędkarzy i żeglarzy. Pobliski Park Narodowy Mt. Eccles to teren polecany do wędrówek pieszych i samochodowych.
W Port Fairy jest 5 moteli i 4 pola z przyczepami kempingowymi do wynajęcia (caravan parks).
Jedziemy dalej 27.06
Nam rzeczywiście mrozy okazały się niestraszne. Pod kołdrą i dwoma kocami dało się pospać - już normalnie, bez zrywania się o 4 rano - chyba już się przestawiliśmy.
Natomiast nasz dziadek-gospodarz nie mógł nadziwić się widokiem za oknem. Wszystko było pokryte szronem, ponoć pierwszy raz od 5 lat, od kiedy pracuje w tym schronisku. A w Canberra podobno spadł śnieg! Po śniadaniu oskrobałem szyby Toyoty i pojechaliśmy zwiedzić słynną fabrykę sera w Bega. Bardzo fajnie to wszystko zorganizowane - przy fabryce spory budynek z muzeum, barkiem kawowym, stołem do degustacji kilkunastu rodzajów sera, sklepem z pamiątkami. Obok wielgaśna ośmionoga krowa, symbolizująca pewnie ogrom mleka przerabianego w fabryce i miejsce do zrobienia fotografii - takie z dziurami na twarze. Oczywiście wykorzystaliśmy wszystkie możliwości, łącznie z zakupem krowy z magnesem, takiej do przyklejenia na lodówkę (3,50 A$).
Jadąc dalej Princes Highway przed miejscowością Merimbulla natknęliśmy się przy drodze na tablice z napisem "Yellow Pinch Wildlife Park". Wiedzeni ciekawością zajechaliśmy tam i .... zostaliśmy na prawie 5 godzin. Strzał w dziesiątkę! To było nasze pierwsze spotkanie z australijską fauną. Prywatny park, prowadzony przez sympatyczne małżeństwo z córką na całkiem niewielkim terenie oferuje spotkania z kangurami, krokodylami, emu, misiami koala, wombatami, psami dingo, papugami, wężami i waranami. Uff, chyba niczego nie pominąłem. Za 9,50 A$ od osoby można z bliska obserwować te wszystkie stwory, karmić je z ręki (karma 0,50 A$) i słuchać objaśnień gospodarza. Gość, idealnie odpowiadający moim wyobrażeniom o prawdziwym Australijczyku - ogorzały, opalony, w skórzanych butach za kostkę i koszuli khaki - zakochany w zwierzętach, barwnie i ciekawie przedstawiał swoich podopiecznych. Skaczące wszędzie kangury o delikatnych pyszczkach śmiało sięgały po karmę, wąż owinął mi się wokół ramienia i nie chciał puścić. Mogliśmy też pobawić się z dingo - białym i rudym, oraz ich szczeniaczkami, małymi i słodkimi. Trudno sobie wyobrazić, że w rzeczywistości to groźne drapieżniki. Gwoździem programu była jednak zabawa z koala. Trzy misie siedzące na eukaliptusie wcale nie były takie niemrawe jak widać na filmach przyrodniczych, najmłodszy nawet przeskakiwał z pnia na pień. Można było je pogłaskać - mają niesamowicie miękkie i gęste, skudlone futro. Ponoć rzadko się zdarza, że można dotykać koala, przeważnie tylko zerkać na te przemiłe stworki przez ogrodzenie. "You're lucky" - szepnęła nam starsza Australijka, razem z nami zwiedzająca park - "Niewielu ludzi może się tym pochwalić."
Park w niczym nie przypominał zoo, zwierzaki swobodnie biegały po dużych zagrodach, kangury skakały po całym terenie, wyglądało to sielsko. W dodatku zza chmur wyszło słońce, zrobiło się znowu ciepło.
W Merinbulla zatankowaliśmy paliwo (0,98 A$/l), kupiliśmy filmy do aparatu (10, 5 A$ za rólkę 36 Kodaka, film do slajdów) bo już trzy "poszły", trochę jedzenia (w tym marynowane żeberka, sądziliśmy, że są gotowe do zjedzenia, tymczasem okazały się surowe) i dalej w drogę. Nieplanowane godziny w parku ze zwierzętami nie pozwoliły nam dzisiaj dotrzeć do Melbourne. Przekroczyliśmy granice stanu Victoria ("The place to be" - takie napisy są na tablicach rejestracyjnych) i pojechaliśmy zerknąć na piękne Mallacoota Inlet w Croajingolong National Park. Tu w ogóle co kawałek pojawiają się kolejne parki narodowe, jest ich mnóstwo. Jednak gdybyśmy chcieli zobaczyć je wszystkie, to chyba życia by nie starczyło. Zjedliśmy lunch na trawie sycąc oczy widokiem pięknego zalewu, oddzielonego od oceanu wąska mierzeją. Smakowało jak nigdy! Powoli dzień dobiegał końca (zmrok zapada ok. 17, jest przecież zima), pozostało nam wsiąść do auta i pokulac się dalej. Dojechaliśmy do Lakes Entrance i w tzw. Caravan Park wynajęliśmy mały domek, cabin, za 25 A$. Zaskakująco dobre warunki, sterylnie czysta chatka w pełni wyposażona w sprzęt kuchenny, sześć łóżek, stół i krzesła. Rewelacja - i to w takiej cenie. W recepcji właściciel pola podał nam kilka propozycji - od tej właśnie najtańszej do super wyposażonego apartamentu z widokiem na ocean. Wręczył nam do wszystkich klucze, żebyśmy mogli je obejrzeć. Nie chciał żadnych dokumentów, kaucji, po prostu mamy jeden zająć i rano zapłacić, resztę kluczy oddać. Niesamowite.
Nasunęła mi się pewna refleksja na temat tutejszych obyczajów. Dawno temu, jeszcze w podstawówce, dostałem w ramach jakiejś nagrody książkę pt. "Raport z planety SOL3", opowiadającą o wizycie na Ziemi przybyszów z planety Wega, bliźniaczo podobnej do naszej. Tylko że tam, na planecie Wega nie były znane żadne z przywar trapiących Ziemian - nie było tam wojen, przemocy, złodziejstwa i oszustw, każdemu można było zaufać. Przyjeżdżając do Australii tak się poczułem, jak gdybym wylądował na planecie Wega. Tu nikogo z góry nie podejrzewa się o złe zamiary, obcy przyjmowani są bez żadnych oporów, nikt nie boi się, że go okradniemy. W schronisku w Bega sympatyczny staruszek wszystko zostawiał pootwierane, łącznie z kasą, tu w Lakes Entrance facet zakłada z góry, że go nie oszukamy. To jest takie mile i ciepłe, daje wiarę w ludzi. Zobaczymy jak będzie dalej, na razie Australia to taka moja Wegą.
W cabin był piecyk z rusztem, Justyna zrobiła na kolację te właśnie marynowane żeberka, popiliśmy gorącą herbatką - było zimno - i spać. Dało się przeżyć, mimo niskiej temperatury. Rano szok - okazuje się, że nasza cabin jest ślicznie położona prawie na brzegu oceanu! W nocy słyszeliśmy tylko szum, nie spodziewaliśmy się takiego widoku. Znowu naświetliło się parę klatek...
28.06.
Jesteśmy w Melbourne. Pogoda się popsuła, pada. Dojechaliśmy bez problemu, schody zaczęły się w centrum. Panował wielki ruch, ze spokojnej turystycznej Princes Hwy dostaliśmy się do olbrzymiego miasta ze sznurami samochodów, korkami i wielopasmowymi ulicami. No i wiecie, ten ruch w innym kierunku. W city postanowiliśmy zaparkować i dalej poruszać się pieszo. Przy krawężnikach nie było wolnych miejsc, wjechaliśmy na parking wielopoziomowy. Gdybym wiedział, co się z tym wiąże..
Z definicji nie byliśmy nastawieni na zwiedzanie miasta, szkoda (naszym zdaniem) czasu. W jeden dzień za dużo się nie zobaczy, a zresztą miasto to miasto. Jednak udało nam się obejrzeć Melbourne, aż po przedmieścia. Po prostu wjechaliśmy na punkt widokowy na 50 piętrze Rialto Towers - najwyższego budynku w tym mieście (10,50 A$/os.). Panorama zaparła dech w piersiach - po horyzont domy, domy, domy. Z drugiej strony zatoka Port Phillip. Rozlegle tak, jak żadne chyba europejskie miasto. W samym city, zwanym także CBD (central business district) wysokie budynki, drapacze chmur, dalej niska, co najwyżej jednopiętrowa zabudowa, charakterystyczna chyba dla wszystkich miast australijskich. Szkoda, że pogoda nie dopisała, w pełnym słońcu wrażenia estetyczne na pewno byłyby spotęgowane. Zjechaliśmy na dół, obowiązkowy magnes na lodówkę (4,00 A$), powłóczyliśmy się po centrum i Chinatown, zrobiło się już ciemno. Znowu dostaliśmy dowód na australijskie przyjazne nastawienie, widząc nas z przewodnikiem w ręku ludzie sami podchodzili i pytali czy pomoc, czy wskazać drogę. Przyjemnie poczuć się pożądanym gościem.
Poszliśmy po samochód i kolejny szok, nieprzyjemny tym razem, przy kasie. Za 3,5 godz. parkowania zapłaciliśmy 28 A$! Myślałem, ze się w d... ugryzę ze złości. Więcej, niż za noc w cabin, zdzierstwo. Strasznie źli wyjechaliśmy z miasta, trochę udobruchał nas widok nocnej panoramy Melbourne z mostu Victorii - bajka.
Uwaga na temat komunikacji w Melbourne. Siec głównych, przelotowych autostrad w centrum została spięta w tzw. City Link. Pozwala on błyskawicznie przemieszczać się pomiędzy dzielnicami. Jednak nic za darmo - mieszkańcy i bywalcy miasta posiadają wykupione transpondery, dzięki którym ich auto jest identyfikowane przez system. Turyści i inni bez transponderow zobowiązani są wykupić specjalny karnet. Auto wjeżdżające na City Link jest fotografowane i sprawdzane przez system. Jeżeli do dnia następnego po pojawieniu się w zasięgu systemu nie zostanie uiszczona opłata, wlepiany jest ticket - czyli mandat. Równocześnie nie jest ten system jakoś specjalnie oznakowany, pojawiają się tylko tablice z napisem "Wjeżdżasz na City Link" i tyle. Uprzedzony telefonicznie przez Stana o tej pułapce przed wjazdem do Melbourne na stacji Shella, w specjalnym automacie wykupiłem karnet na 24 godz. podając nr rejestracyjny auta (8,80 A$). Automat nie przyjmuje gotówki, tylko karty kredytowe.
Po godzinie jazdy naszą zaprzyjaźnioną Princes Hwy przed nami pojawiło się Geelong, przemysłowe miasto nad zatoka Port Phillip. Znaleźliśmy tam, wspomagani wskazówkami tubylców, kawiarenkę internetową. Szybkie sprawdzenie poczty, nie było niestety możliwości posiedzieć dłużej, bo wychodziło dosyć kosztownie. Za godzinę opłata wynosiła 8,40 A$, co przy 3 A$ za nieograniczony czas przy komputerze w Sydney jawiło się mało atrakcyjnie. Było już późno, ok. 22, ujechalismy znowu kawałek, do Anglesea i, nie chcąc już się błąkać w poszukiwaniu noclegu, postanowiliśmy spędzić tę noc w samochodzie. Podjechaliśmy na parking na wysokim klifie nad oceanem i kołysani (wraz z całym autem) silnym wiatrem uderzyliśmy w kimonko. Całkiem fajnie, wreszcie ciepło dzięki włączonemu silnikowi (wiem, nieekologicznie, wybacz Australio) spędziliśmy tę noc. Następny dzień to miało być święto dla oczu - Great Ocean Road.
29.06.
Great Ocean Road is really GREAT!!! Czegoś tak pięknego jeszcze nie widziałem. Powtarzam to za każdym zobaczonym w Australii cudem, ale ta droga, wijąca się brzegiem oceanu, praktycznie niemal wjeżdżająca na plażę jest po prostu cudowna. Widoki trochę przypominające chorwackie wybrzeże Adriatyku, tylko że w skali maxi. Po lewej szmaragdowo-turkusowy ocean, po prawej skalne zbocza gór. Droga wybudowana została przez australijskich żołnierzy, którzy powrócili do domu po pierwszej wojnie światowej, także dla upamiętnienia ich udziału w tej wojnie, daleko w Europie. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi, łopatami i kilofami wybudowało wspaniałą drogę, dzięki nim teraz takie zuczki jak my możemy podziwiać, w co natura wyposażyła Australie. Droga zaczyna się w Anglesea (źródła podają też Torquay, kilka km przed Anglesea) i wiedzie brzegiem oceanu przez Lorne i Apollo Bay - piękne, malownicze miasteczko, w którym obserwowaliśmy surferow, mimo zimna jeżdżących po falach. Odbija od oceanu w głąb lądu na wysokości Cape Otway, z parkiem narodowym o tej samej nazwie. Nie ma sensu opisywać piękna tej drogi, swoim szorstkim językiem nie oddam nawet 1/1000 urody tego fenomenu. To trzeba po prostu zobaczyć. Aparat rozgrzał się do czerwoności, kolejne naświetlone rolki lądowały w plecaku.
W Cape Otway National Park odwiedziliśmy lasy deszczowe z ogromnymi drzewami wysokości kilkunastu pięter i paprociami, wśród których czuliśmy się jak Zwirek i Muchomorek w swoim lesie. Wielkie jak palmy, o postrzępionych liściach, zlewały się jakby w dżunglę z innymi roślinami, tak gęstymi, że cały las spowity był w półmroku, pomimo bezchmurnego nieba. Przechadzka wytyczonym szlakiem trwała pół godziny, wrażenia niesamowite. Stamtąd droga odbijającą od Great Ocean Road ku oceanowi dojechaliśmy do latarni morskiej na Cape Otway. Odrestaurowana i wciąż czynna latarnia położona jest na samym cyplu, w jej pobliżu na rozległym terenie (wstęp 8 A$/os.) ulokowanych jest kilka innych atrakcji, m.in. bunkier radiolokacyjny z czasów dugiej wojny swiatowej czy autentyczny domek latarnika z polowy XIX w. Teren bardzo wypielęgnowany, można go podziwiać z góry, z galeryjki na latarni, na którą oczywiście się skwapliwie wdrapaliśmy.
Za Cape Otway wróciliśmy na Great Ocean Road, by podziwiać następne atrakcje - niezwykle formacje skalne na klifowym wybrzeżu. Ulokowane są po kolei, w niewielkiej odległości od siebie, wymagało to jednak ciągłego podjeżdżania i wysiadania z auta. Przy każdej z atrakcji ulokowane są parkingi, doskonale oznaczono dojście do punktów widokowych. Zaczyna się od Schodów Gibsona (nie wiem skąd nazwa, nie dopatrzyłem się tam żadnych stopni, muszę zerknąć do przewodnika, co mądrego jest tam wypisane), później najbardziej chyba znana formacja - ale naszym zdaniem nie najbardziej atrakcyjna - Dwunastu Apostołów. Obecnie widać ich tylko siedmiu, czy może siedem, skał sterczących z oceanu przy pionowym klifie. Mnóstwo turystów rożnych narodowości i ras, każdy z aparatem czy kamera (my też!), utrwalających wrażenia. Zdjęcia czy filmy nie oddadzą na pewno całego uroku tych miejsc, ale patrząc później na nie będzie można uruchomić wyobraźnię i przywołać te widoki.
Dalej w kolejności odwiedziliśmy jeszcze Loch Ard Gorge - który zrobił na nas największe wrażenie, niesamowite formacje szarpane wręcz przez ocean, zatoki o pionowych ścianach, luki skalne pod którymi przelewa się ocean - później The Blowhole, jak gdyby jezioro otoczone pionowymi skalami, oddalone od oceanu o kilkaset metrów, połączone z nim jednak podziemnym tunelem, przez który w rytm fal wtłaczana jest woda pod wielkim ciśnieniem i z niemniejszym hukiem. Na deser pozostał nam osławiony London Bridge, a raczej to, co z niego pozostało. Ten potężny łuk skalny zawalił się w 1990 r. więziąc na skale dwóch turystów, których później ściągano za pomocą helikoptera (wiem to z przewodnika). Wspaniały widok, przeogromne skały oświetlone zachodzącym słońcem (tak, tak, na Great Ocean Road spędziliśmy cały dzień, nie myśląc nawet o jedzeniu czy innych potrzebach). Udało nam się nawet z oddali, przez teleobiektyw dojrzeć pingwiny na skale, przy większym szczęściu można obejrzeć ich paradę na plaży. Używając analogii europejskich, wybrzeże pomiędzy Cape Otway a Peterborough przypomina portugalskie Algarve, ale znowu skala jest inna. Skały australijskie są o niebo większe.
Spać, to jedyne co nam tego wieczora przychodziło do głowy. Jako że następnego dnia mieliśmy zajechać do Adelaidy do Stana, naszego wirtualnego gospodarza, nie było mowy o spaniu w samochodzie, trzeba się było "odrzepic" i doprowadzić do stanu jakiej takiej używalności. Jadąc dalej Princes Hwy minęliśmy Warnambool i w miasteczku Port Fairy zajechaliśmy do Caravan Parku przy drodze. Kolejny celny strzał. Bardzo miła pani w recepcji dala nam klucze do kilku rożnej klasy pomieszczeń - od przyczepy po luksusowy domek - po raz kolejny ta sama sytuacja. Wybraliśmy najtańszą opcję - przyczepę campingową za 37 A$. Świetna sprawa, także pełne wyposażenie, dodatkowo otrzymaliśmy dmuchawę na ciepłe powietrze i koce. Kolacja (zupki z kubka i chleb z dżemem) i spać, jutro przed nami 600 km drogi do Adelaidy. Dobranoc.
Adelaide
Ghan już czeka. Za parę godzin, punktualnie o 15.00 (to będzie o 7.30 polskiego czasu) wyjedziemy z Adelajdy i po nocnej podroży, jutro o 10 rano powinniśmy znaleźć się w Alice Springs – The heart of Australia. Trochę było problemu z załapaniem się na tę podroż, kiedy podeszliśmy do dworcowego biura podroży okazało się, że nie ma już wolnych miejsc. Adnotacja w centrali rezerwacji mówiła jednak, że skoro nie ma wolnych miejsc to ... trzeba doczepić wagon dla innych chętnych. Tak też się stało i następnego dnia już dzierżyliśmy w dłoniach bilet (99 A$/osobe, ze zniżką na karty PTSM – YHA, normalna cena dla dorosłego na miejsce siedzące – 197 A$.)
Droga do Adeli z Port Fairy była wspaniała. Pierwszy raz mieliśmy przedsmak dzikiej Australii, prosta po horyzont szosa, piękna pogoda i niesamowita przestrzeń wokół. Cały odcinek to było ok. 600 km, z rzadka mijaliśmy niewielkie osady kilku domków skupionych przy szosie, wokół obowiązkowej stacji benzynowej. To już przypominało krajobraz z albumów o Australii.
Minęliśmy most na Murray Bridge i już dwupasmówką wjechaliśmy do Adelaidy. Wjechaliśmy, a właściwie zjechaliśmy. Adelaida jest bardzo malowniczo położonym miastem, od wschodu (czyli z kierunku, z którego przyjechaliśmy) otoczona jest górami, o pięknie zadrzewionych stokach, na które już wspinają się przedmieścia tego rozległego miasta. Zachodnie obramowanie miasta stanowi ocean, a raczej zatoka Sw. Vincenta. Wspaniała kombinacja krajobrazów, jak rożna od naszej spolaryzowanej Polski, gdzie można być albo nad morzem, albo w górach. W Adeli jest się równocześnie i tu i tam.
Centrum miasta, czy może samo miasto stanowi niewielki prostokąt może 2 na 3 km, podzielony na nierówne części – City of Adelaide i North Adelaide, otoczone pierścieniem cudownie zagospodarowanej zieleni. Ma się niesamowite wrażenie, patrząc na miasto z jego wysokimi budynkami, że stanowi ono tylko tło dla zieleni, ptaków i krajobrazu.
W poniedziałek, 01.07., spotkaliśmy się ze Stanem, gospodarzem witryny http://www.australink.pl . Słowo stało się ciałem, korespondując z nim tylko internetowo przed wyjazdem do Australii, umówiliśmy się na spotkanie na szlaku. Tak się właśnie stało. Nie będę opisywał jego osoby, znacie go przecież równie dobrze jak ja, czytacie tę stronę.
Razem ruszyliśmy na podbój Adeli. Na pierwszy ogień poszło wybrzeże. Zaczęliśmy od historycznego Glenelg, miejsca, w którym pierwszy krok postawił w 1836 roku niejaki kapitan John Hindmarsh. Postawił i z rozpędu proklamował powstanie nowej kolonii, Australii Południowej. Przeszliśmy się wokół miejsca gdzie to się działo. Nie dziwie się człowiekowi, gdybym był na jego miejscu i dotarł do tak pięknego lądu też proklamowałbym sobie objecie tego w posiadanie.
Pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża na północ, niewiarygodne jak rozlegle jest to miasto, i jak bogate. Przepiękna plaża ciągnąca się kilometrami, tuż nad nią domy, nie jakieś letniaki - normalne domy, z których rano gość może wyskoczyć w majtasach i wziąć poranną kąpiel w oceanie. Wszędzie dominuje niska, parterowa zabudowa, co jeszcze potęguje wrażenie przestrzenności. Jadąc dalej na północ, dotarliśmy aż do portu, który teraz zmienia charakter. Z uwagi na mniejszy ruch statków, postanowiono starą dzielnice portowa wyremontować i zrobić z niej dzielnicę mieszkalną. Buduje się tam nowe domy, pewnie cos w rodzaju kondominiów mieszkalnych.
Zatoczywszy wielki łuk skierowaliśmy się do city. Obowiązkowa wizyta przy pomniku pułkownika Lighta, który stojąc na cokole wyciągniętą ręką wskazuje na miasto. Tak stał ponoć półtora wieku temu, kiedy zarządzał budową Adeli, wcielając w życie swoja wizję.
Potem pieszo do miasta, naprawde efektownego i przyjaznego. Obiad przy Rundle Mall – centralnym deptaku, w dużej restauracji, czy może raczej sali, wokół której zgromadzone są małe knajpki oferujące najróżniejszą kuchnię. Zdecydowaliśmy się na wybór 3 dań chińskich z makaronem (7,50 A$ za porcje) – tak wielki, że po zjedzeniu miałem kłopoty ze wstaniem z krzesła. Trochę pobuszowaliśmy po sklepach, odwiedziliśmy biuro w poszukiwaniu biletów na Ghana i wieczór spędziliśmy przy lampce, może dwóch wyśmienitego wina rodem z Barossa Valley, winiarskiego zagłębia Australii.
Następne dwa dni minęły jak z bicza strzelił. Zwiedziliśmy Morialta Conservation Park, wspaniały ogród botaniczny na wzgórzach adelajdzkich. Naturalnie zadrzewiony teren wzbogacono przecudownymi gatunkami drzew i krzewów, tworząc kompozycje zapierające dech w piersiach (w Australii co chwilę mnie zatyka), ścieżki, ławki i stoły do piknikowania tworzą z tego terenu wymarzone miejsce do relaksu. Później podziwialiśmy panoramę Adelajdy ze wzgórza Mt Lofty (Wietrzne Wzgórze), najwyższego punktu nad miastem. Jak na dłoni mieliśmy całą Adelę po sam ocean.
Drogą wśród wzgórz zjechaliśmy ponownie do city. Odwiedziliśmy Central Market, pod wspólnym dachem zgromadzone mnóstwo sklepików wszystkich branż, taki bazar ze wszystkim. Ciekawostką był polski sklepik z towarami prosto znad Wisły – dżemem Krakus, zupami Winiary i czekoladą z Goplany.
W położonym opodal sklepie z odzieżą kupiłem sobie pamiątkę z Australii, o jakiej zawsze marzyłem – prawdziwy skórzany kapelusz (43 A$). Justyna twierdzi, że wyglądam w nim jak prawdziwy Ozzi – założyłem go od razu i teraz ściągam tylko do spania. Na wyprawę w Outback w sam raz.
Później zwiedziliśmy jeszcze Muzeum Australii Południowej, ze wspaniałą wystawą o Aborygenach (gratis!), uniwerek na który zaprowadził nas Jaro, syn Stana, obejrzeliśmy budynek parlamentu. Czas pożegnać się z Adelą, która moim zdaniem powinna reklamować się tym hasłem, którego używa stan Victoria – The place to be. Nie byłem jeszcze do tej pory w tak przyjaznym i fajnie zorganizowanym mieście, tylko pozazdrościć mieszkańcom.
Planowałem też dalszą podroż. W Alice chyba wynajmiemy auto na 3 dni, żeby zwiedzić Uluru i Kings Canyon. Alternatywą jest zapisanie się na zorganizowaną wycieczkę. Poszukałem ofert, ale nie chciałem podejmować decyzji w Adeli, postanowiłem poszukać u źródła, czyli w Alice. Jedyna planowaną więc rzeczą pozostał The Legendary Ghan – już za parę godzin. W relacji z serca Australii postaram się podać, co się z nami działo (a mam nadzieję, że będzie działo się dużo).
Aha, dwa pierwsze dni w Adeli mieliśmy piękną pogodę, słońce i ciepło (17 C), wczoraj lało przez duże L, dzisiaj jest sucho, ale pochmurnie (15 C) – taka zima. W Alice jest ponad 20 C, wygrzejemy trochę gnaty. Do zobaczenia.
Miasteczko jak Alice Springs 05.07.2002
Dotarliśmy do Alice Springs. Ghan okazał się bardzo przyjemnym środkiem transportu (tym bardziej za cenę, jaką zapłaciliśmy za bilety). Wczoraj w Adeli, na dworcu Keswick, pożegnaliśmy się ze Stanem, który nas odprowadził i zasiedliśmy w tej legendzie.
Wagon klasy ekonomicznej - tak jak w samolotach są tu klasy zwane "Gold Kangaroo" (super wypas, odpowiednik first class), Red Kangaroo (business class) i właśnie economy - składający się z korytarzyka przedzielającego dwa rzędy siedzeń, jak w małym samolocie właśnie. Podobnie jak w samolotach, również tu oddaje się główny bagaż do przedziału bagażowego, do kabiny zabierając podręczny. Z powodu sporego obłożenia, związanego z początkiem ferii, dokładano do składu wagony. Przetaczanie szło sprawnie, mimo to pociąg ruszył o 16.00, z godzinnym opóźnieniem.
W wygodnych fotelach z rozkładanymi oparciami siedzieliśmy sobie jak paniska. Pociąg toczył się sprawnie, zapadł zmrok i wystartowało telekino. Puszczono na małych telewizorkach, podwieszonych pod sufitem, rodzinny filmik "Stuart Malutki". Wprawdzie widziałem go już parę razy z Aleksem, moim synem, ale obejrzałem z przyjemnością. W naszym wagonie panował spory ruch, ludzie przechodzili do sąsiedniego, ze sklepikiem, stolikami i palarnią. Trochę to przeszkadzało, wracając przetaczali przez wagon smród papierochów, strasznie intensywny. No, ale przecież to też ich prawo (palić, nie roztaczać smród :)) ).
Podróżni, z którymi dzieliliśmy wagon, to mieszanka rożnych typów, pełen przekrój wiekowy. Byli rodzice z małymi dziećmi, paru obieżyświatów w obszarpanych kapeluszach (cholera, w moim nowiutkim wyglądam jak marna podróbka trapera!), Aborygeni na bosaka, porozumiewający się w swoim narzeczu i dużo młodzieży w spodniach z krokiem
przy kolanach. Co ciekawe, mimo, że w wagonie obok można było kupić piwo, nikt się nie zataczał, żadnych awantur czy niemiłych zachowań, pełna kultura.
W pociągu można było także skorzystać z prysznica (do wypożyczenia ręcznik) i bardzo pomysłowych toalet. To taka ciekawostka, w toalecie jest stalowa ściana, z której dosłownie wyciąga się jak szufladę klozet, później chowa się go i wyciąga umywalkę. Bardzo praktyczne i oszczędzające miejsce.
Noc jak noc, spanie na półleżąco nie było złe, ale szczytem komfortu bym tego nie nazwał. O 22.30 zgaszono światło, zapanowała cisza nocna. Wprawdzie ludzie nadal się kręcili, a Ghan strasznie trzeszczał w szwach, ale dało się pospać.
Rano nagroda, wschód słońca nad stepem - po horyzont jak okiem sięgnąć same krzaki i czerwona ziemia, i pierwszy błysk słońca w miejscu styku nieboskłonu z ziemią. Fantazja! Cały czas za oknem pustka, w okolicach 10 rano pierwsze znaki życia, linia energetyczna i wreszcie Alice!
Na dworcu trochę czekania na bagaże, w rządku ustawieni naganiacze z tablicami wychwalającymi zalety ich hoteli, schronisk czy tzw Backpacker's Resorts. Zanim odebraliśmy plecaki, mieliśmy załatwiony nocleg i transport - sympatyczny brodacz z hostelu Toddy's (44 A$ za dwójkę) zapakował nas do niewielkiego busa i dowiózł na miejsce. Fajnie, sympatycznie, w recepcji internet (wprawdzie nie w postaci komputera, tylko kiosku z dziwną klawiaturką, ale zawsze).
Jest skwar, bardzo piecze słońce, żadnej chmurki. Z radością założyliśmy krótkie spodenki i T-shirty Poszliśmy do centrum. Pieszo, bo Alice to miasteczko niewielkie. Centrum, szumnie zwane Central Business District CBD, to dosłownie parę ulic na krzyż, najwyższy budynek - dwupiętrowy. Na szybko połknęliśmy po bule w McDonalds, odwiedziliśmy Greyhounda (wycieczka 3 dni do Uluru i Kings Canyon, z przewodnikiem, ale bez noclegów i jedzenia
- 251 A$ za osobę) i parę wypożyczalni aut (ok. 120 A$ za dobę + paliwo).
Nie zdecydowaliśmy się na żaden wariant, póki nie dostrzegłem autka z napisem Outback Rentals, owned & operated by Alice Springs Community. Coś w rodzaju wypożyczalni zarządzanej przez miasto. Zadzwoniłem tam na bezpłatny numer i bingo! Auto za 49 A$ na dobę i limitem 500 km to coś dla nas! Do tego 10 A$ ubezpieczenie i z ok. 200 A$ mamy transport i nocleg równocześnie! Oszczędzamy, oszczędzamy.
Zwiedziliśmy ANZAC Hill, pomnik ku pamięci żołnierzy z Australii i Nowej Zelandii, którzy brali udział w I wojnie światowej. Ze wzgórza roztacza się piękny widok na Alice i okolice, o wiele ładniejsze to miasteczko wydaje się z daleka, niż gdy chodzi się po jego ulicach. Dalej piechotą do Old Telegraph Station, pierwszego kompleksu budynków w Australii Centralnej. Stacja służyła jako przekaźnik pomiędzy południowo wschodnim wybrzeżem a Darwin, które miało podmorskie połączenie z Jawą i dalej z Europą.
Kawałek drogi do tej stacji, po drodze spotykamy grupy Aborygenów, pijanych, brudnych i obszarpanych, kobiety i mężczyzn. Przygnębiający widok. Wleczemy się noga za nogą, wydaje mi się, że jest coraz goręcej. Mija nas Toyota Camry, znika za wzgórzem, za chwilę wraca. Kolejny australijski cud! Dwoje starszych ludzi podjeżdża do nas. "Idziecie do stacji telegraficznej? To wskakujcie do nas, bo to jeszcze kawałek!" Ze staruszkami zwiedzamy stację, bo zapewnili, że będą szczęśliwi, jeżeli będą mogli zawieźć nas z powrotem do Alice. Wysadzają nas w centrum. I jak tu nie kochać tych ludzi? Zmęczeni wracamy do Toddy'ego. Po kąpieli barbecue przy hostelowym barze - płacisz 8,50 A$ za osobę i wcinasz ile możesz - grillowana baranina, kurczak, kiełbaski, sałatki, pieczone ziemniaki, chleb. Do tego piwko (3 A$) lub winko (2A$). Delicious! Spać, bo jutro ciężki dzień, jazda przez Outback do Uluru.
06.07.
Rano chmury, w nocy była ujemna temperatura. Przeciera się powoli. Pomału się zbieramy, z hostelu musimy wyjść do 10. Auto odbieramy koło południa. Najpierw jednak bezpłatne śniadanko, tosty, dżem i Vegemite - australijski przysmak, coś w rodzaju kostki rosołowej do smarowania na chleb. Do tego kawa i herbata, wszystkiego skolko ugodno.
Siedzę w punkcie kontaktu ze światem, internet (6 A$/godz.) i telefony. Jest już 11.00, lecimy zobaczyć, może nasze auto przyjechało. Nie wiem jak będzie z Internetem na Uluru, tym bardziej, że planujemy spać w samochodzie. Ale na pewno odezwę się po powrocie. Jeszcze jedną noc później spędzimy w Alice i ruszamy na wybrzeże, do Townsville i Cairns.
06.07
Na autko przyszło nam poczekać nieco dłużej, niż zakładaliśmy. Ktoś po prostu spóźnił się z odstawieniem. Czekając załatwiliśmy formalności: spisanie numeru prawa jazdy (międzynarodowego i odcisk karty kredytowej (koniecznie musi być ta "wypukła"). Kolejny raz przecieraliśmy szlaki - pierwsi Polacy biorący auto z tej wypożyczalni to właśnie my! Żeby nie marnować czasu zostawiliśmy nasze plecaki w wypożyczalni i wyskoczyliśmy do Woolworth'sa na zakupy. Nabyliśmy zapasy na kolejne 3 dni, wodę, soki, owoce, chleb, ser itd. Justyna została przy sklepie, ja poszedłem po auto. Już czekała na nas malutka Toyota Starlet, tym razem z manualną skrzynią biegów. Autko nie pierwszej młodości, ale jak się okazało całkiem dziarskie.
Zapakowaliśmy się przy sklepie i w drogę. Przed nami było jakieś 400 km do King's Canyon.
Tradycyjnie już przy drodze zatrzymaliśmy się na lunch, smakowało nieźle w cieplutkich promieniach słońca. Chwile później okazało się, że te promienie są bardzo cieplutkie, całe szczęście w Toyocie była klimatyzacja.
Droga do największych atrakcji turystycznych Australii jest piękna: równa, gładka, doskonale pomalowana pasami. Jedzie się bardzo płynnie, tym bardziej, że jest naprawdę pusto, czasami przez pół godziny nie spotyka się żadnego auta. Po ok. 100 km zniknęły ostatnie stacje radiowe, cisza w eterze. Wokół busz, po horyzont plaska przestrzeń z niewielkimi krzakami i drzewkami wyrastającymi z ceglasto-czerwonej ziemi. Gdzieniegdzie trawa była wypalona, drzewka osmolone, taki bardzo pustynny krajobraz.
Powoli zaczęło zmierzchać (było ok. 17.30!), postanowiliśmy poszukać bazy na nocleg. Nie chciałem za długo jechać po ciemku, bo kilkakrotnie natknęliśmy się przy drodze na kangurze zwłoki, ofiary kontaktu z pojazdami. Do tej pory wprawdzie widzieliśmy kangura na wolności tylko 2 razy, z daleka przemykającego gdzieś po wzgórzach, ale nie chciałem teraz nawiązywać z nimi bezpośredniego kontaktu.
Jednak te stwory nie zrezygnowały ze spotkania z nami. Nagle z rowu przy poboczu wyskoczyła (dosłownie) na szosę cala kangurza rodzinka: 3 sztuki, dwie duże i maluch. Na szczęście przeciwny pas był pusty, odbiłem w prawo i udało się je ominąć. Później jeszcze kilkakrotnie widzieliśmy w oddali kangury przeskakujące majestatycznie przez drogę. Uważajcie, zwierzaki!
Dojechaliśmy do Kings Creek Station, położonej ok. 30 km od kanionu stacji benzynowej, z obowiązkową hodowlą wielbłądów, pubem i kampingiem.
Zatankowaliśmy samochód (skandal, paliwo po 1,2 A$!). W ramach oszczędności postanowiliśmy spać w aucie na parkingu, zjedliśmy kolację i szykowaliśmy się do spoczynku. Poszedłem do sklepiku przy stacji po piwo, a tu niemiła niespodzianka. Miła pani zapytała, czy jesteśmy gośćmi kampingu, jeżeli nie to nie może sprzedać mi piwa - takie przepisy (w ogóle z alkoholem w Australii jest ciężko, nie sprzedaje się go sklepach czy marketach, a tylko w specjalnych "Bottle Shop'ach", które nie zawsze łatwo znaleźć - taka polityka). Nie chcieliśmy zostawać na campingu, pojechaliśmy więc dalej. Noc spędziliśmy na przydrożnym parkingu, pod niebem tak roziskrzonym gwiazdami, jak jeszcze nigdy nie widziałem. Chyba z powodu czystszego powietrza gwiazd zdaje się być na niebie więcej niż u nas - miliardy dużych, a pomiędzy nimi pył święcących drobinek. Chyba też na niebie rozpościera się Droga Mleczna (nie wiem, z astronomii jestem surowy), tak to przynajmniej wygląda. Księżyc też wygląda inaczej, właśnie był nów, ale poza świecącym "rogalem" było widać także resztę tarczy, delikatnie podświetloną. Noc była bardzo zimna, chyba nawet poniżej zera. Przetrwaliśmy.
07.07.
Pobudka o 6.00, trzeba przecież zdążyć na wschód słońca nad kanionem. Na parking przy początku szlaku dojeżdżamy jako pierwsi, za nami autobusy Greyhounda (wycieczka, o której pisałem, za 251 A$), małe busiki, auta osobowe. Wszyscy jak jeden mąż ruszają w górę. Przyklejamy się do którejś z wycieczek i słuchamy opowieści o kanionie, jest przeraźliwie zimno. Za chwilę jednak nagroda, wszystko ożywa, słońce oświetla szczyty gór, jest przepięknie. Szlakiem ruszamy przez góry. Podoba mi się sposób oznakowania, tylko gdzieniegdzie dyskretne strzałki, żadnych ułatwień, droga pozostawiona tak, jak natura ją stworzyła. Co chwilę stajemy, żeby popstrykać, jest co! Ostre krawędzie kanionu, w dole drzewa i palmy, skały jakby utworzone z kolejno nałożonych warstw, jak tort, a wszystko rudo-czerwono-miedziane. Cud natury.
W miejscach, gdzie już naprawdę nie było przejścia, ustawiono kładki i schody z ciemnego drewna, pięknie komponujące się z widokami, chyba jakiś plastyk maczał w tym palce.
Trafiamy tez do "Garden of Eden" malutkiego jeziorka pośród pionowych skał, z bujną roślinnością i mnóstwem ptaków, tam jemy śniadanie.
Przejście całej trasy zajmuje nam 4 godziny, jesteśmy nieźle zasapani, gdy docieramy z powrotem na parking, ale chętnie powtórzylibyśmy ten szlak. Tylko, że Uluru czeka! Ruszamy.
Po drodze, jakieś 100 km przed Yulara - miasteczkiem specjalnie stworzonym do obsługi turystów - wzrok przyciąga wielka, płaska góra, łudząco podobna do Uluru, przynajmniej z daleka. Ale coś nie gra, jest jeszcze za daleko, by było tak dokładnie widać. Uluru nie jest aż
takie wielkie. Sprawdzamy na mapie, to Mt Conner, dwa razy większa od Uluru
góra, ale chyba 100 razy mniej znana. Na parkingu z widokiem na Mt Conner jemy lunch. Podjeżdżają młodzi Niemcy, których przedtem spotkaliśmy w Kings Creek Station (w ogóle co chwilę spotyka się tu znajomych z widzenia, z Ghana, ze schroniska - wszyscy jadą tym samym szlakiem). Proszą o zdjęcie z Uluru, kiedy wyjaśniamy, że to inna góra, pękają ze śmiechu. Ale byłby obciach, gdybyśmy pokazali komuś to zdjęcie i okazało się, że to nie to. Jadą dalej. Jeszcze chwilę marudzimy, podchodzi jakiś facet i pyta, czy jedziemy do Uluru. Gdy potwierdzam, wręcza mi dwa bilety i mówi: "Słuchaj, te bilety są ważne do jutra do wieczora, my już ich nie wykorzystamy, weź i wejdź za nas. Nazywam się Pearson, takie nazwiska są na biletach. Możecie ich używać." Zaskoczony biorę bilety i dziękuję. Krótka narada w samochodzie, co robić. Mamy trochę skrupuły, czy można tak zrobić, ale w końcu dochodzimy do wniosku, że przecież gość za te bilety zapłacił (16,50 A$ za bilet na 3 dni), nie ukradł. Wejdziemy za niego, park na nas nie zyska, ale też nie straci. Jedziemy. Jest już popołudnie, gdy docieramy do parku. Podziwiamy Uluru, z daleka majaczy tez masyw Kata Tjuta. Zwiedzamy centrum Aborygenów, ze sklepikami, kawiarnią i małym muzeum. Co ciekawe, nie ma tam Aborygenów, wszystkie pracujące tam osoby to biali. W planie na dziś mamy jeszcze podziwianie zachodu słońca, jedziemy na specjalnie oznakowany parking, by zająć najdogodniejsze pozycje. Panuje atmosfera wielkiego pikniku, ludzie poruszający się wielkimi campervanami powyciągali krzesełka, stoliki, piją piwo i drinki. Wielka, święta góra Uluru (czy Ayers Rock) tkwi przed nami, jak wielka wyspa na płaskim po horyzont buszu. Wydaje się nieprawdopodobne, skąd ona się tam wzięła. Chyba przychylę się do teorii, że spadła z kosmosu, ona jest po prostu wbita w ziemie, bez żadnych zboczy, stoków, kamień spotyka się z ziemią. Jest jeszcze oświetlona słońcem, ale już po chwili zaczyna się wielki spektakl. Początkowo nie rozumiemy, na czym polega fenomen tej góry, ale po chwili z tysięcy piersi ludzi na parkingu (nie przesadzam, parking jest długi na jakieś 400 m, samochodów ubitych jest tam chyba z 500) słychać westchnienie zachwytu, poparte trzaskiem aparatów fotograficznych. Z każdą chwilą góra zmienia kolor, na dodatek nie częściowo tylko cała na raz, jakby była podświetlana od środka. W pewnej chwili kulminacja - skała nabiera intensywnie czerwonej barwy, jak rozżażony węgielek w ognisku, wydaje się, że za chwilę spłonie. A ona już tylko przygasa, przez pomarańcz, ciemną czerwień nabiera brunatnej barwy i kurtyna zapada do następnego ranka. I choć ten spektakl wydaje się mocno skomercjalizowany - wszędzie na pocztówkach te same zdjęcia, tłumy ludzi jak sroki gapiące się w gnat - to jednak jesteśmy szczęśliwi, że mogliśmy to zobaczyć. Jeden z widoków, których się nie zapomina.
W sznurku samochodów opuszczamy park. Krotka wizyta w Yulara, oczywiście Bottle Shop ukryty gdzieś pewnie w krzakach. Na pocieszenie kupujemy czekoladę i wyjeżdżamy za miasto. Na parkingu, 25 km przed Yulara, w towarzystwie kilku innych samochodów spędzamy kolejną noc pod gwiazdami.
08.07
Powtarzamy scenariusz z dnia poprzedniego - pobudka o 6.00, jazda do parku, tym razem by obejrzeć jak święta góra Uluru budzi się do życia. Jest chyba jeszcze zimniej, niż wczoraj. Z ust buchają kłęby pary. Mnóstwo ludzi tłoczy się na parkingu oznaczonym jako "Sunrise viewing area". Czekamy na pierwsze promienie słońca, nie tylko, by zobaczyć nowe barwy skały, lecz też by się ogrzać. Też jest pięknie, ale już nie robi takiego wrażenia.
Po zakończonym przedstawieniu jedziemy najpierw do Kata Tjuta czyli The Olgas. Potężne bloki - czy może raczej kule - skalne robią wrażenie, są w końcu większe niż Uluru. Najpierw jednak śniadanko na picknik area (doskonale to wszystko urządzone), później spacer króciutki do Olgas Gorge, niewielkiej, lecz pięknej przełęczy. Tu razi mnie trochę system ułatwień, mostki, płotki, całkiem moim zdaniem niepotrzebne, psujące widok. Ale tak musi być.
W przewodniku znaleźliśmy opis drugiej trasy wokół Kata Tjuta, jak było napisane "długiej na 7 km ale nieforsownej". Oj, jakbym kopnął w d... autora tych słów! Przeszliśmy cały ten szlak, piękny i malowniczy, ale nawet dla nas, młodych i sprawnych, dość ciężki. Szliśmy nim 2,5 godz. Podziwiając okrągłości Olgi, przedzierając się przez zarośla i wspinając pod strome urwiska. Naprawdę nie było łatwo. Sytuację ratowały punkty odpoczynku, z ławkami i daszkiem, który spełniał dwie role: chronił przed słońcem i zbierał deszczówkę do zbiornika z kranikiem, opisanego jako "Drinking water". Nawiasem mówiąc, woda ta jest bardzo smaczna, ale wyobrażacie sobie nasza deszczówkę?!? Zmordowani jak psy wróciliśmy na parking. Pora na posiłek, przecież jeszcze czekała na nas wspinaczka na Uluru. Dojechaliśmy tam ok. 15.
Aborygeni proszą, by nie wspinać się na ich świętą górę, ponieważ czują się odpowiedzialni za każdą osobę, której stanie się krzywda podczas wspinaczki. Postanowiliśmy zachować szczególną ostrożność, by nie zasmucić tubylców i ruszyliśmy pod górę. Stromizna okazała się nie do pokonania dla Justyny. Gdy po zrobieniu kilkudziesięciu kroków obejrzała się za siebie, zamarła. Postanowiła zawrócić, ja wspinałem się dalej. Pomagając sobie łańcuchami zamocowanymi dla bezpieczeństwa dotarłem do punktu, gdzie patrząc z ziemi, powinien znajdować się szczyt. Ale gdzie tam! Okazało się, że to dopiero połowa drogi! Co tam, idę dalej, było strasznie ciężko. Mokruteńki od potu pokonałem jednak kolejne przeszkody i wreszcie jestem. Fantastyczny widok, wokół płaski teren, doskonale widać The Olgas i Mt Conner. Na samym szczycie zamontowana jest róża wiatrów, która wskazuje odległości do różnych widocznych wzniesień - Mt Conner jest w odległości 89 km w linii prostej. Schodzenie było łatwiejsze, wystarczyło na największej stromiznie uczepić się łańcuchów. Zmordowany padłem na lawkę.
Poszliśmy jeszcze wytyczonym szlakiem Mala Walk, by obejrzeć aborygeńskie malowidła naskalne. Może uznacie mnie za profana, ale nie zrobiły na mnie najmniejszego wrażenia. Po prostu bohomazy, jakby narysowane przez dzieci z przedszkola, chyba nie rozumiem sztuki, nawet tej prymitywnej. Cóż...
Opuszczając park minęliśmy parking zapchany znowu setkami osób czekających na zachód słońca, na powtarzający się codziennie spektakl. Nie zatrzymując się pojechaliśmy w kierunku Alice Springs. Zmrok dopadł nas w godzinę później, a ponieważ uznaliśmy, że dwie noce w samochodzie to wartość graniczna, wynajęliśmy cabin w zajeździe Curtin Springs (45 A$).
09.07.
Dojechaliśmy do Alice, samochód musieliśmy oddać do 13-ej. Zawieźliśmy bagaże do Melanka Hostel (już przed wyjazdem do Uluru zamówiliśmy nocleg, 48 A$) i pojechałem umyć auto. Wyczyszczonym samochodzikiem jechałem do wypożyczalni, gdy nagle rozpędzony Holden sprawił, że wyprawa zakończyła się fatalnie. Półciężarówka wbiła się w tył mojej Toyotki, masakrując zderzak i tylna klapę. Przeleciałem przez skrzyżowanie.
Toyota wyglądała nie za ciekawie, Holden zresztą też. Pojechaliśmy razem do wypożyczalni
zgłosić wypadek. Parę formularzy tylko po angielsku, stanowiło to spore wyzwanie, później wizyta na posterunku policji. Tu po zgłoszeniu wypadku, otrzymuje się numer sprawy, który potrzebny jest do ubiegania się o odszkodowanie (to na wypadek, gdyby komuś się takie coś przydarzyło, tfu, tfu...).
Wypożyczając auto, zdecydowałem się zapłacić dodatkowe ubezpieczenie (10 A$ dziennie), które znosiło moją odpowiedzialność za wypadki do 500 A$. I całe szczęście, że tak zrobiłem, w przeciwnym razie musiałbym odpowiadać do 3000 A$. Okazało się bowiem, że wypożyczalnia zablokuje na mojej karcie tę kwotę, pomimo, że wypadek był spowodowany przez kogo innego. Dopiero, gdy otrzymają zwrot z ubezpieczalni, 500 A$ trafi na moje konto nie prędzej niż za miesiąc. Wykupujcie ubezpieczenia - to moja rada na dziś.
Później krótka wizyta na dworcu autobusowym - kupiliśmy na jutro bilety na Greyhounda do Cairns (334 A$ za os. ze zniżką dzięki YHA/PTSM), jedziemy się wygrzać! Podroż potrwa ponad dobę, przerwiemy ją na jeden dzień w Townsville.
Na osłodę poszliśmy zwiedzić stacje latających doktorów Royal Flying Doctor Service (5,50 A$/os..), świetna sprawa. Najpierw 10 min film, potem zwiedzanie stacji i museum. Bardzo efektowne. Znużeni przygodami padliśmy jak kawki ok. 20-ej. Przed nami dłuuuuuga podróż.
List od czytelniczki z dnia 08.07.2002 (opublikowany za Jej zgodą)
Witam pięknie,
Przeczytałam wszystkie Wasze notatki - relacje "od dechy do dechy". Po prostu boskie.
Byłam w Australii na przełomie kwietnia i maja 2002 roku i do tej pory jestem pod wrażeniem tego kontynentu, ludzi którzy tam mieszkają. Zanim jednak wyjechałam przeżywałam dokładnie to samo co Wy, a wiec papiery, bilety i ... "studiowanie" Australii, wszędzie, gdzie tylko się dało.
Była to moja podroż życia. I nie ma w tym żadnej przesady. Absolutnie. Coś wspaniałego, cos pięknego. Życzę Wam dużo radości i zadowolenia z tej wyprawy.
Pozdrawiam serdecznie
Maria
Z Czerwonego Centrum do tropikalnych plaz 10.07
No to ruszamy. Z pełnymi plecakami ledwo doczołgaliśmy się na dworzec Greyhounda (albo równie dobrze, McCafferty's, obie te firmy jeżdżą razem). Jest już parę osób, czekają na ten sam autobus. Widać po przywieszkach na bagażach. Po check-in przy kontuarze obsługi dostaje się takie właśnie zawieszki, z nazwą miasta docelowego, by uniknąć pomylenia
trasy bagażu.
Ok. 14.30 podjeżdża wielki "coach" z firmy McCafferty's właśnie. Ładujemy nasze bagaże do komory pod autobusem i zajmujemy miejsca. Przekrój podróżnych, tak jak w Ghanie, pełen. Od nam podobnych wędrowców z plecakami, przez nobliwe małżeństwo, kilku samotników, po stara Aborygenkę z olbrzymią siatką pełną nie wiadomo czego.
Autobus rusza punktualnie. Jest przyjemnie, miejsca na nogi dosyć (więcej niż w autobusie, którym jechaliśmy do Frankfurtu). Po kilkunastu kilometrach jeden z dwóch kierowców włącza film na video, jakąś komedię o bejsbolistach, z braku laku zerkamy. Co parędziesiąt kilometrów autobus zatrzymuje się na stacjach benzynowych lub skrzyżowaniach; kierowcy dostarczają pocztę do skrzynek i produkty spożywcze do sklepów. Właśnie na stacji Shella, gdzieś w miejscu chyba bez nazwy, pozostawili parę ogromnych pudeł z napisem "Alice Springs Bakery" - świeży chlebek dla farmerów.
Jadąc, obserwujemy grupy Aborygenów wystających przy drodze w oczekiwaniu na im tylko znane zdarzenia. Przejazd autobusu wzbudza w nich wyraźny entuzjazm, może czekają na swoich. Wygląda to jednak dosyć przygnębiająco, ludzie ci są brudni i obszarpani, stanowią wyraźny kontrast na tle dostatnio odzianych i zadbanych białych współziomków.
Powoli zapada zmrok, jak powiedział kierowca przez system nagłaśniający: "Słońce zachodzi, kangury wychodzą na drogi". Niestety to prawda, co rusz przy drodze widać zmasakrowane kangurze zwłoki. Cóż, prawo buszu!
W zupełnych ciemnościach dojeżdżamy do Tennant Creek. To pierwsza stacja przesiadkowa. Autobus, którym podróżujemy, jedzie prosto do Townsville, nie musimy się o nic troszczyć, wyprostujemy tylko nogi i jedziemy dalej.
Podróżni zmierzający do Darwin, opuszczają pojazd, ich bagaże również. Niemal zaraz po naszym, na malutki terminal wtaczają się jeszcze dwa autobusy: jeden z Townsville do Darwin, do którego przesiadają się pasażerowie z naszego autobusu i drugi z Darwin, który przywiózł chętnych do podróży na wschodnie wybrzeże.
Podobnie jak na terminalach samolotowych, nie trzeba się zajmować bagażem, obsługa przeładowuje go do odpowiednich pojazdów.
Okazuje się, że w autobusie zostaje nas tylko kilkanaścioro. Reszta pasażerów podążyła na północ. Jest to nam bardzo na rękę, można się "rozwalić" na podwójnych siedzeniach, tym bardziej, że następny postój dopiero o 6.00 rano w Mt Isa. Kierowcy życzą dobrej nocy, więc - Dobranoc.
11.07
O 6.00 pobudka, jesteśmy w Mt Isa. Wysiadamy przy zajeździe, kierowcy przyjadą po nas za pół godziny, a sami jada przeładować towary do Brisbane, nieźle to wszystko zorganizowane. Jemy śniadanko (5 A$ za osobę, tostów i kawy do oporu) i dalej w drogę.
Dosiadają się kolejne osoby po drodze, robi się ciasno, co jakiś czas przerwy na siusiu (chociaż w autobusie jest toaleta, to tak w niej trzęsie, że lepiej nie ryzykować). I tak do wieczora.
Dupska nas już porządnie rozbolały, gdy po 28 godzinach docieramy do Townsville. Przerwa. Miła niespodzianka, nie musimy się nigdzie włóczyć z plecakami, na samym dworcu autobusowym - bardzo czystym i przyjemnym zresztą - jest schronisko YHA. Za 16 A$ od osoby (+ 10 A$ depozytu za klucz, tak jest prawie wszędzie) dostajemy miejsca w pokoju 6-osobowym, tę jedną noc przeżyjemy. W środku szok - schronisko jest sterylnie czyste, nowoczesne, pięknie urządzone, aż się wierzyć nie chce, gdy przywoła się przed oczy otoczenie polskich dworców!
Jest już ciemno, po 19.00. Kąpiel i wyskakujemy na miasto. Wyobraźcie sobie, jest bardzo ciepło, w nocy! Przyzwyczajeni, że po zapadnięciu zmroku robi się przeraźliwie zimno, nie możemy się nacieszyć. Recepcjonista w schronisku pokazuje nam, jak dotrzeć do niedrogich knajpek. I rzeczywiście, za niecałe 30 A$ pożeramy dwie wielkie, pyszne pizze i zapijamy to litrem wina. Śpi się po tym wyśmienicie.
12.07.
Wynosimy się ze schroniska. Autobus do Cairns mamy o 15.00, ale już rano robimy check-in, dzięki czemu pozbywamy się plecaków. Są tak ciężkie, że mój przekracza normę - 20 kg. Na szczęście nie muszę robić dopłaty - kończy się na nalepce HEAVY!
Zwiedzamy Townsville, jest bardzo ciepło i słonecznie, miasto piękne w palmach i innej zieleni. Czuć tropik, dżunglę i ocean. Z bezpłatnych gazetek dla "plecakowcow" mamy parę adresów i telefonów do rożnych kwater w Cairns. Najbardziej uśmiecha się nam np. cabin na polu caravaningowym, trochę jesteśmy już za starzy na bratanie się z nastolatkami w schroniskach. Przez telefon (nr bezpłatny 1800 8230) rezerwujemy cabin na polu w Clifton Beach (288 A$ za 7 nocy), modląc się by nie była to jakaś "kicha", nigdy przecież nie wiadomo. Cena atrakcyjna, 2-osobowe pokoje w schroniskach w Cairns kosztowały tyle samo, tzn. 40 A$ za noc.
O 15.00 ładujemy się do autobusu. Parę znajomych z podróży z Alice twarzy. Znowu film, znowu ból w kości ogonowej, ile do diabla można siedzieć!?
Dzielnie jednak znosimy te 5 godzin i po 20.00 jesteśmy w Cairns. Musimy się teraz przemieścić na przystanki autobusów lokalnych - informuje nas o tym miły gościu z Greyhounda. Jak królika z rękawa wyciąga plan miasta (tu wszędzie mają darmowe plany - rewelacja), rysuje szlak. Na szczęście to tylko parę ulic. Po drodze nasz wierny Woolworths, robimy zakupy na śniadanie. Autobusem firmy SUNBUS, za 5,95 A$ od łebka jedziemy do Clifton Beach, kierowca tak zasuwa, że pokonujemy drogę w 20 min. (wg rozkładu 35!).
Cabin już czeka, jest FANTASTYCZNA! Pełne wyposażenie, kuchnia, TV, klima, basen, żyć nie umierać! Miła osłoda końca dnia. Obsługa też milutka (jak tu wszędzie), padamy do łóżka.
13.07
Jest gorąco! Naprawdę gorąco! Cały Caravan Park w palmach, czuć powiew egzotyki, nad głowami latają papugi, skrzeczą strasznie. Jedziemy busem na zakupy do pobliskiego centrum handlowego, po wszystko, co będzie nam potrzebne przez najbliższe parę dni, w tym pyszne wino w 5-litrowym, tzw. casku (karton z workiem w środku, z kranikiem). To ponoć najlepszy kompromis miedzy jakością wina, a jego ceną.
Po południu plaża, piękna, z palmami, jak na pocztówkach. Ocean cieplutki. Przyda nam się te parę dni odpoczynku. Dotychczasowe tempo, które sobie narzuciliśmy, każda noc w innym miejscu, trochę nas zmęczyły. Nie będziemy jednak się tak całkiem lenić, we wtorek rano płyniemy statkiem na rafę, na snorkelling (nurkowanie z maską i fajką) a w czwartek do Kurandy. W jedną stronę zabytkowym pociągiem, z powrotem kolejką linową nad dżunglą. Przy okazji obejrzymy pokazy w wykonaniu zespołu Aborygenów, opowiadających o historii swojego narodu. Zapowiada się ciekawie.
W piątek, 19.07. jedziemy autobusem do Maryborough, stamtąd na Fraser Island, później już tylko Sydney i do domu. Szkoda, tyle jeszcze jest tu do zobaczenia.
21.07.2002 - Rozkosze i cuda
Pojawiamy się znowu!
Przepraszam za długi okres milczenia, ale spowodowały to przyczyny niezależne. Na naszym kempingu, czy może "caravan parku", średnia wieku mieszkańców wynosiła jakieś 70 lat. Nie było pewnie potrzeby instalowania łącza do Internetu, podobnie nie wytropiłem go w Clifton Beach. Nie miałem zatem możliwości pisania odcinków, bo wyprawa do Cairns w tym celu mogłaby mocno nadwerężyć mój budżet (bilet powrotny to wydatek 9,40 A$, do tego dosyć drogie łącze - 7 A$/godz.) Pojedynczo nie są to może wielkie kwoty, ale zbiera się, zbiera. Nie zasypiałem jednak gruszek w popiele, pilnie notowałem wydarzenia w notesiku i w głowie. Teraz nadrabiam zaległości.
Jesteśmy w Harvey Bay, niewielkim miasteczku, którego największą zaletą jest położenie - naprzeciw Fraser Island. Z tego względu stało się ono główną bazą wypadową dla grup i osób indywidualnych, zmierzających na tę największą na świecie wyspę zbudowaną prawie wyłącznie z piasku. My właśnie z niej wróciliśmy, jest niedziela, 21 lipca, godz. 16.30. (w Polsce 8.30.).
Było rewelacyjnie, ale może po kolei...
15.07
Dni słodkiego lenistwa... Obijamy się jak mało kto, wykorzystujemy każdą wolną chwilę na nic-nie-robienie, dużo go ostatnio nie zaznaliśmy. Korzystamy z uroków, jakie oferuje Clifton Beach, osada nad Pacyfikiem, gdzie palmy walczą o lepsze z potężnymi eukaliptusami, słońce parzy skórę, a czas płynie szybko, niezauważenie na tych rozkoszach.
Przez te dwa dni, które spędziliśmy na campingu zawarliśmy kilka miłych znajomości z bardzo uprzejmymi ... staruszkami. Okazało się bowiem, że większość mieszkańców tego miejsca to emeryci, przeważnie pochodzący z południa Australii. Spędzają tu każdą zimę, gdy temperatury w Melbourne czy Sydney spadają w okolice 10 C. Niektórzy spośród nich wykupili tu swoje stałe miejsca i mieszkają przez okrągły rok w przyczepach obudowanych potężnymi konstrukcjami z miejscem na ogródek, garaż dla auta. Taki znaleźli sobie sposób na życie i nikogo to nie dziwi. Widać jednak, że spragnieni są rozmów i towarzystwa, nie sposób wyjść do toalety, by nie przeprowadzić po drodze kilku pogawędek na temat pogody, planów podróży czy kraju, skąd się pochodzi. Trafiliśmy na zaledwie kilku Australijczyków, którzy się w tym kraju urodzili, większość z nich to ludzie, którzy trafili do tego kraju po II wojnie światowej: Szkoci, Anglicy, Austriacy i Niemcy. Ci ostatni zwłaszcza chyba nawet czyhali na nas by pogadać po niemiecku. W naszej nienajlepszej angielszczyźnie słychać ponoć wyraźny, niemiecki akcent (oboje znamy dobrze ten język, pewnie naleciałości w wymowie sprawiają, że brzmi germańsko). Chętnie rozmawiamy, można się sporo dowiedzieć o tutejszych obyczajach.
Nasz camping jest też prawdziwą rewią mody, jeżeli chodzi o samochody terenowe. Naprawdę z rzadka można znaleźć zwykłe auto, przytłaczająca większość to niesamowicie wypielęgnowane, nowe modele terenówek, ze szczególnym uwzględnieniem nowej TOYOTY Landcruiser. Jest na co popatrzeć, dziadziusiowie pieszczą autka, nasuwają na noc pokrowce, czyszczą oponki. Przykro pomyśleć o tym, jaki żywot pędzą nasi emeryci, którzy chyba nie mniej ciężko pracowali przez całe życie, a na starość zamiast półrocznych wczasów w nowoczesnej przyczepie kempingowej, ciągniętej przez super autko mają tylko upokarzającą walkę z biedą i choróbskami.
Rozmawiamy o tym wszystkim na plaży, na basenie. Jest tak niesamowicie przyjemnie, że wydaje się, iż tak będzie trwało wiecznie. Ale nie ma tak dobrze, niedługo powrót do prozy życia i codziennych obowiązków. Przedtem jednak czeka nas parę jeszcze przygód - jutro płyniemy na rafę koralową.
Dobrze, że coś zaczęło się dziać, bo dwa dni bezruchu, mimo swego niewątpliwego uroku, spowodowały we mnie uczucie niedosytu. Nie przemieściliśmy się ani o kilometr, nie poznaliśmy nowych miejsc. Śpimy w tym samym miejscu - coś jest nie tak!
16.07
Wyprawę na rafę zabukowaliśmy już w niedzielę. Jest tylu chętnych, że 48 godzin to minimalne wyprzedzenie, z jakim przyjmowane są zapisy. W biurze na campingu pełen wybór ofert, kolorowe foldery z cenami i szczegółowym opisem dnia. To uczciwe podejście do sprawy. Myślę, że wymusił je rynek, w momencie gdy wykupiona wycieczka nie jest zgodna z ofertą, można ją reklamować, co przysparza sporych kłopotów tour-operatorowi. Klient jest tu panem i czuć to na każdym kroku.
Maszyna turystyczna kręci się bez przerwy, oferty są na wyciągniecie ręki, tylko korzystać. Wybieramy wycieczkę z firma Compass, za 60 A$ (+ 5 A$ podatku na ochronę rafy) od osoby. O 7 rano podjeżdża busik, kilka miejsc już zajętych. Po drodze do Cairns przejeżdżamy przez kilka innych miejscowości, z każdej z nich zabierając kolejnych amatorów nurkowania czy snorkellingu. W końcu docieramy do portu.
Statek o nazwie takiej jak firma, czyli Compass jest już pełen. Wyluzowany, uśmiechnięty szef załogi wita na pokładzie. Cały personel to bardzo młodzi ludzie. Jest ich chyba ośmioro, czy coś koło tego. Pasażerów ponad pięćdziesięciu. Cumy na statek i wypływamy. Ocean jest spokojny (chociaż Pacyfik :) ), słońce przygrzewa, zapowiada się piękny dzień.
Dopełniamy formalności - do wypełnienia mamy formularz o przebytych chorobach, które mogą mieć wpływ na nas w czasie wycieczki. Wszystko z nami OK, pozostało zapłacić za wyprawę (recepcja na campingu pobrała tylko zaliczkę) i tu sztywnieję - w portfelu 5 dolarów! W Australii w powszechnym użyciu są karty kredytowe, zapomniałem wypłacić gotówki. Brzmi to trochę tak "światowo", ale jest faktem, wielu czynności, np. wypożyczenia auta, nie można przeprowadzić bez karty. Nasza załoga jest jednak na to przygotowana - ręczna maszynka do kart robi odbitkę i po kłopocie. Dostajemy maski, płetwy i fajki (nurkować można tylko z licencją, nie posiadamy jej, pozostaje snorkelling). Welcome onboard!
W planie mamy dzisiaj odwiedzenie rafy w dwóch punktach, lunch i tajemniczy "boomneting". Na zdjęciu w folderze widać, jak kilkanaście rozradowanych osób, zanurzonych w kilwaterze za statkiem macha rękoma ze szczęścia. Postanawiam zapisać się na tę przyjemność. Później jeszcze krótki briefing. Wszystko w żartobliwym, luźnym tonie, co można robić, a czego nie. Generalna zasada: niczego nie dotykać, nie urywać, to nic się nie stanie! Po ok. 1,5 godz. docieramy na rafę. Wyobrażałem sobie, że jest to jakaś wystająca ponad powierzchnię wody formacja, tymczasem otacza nas gładki ocean, turkusowo - szafirowy. Lekko zawiedzeni nakladamy rynsztunek i z bocznej platformy - hop do wody. Jak nam wytłumaczono, do rafy trzeba dopłynąć jakieś 50 m, później maska w dół i obserwacje. Miałem już kiedyś okazję pływać z fajką w Chorwacji, nie jest to dla mnie sztuka. Jednak Justyna jest przerażona, za nic nie może przemóc uczucia, że gdy zanurzy twarz to nie będzie mogła oddychać. Postanawia poćwiczyć przy statku, ja płynę. Zanurzam twarz i .... doznaje szoku. To co znajduje się pod wodą, przerasta moje najśmielsze oczekiwania. Nagle poczułem się, jakbym wpadł do jakiegoś gigantycznego akwarium, z miliardem ryb i fantastycznych podwodnych roślin, dziwacznych stworzeń i bujnej, nieziemskiej roślinności. Robię chyba głupkowatą minę. Ryby widzą to mimo maski i zaciekawione podpływają, obserwują, co za dziwny stwór zawitał do ich królestwa. Jest ich naprawdę niepoliczalna ilość. Od maleńkich, takich akwariowych jakie znamy, przez większe, "jeziornych" gabarytów, po grzmoty wielkie jak pół samochodu. Feeria kolorów, to za mało powiedziane, by opisać wszystkie ich barwy. Szafirowe, żółte, czerwone, tęczowe, pomyśl sobie jakiś kolor, na pewno taki był tam również.
Z twarzą pod wodą obserwuję życie toczące się w tym cudownym systemie. To taki świat w miniaturze. Widzę jak małe rybki gonią się zabawnie, później większa pożera mniejszą, uciekając za chwilę przed potężnym konkurentem. Ryby obgryzają koral, roślinki, które tworzą podwodny las z drzewami, poszyciem i krzewami. Wszystko w fantastycznych barwach. Mój kołkowaty język nie jest w stanie opowiedzieć o tym cudzie. Wygląda to, jakby ktoś o wyobraźni przekraczającej nasze pojęcie postanowił się zabawić w grę "Kto wynajdzie więcej kształtów i kolorów". Filmy które widziałem na Discovery, optycznie są bliskie prawdy, ale będąc tam, mając rafę na wyciągniecie ręki jest się w innym świecie, którego nie można przekazać, trzeba w nim być i czuć.
Niechętnie wracamy na statek. Każdy z wycieczkowiczów chętnie zostałby jeszcze w wodzie. Pocieszamy się faktem, że będziemy jeszcze pływać w innym miejscu.
Podano lunch - rozmaitości mięsno-sałatkowe. Wygłodzona ekipa rzuca się na stół, znika wszystko błyskawicznie, ale o dziwo dla wszystkich starcza. W tym czasie przepływamy na inna część rafy, drugie nurkowania. Tym razem dodatkowa atrakcja - ponoć w tych wodach można spotkać żółwie morskie, zobaczymy. Nie przeszkadzają nam dosyć pokaźne fale, słona woda wciskająca się do masek. W tej grze kolorów nie ma miejsca na takie pierdoły. Zmęczeni, ale pod potężnym wrażeniem wracamy na statek. Nie udało się spotkać żółwia. Ktoś opowiada, że go widział, szczęściarz.
Płyniemy z powrotem. Chłopak z obsługi z tajemniczym uśmiechem zaprasza na boomneting, idziemy na rufę. Dostaję do ręki kawałek sieci splecionej z grubych lin, obok mnie inni ochotnicy, wskakujemy do wody. Nagle statek, jak dźgnięty ostrogą gwałtownie przyspiesza, sieć nieomal wyrywa nam ręce. Ciągnięci przez potwora nie możemy oddychać, masy słonej wody wtłaczają się do gardła. Ręce potwornie bolą. Czuję, że rozciągnęły mi się tak, że po powrocie będę mógł wiązać sznurowadła bez schylania się. Po kolei odpada kilka osób, wyławia ich płynąca za statkiem motorówka. Jestem trochę bliżej statku. Zapieram się nogami o sieć i dzięki temu trwam nadal w tym szalonym pędzie. Nurt wody jest tak potężny, że jednej z dziewczyn dosłownie spłukuje majtki, co wzbudza wielką radość na statku. Wreszcie koniec. Teraz wiem, że to co wziąłem za radość na zdjęciu to było przerażenie, a biedni ludzie krzyczeli o pomoc!
W czasie powrotu robią się coraz większe fale, statek płynie szybko, strasznie kołysze. Siedzimy na pokładzie, turla nas od burty do burty. Część osób na statku zapadła na chorobę morską. Przed toaletami kolejki, ludzie "haftują" w chustki i ręczniki. My zaś, z błogimi minami popijamy winko i opychamy się serem, krakersami i owocami, tak na pożegnanie w poczęstunku od załogi.
Cały dzień na statku odciska na nas swój ślad, gdy busik odwozi nas na camping, ledwo powłóczymy nogami. Reszta wina z "casku" usypia nas na siedząco.
18.07
Tym razem podjechał elegancki, duży autokar wycieczkowy. Kolejna zabukowana w recepcji wycieczka, to przejazd do Kurandy, miasteczka opodal Cairns. Nie byłoby w tym może atrakcji, gdyby nie środki transportu. W jedną stronę pojedziemy starym pociągiem, z pietyzmem odrestaurowanym do stanu z początku XX w., z powrotem ruszymy w dół, ku oceanowi, długą na 7,5 km kolejką linową.
Wczoraj regenerowaliśmy siły po wypadzie na rafę. Moje ręce były bliskie odpadnięcia. Zrobiliśmy sobie długi spacer wzdłuż plaży, dochodząc do końca zatoki, nad którą leży Clifton Beach. Nie dziwię się staruszkom z Melbourne, że tak chętnie tu przyjeżdżają, trudno oprzeć się urokowi i spokojowi tego krajobrazu. Wysilałem też wczoraj moją kiepską angielszczyznę, żeby porezerwować następne etapy naszej wyprawy - autobus do Harvey Bay i wypad na Fraser. Chyba mnie zrozumieli, chociaż przez telefon nie było prosto.
Teraz, jadąc autobusem na dworzec we Freshwater, skąd odchodzi pociąg do Kurandy, szkoda nam myśleć, że już dzisiaj, trochę przed północą opuścimy Clifton Beach. O 1 w nocy z terminala w Cairns zabierze nas na południe coach McCafferty's.
Utrzymany w stylu retro dworzec robi wrażenie. W kasie dostajemy bilety na wszystkie dzisiejsze atrakcje, oprócz pociągu i kolejki obejrzymy jeszcze pokazy kultury Aborygenów w Tjapukai - centrum aborygeńskim przy końcu kolejki linowej SKYRAIL (całość 106 A$/os.). Wtacza się pociąg - jest piękny. Drewniane wagony, w środku zamiast jarzeniówek piękne lampy, szerokie, czteroosobowe siedzenia. Skrzypiąc rusza po torze, pnąc się dzielnie pod górę. Trasa pociągu jest bardzo pokręcona, na zakrętach można podziwiać całą wstęgę wagonów wyginającą się z wdziękiem. Mijamy kolejne tunele, podziwiając przez okna piękne widoki na pozostający w dole ocean, na kaniony i urwiska, których skrajem wiedzie tor. Największy entuzjazm wzbudza przejazd przez niewiarygodnie wysoki most, po którego jednej stronie pnie się strome zbocze, natomiast po drugiej jest tylko przepaść. Na jednej ze stacji pociąg zatrzymuje się na 15 min. Można wysiąść i chłonąć widoki, kolejne niezapomniane.
Docieramy do Kurandy, która fatalnie nas rozczarowuje. Spodziewaliśmy się urokliwego miasteczka, tymczasem jego zabudowę stanowią ciągi sklepów ze wszystkim, co można sprzedać turyście - pamiątkami, jedzeniem, lodami, napojami i wszelkim chłamem. Szeroko reklamowany targ z wyrobami rękodzielniczymi okazuje się zlepkiem kilkunastu straganów zalanych podobnymi "rękodziełami" jak w sklepach. Jest tylko kilka stoisk z biżuterią z opali, to robi wrażenie.
Na błąkaniu się po ulicach spędzamy czas do 14.00, wtedy odjeżdża nasza kolejka linowa. Potężny kontrast. Z pociągu retro przesiadamy się do nowoczesnej, oddanej do użytku przed kilkoma laty, kolejki. Prawie całkowicie przezroczyste wagoniki zapewniają wspaniałą widoczność na rozciągające się poniżej lasy deszczowe. Wagoniki majestatycznie suną nad dżunglą tropikalną - morze zieleni jest nie do ogarnięcia. W czasie trasy przewidziane są dwa postoje, można wysiąść z wagonika i specjalnie przygotowanymi trasami przejść się pośród roślinności tropików i rzucić okiem na kanion z wodospadami ułożonymi kaskadowo.
Z głową nabitą kolejnymi widokami zjeżdżamy na dół. Dosłownie 100 m od terminalu kolejki znajduje się Tjapukai, aborygeńskie centrum kultury. Do tej pory nasze kontakty z Aborygenami ograniczyły się do kilku spotkań w Alice Springs i, delikatnie mówiąc, nie zrobiły na nas najlepszego wrażenia. Brudni, zniszczeni i pijani wystawiali nie najlepsze świadectwo swojej kulturze. Centrum sprawiło wrażenie zgoła odmienne. Na wstępie obejrzeliśmy przedstawienie z udziałem aktorów, animacji komputerowych i innych efektów, opowiadające legendę o powstaniu człowieka w Australii. Choć opowieść była momentami niezrozumiała, momentami infantylna, oglądało się ją z zaciekawieniem, jej plastyczność przemawiała do wyobraźni. Gwoździem programu był występ grupy tancerzy aborygeńskich, na przykrytej dachem scenie, na której w czasie występów rozpalano ogień za pomocą drewienek, inscenizowano polowanie na kangury i odśpiewano pieśń o pokoju. Robiło to wrażenie, chociaż trąciło trochę "Cepelią", takim mięskiem rzucanym na pożarcie wszystkożernym turystom. Strawiliśmy to jednak gładko i nie bez przyjemności. Po pokazach rzutu dzidą i bumerangiem, w których można było wziąć czynny udział, pozostał jeszcze wstrząsający w swej wymowie film na temat historii Aborygenów, od pierwszych śladów pochodzących sprzed 40 tys. lat po czasy teraźniejsze, gdy ludzie ci, wyniszczeni przez działalność białych żyją w ubogich enklawach gdzieś w australijskim Outbacku, bez żadnego praktycznie wpływu na życie państwa.
Powróciliśmy na camping zmęczeni, ale ze smaczkiem podróży w ustach. Dzisiaj jeszcze wyruszaliśmy dalej. Spakowani z żalem opuściliśmy naszą cabin, gdzie było tak przyjemnie i ostatnim autobusem wyruszyliśmy do Cairns. O 1.00 autobus ruszył z Cairns. Był pełen, mogliśmy zapomnieć o rozwaleniu się na podwójnych siedzeniach. Mimo ciasnoty dało się jakoś zasnąć. Tym razem trasa przebiegała wybrzeżem. Autobus często zatrzymywał się, kolejni ludzie wsiadali i wysiadali. Spędziliśmy w tym pojeździe najbardziej męczące 24 godziny w czasie naszej podroży. Na myśli miałem tylko skrót SABENA - Such A Bloody Expirience Never Again.
O 1.30 nad ranem w sobotę (20.07) dojechaliśmy do Harvey Bay. Nie było co robić, o 7.00 byliśmy umówieni na lotnisku, skąd mieliśmy przelot na Wielka Wyspę Piaszczystą. Rozłożyliśmy śpiwory na ławkach i zakosztowaliśmy uroków snu pod gołym niebem, było zimno...
Taksówką (15 A$) pojechaliśmy na lotnisko. Przez telefon, jeszcze w Clifton Beach zabukowaliśmy sobie wyprawę w firmie Air Fraser Island. Za 190 A$ od osoby mieliśmy zagwarantowany przelot na wyspę, wynajem na dwa dni samochodu terenowego (tylko takie mogą się tam poruszać), sprzęt campingowy i powrót. Doszło do tego niestety 38,8 A$ za zezwolenia na jazdę i biwakowanie na wyspie. Maleńka, 6-osobowa Cessna poniosła nas i parę Irlandczyków ku wielkiej przygodzie. Lot trwał ok. 10 min. i po tym czasie wylądowaliśmy na plaży na wyspie. Robiło to niesamowite wrażenie, pas oceanu i to naturalne lotnisko, po którym równocześnie poruszają się jak po autostradzie samochody. Pilot zaprowadził nas na parking, załadował do auta sprzęt na biwak, gorący uścisk dłoni i mogliśmy wyruszać. Jeszcze tylko zakupy spożywcze i małym Suzuki Jimny wytoczyliśmy się na plażę.
Pogoda była kiepska, zaczęło padać. Nie przeszkadzało nam to w rozpoczęciu największej przygody w czasie naszej wyprawy. Cóż może być piękniejszego od gnania 100 km/h szeroką, prawie 100 metrową plażą, w poczuciu całkowitej wolności i swobody? Zaopatrzeni w mapy ustaliliśmy sobie wcześniej marszrutę i pędziliśmy na północ, zwalniając od czasu do czasu przy pokonywaniu przecinających plażę strumieni. Pierwszy postój przy Eli Creek, szerokim strumieniu, wzdłuż którego wybudowany jest drewniany chodnik. Można przejść tym chodnikiem ok 250m w głąb wyspy i następnie zanurzywszy się w krystalicznie czystej, chłodnej wodzie spłynąć wartkim nurtem do oceanu. Co też skwapliwie uczyniliśmy, rewelacyjne wrażenia.
Po tej odświeżającej kąpieli dalsza podróż po plaży, tym przyjemniejsza, że im dalej przemieszczaliśmy się na północ, tym pogoda stawała się ładniejsza i wreszcie zza chmur wyjrzało słońce. Później postój przy wraku liniowca "Maheno", który urwał się z holu w drodze na złom i postanowił dokończyć żywota na piachu wyspy, stanowiąc od tej pory atrakcję turystyczną. Obowiązkowe parę fotek i odjazd, tym razem w głąb wyspy.
Piaszczystą drogą, z głębokimi koleinami, wyrzeźbionymi przez znacznie większe od naszego pojazdy, jechaliśmy nad jezioro Gawongera. Parę razy, widząc potężne hałdy piachu miałem chwile zwątpienia, ale nasz niepozorny samochodzik radził sobie nadspodziewanie dobrze z pokonywaniem przeszkód. Tym niemniej, 8 kilometrowa trasa zabrała nam prawie godzinę mozolnego przedzierania się.
Nagrodą było piękne, małe jeziorko, kryształowa woda i tak niewiarygodna cisza, że trudno było oprzeć się wrażeniu, że ktoś wyłączył dźwięk. Mijając pędzące w obydwu kierunkach samochody, zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Na wyspie można swobodnie, poza kilkoma miejscami, biwakować, postanowiliśmy więc nie korzystać z campingu. Wreszcie upatrzyliśmy sobie zaciszne miejsce za wydma i rozbiliśmy tam namiot. Z szerokiej autostrady pozostał wąski pas piasku, którym raz po raz przemykały jeszcze auta.
Zbierając w pobliżu obozowiska drewno, przypomniałem sobie szczenięce lata, obozy harcerskie i czasy, gdy przy ognisku przemijały najszczęśliwsze chwile. Każdy ma chyba takie wspomnienia, z magicznych momentów przy płonącym ogniu. Jest jakaś siła pierwotna, która ciągnie nas do ognia i po raz kolejny przekonałem się o tym, patrząc jak przy brzegu Pacyfiku plonie drewno, słyszałem szum fal i widziałem na niebie gwiazdy i Księżyc. Mieliśmy wszystkie żywioły przed sobą, Fraser Island pozwoliła nam przybliżyć się do natury na wyciągniecie ręki. Tak od tego momentu zacząłem postrzegać tę wyspę. Mimo setek samochodów przemierzających ją wzdłuż i wszerz stała się dla mnie ostoją czystej natury, z wodą pitną w strumieniach, szafirowym oceanem i nieskazitelnie czystym, słonecznym piaskiem.
Przesiedzieliśmy przy ognisku kilka godzin, gotując jedzenie z puszek, smażąc chlebek i ciesząc się tymi chwilami. Rano, tuż po wschodzie słońca (nie tak źle, ok. 7) ruszyliśmy dalej poznawać ten niezwykły skrawek ziemi. Na Indian Head, wysokiej skale stromo wznoszącej się nad oceanem, mieliśmy okazję podziwiać kolejne w czasie tej wyprawy widoki, których nie zapomnimy nigdy. Piszę tak za każdym razem, ale na równi z Great Ocean Road i Uluru, rafą koralową i Kanionem Królewskim nie widziałem nigdy nic doskonalszego. Później spenetrowaliśmy jeszcze Champagne Pools, z maleńkimi lagunami wprost zapraszającymi do kąpieli, Waddy Point, do którego wiodła droga przez las, tak ciężka, że Suzuki zakopał się parokrotnie. W końcu plażą dotarliśmy prawie na koniec, liczącej ok. 130 km długości, wyspy. Czas mijał nieubłaganie i wiedzieliśmy już, że aby zobaczyć choć połowę cudownych miejsc na wyspie, musielibyśmy spędzić tu co najmniej tydzień. Ale nawet rok tu spędzony mógłby dostarczyć niezapomnianych wrażeń.
Ruszyliśmy z powrotem na południe. Chcieliśmy jeszcze przed powrotem na stały ląd obejrzeć największe jezioro na wyspie - Lake Mc Kenzie. Ciężkie 12 km przez piach doprowadziło nas do jeziora o białym piasku na brzegu i wodzie tak przejrzystej, że wydawała się nieprawdziwa. Niestety było tam też dużo rozwrzeszczanych turystów, którzy nie czuli chyba magii tej wyspy. Rykiem zagłuszali chyba ból własnej głupoty. Nie potrafię zrozumieć potrzeby zaznaczania swojej obecności wrzaskiem, tym bardziej w otoczeniu tak spokojnym jak wszystkie miejsca na Fraser Island. Uciekliśmy stamtąd. Czas był zresztą najwyższy, o 15.00 odlatywał nasz samolocik. Z żalem oddaliśmy wiernego Jimniego, spisał się na medal. Zapakowaliśmy się do Cessny i po paru minutach powróciliśmy z wyspy marzeń na stały ląd, z solennym przyrzeczeniem, że jeszcze na Fraser wrócimy.
Resztę już znacie. Czekamy teraz w Harvey Bay na autobus do Sydney, na kolejne prawie 24 godziny męczarni przed ostatnim już etapem naszej wyprawy.
Ostatni dzień 24.07
Przysłowie: "Wszystko, co dobre, to się dobrze kończy" zmieniłbym na: "Wszystko, co dobre, to się szybko kończy".
I tak właśnie, szybko i prawie niezauważenie, kończy się nasza wyprawa do Australii. Siedzimy w kafejce internatowej na parterze schroniska YHA Central w Sydney, gdzie mieszkamy, jest 21.00 (13.00 czasu polskiego) i mamy świadomość, że przed nami tylko jedna noc w Australii.
Do Sydney dotarliśmy w poniedziałek przed północą, po prawie 24 godzinach podroży autobusem z Harvey Bay do Brisbane i z Brisbane do Sydney. Chociaż trafiliśmy wreszcie na prawie nowy autobus Greyhounda (do tej pory zawsze podjeżdżały nieco starsze maszyny należące do McCafferty's), który był bardziej komfortowy i obszerny, to jednak podroż dopiekła nam nieźle. Tyłki mamy obolałe do dzisiaj. W naszej podróży tak się do tej pory zdarzało, że po jakichś wyrzeczeniach, zawsze trafiała nam się nagroda. Tak było i tym razem. Schronisko Sydney Cental YHA to naprawdę strzał w 10-tkę, jeżeli chodzi o zakwaterowanie. Położone o niespełna 100 m od dworca Central, na którym zatrzymują się autobusy i pociągi (i skąd, co ważne, odjeżdżają na lotnisko), nowoczesne i sterylnie czyste, z basenem i kawiarnią. Za te wszystkie przyjemności trzeba wprawdzie zapłacić (30 A$/os. we wspólnym, 4 lub 6-osobowym pokoju), ale wszystko ma się pod ręką. Pokój rezerwowaliśmy przez Internet (www.yha.com.au) i okazało się, że system przydzielił nas do dwóch rożnych pokoi. Obsługa na miejscu zmieniła to w ten sposób, że pierwszą noc spędziliśmy w czwórce, z dwoma innymi "plecakowiczami", na pozostałe dwie dostaliśmy za to "dwójkę" bez żadnej dopłaty. Czy nie można uznać tego za szczęśliwy omen?
Wtorek, 23.07. spędziliśmy na zwiedzaniu centrum Sydney. Będąc w tym mieście zaraz po przylocie jeden dzień, nie dało się prawie nic zobaczyć. Teraz zaczęliśmy również od Circular Quay, z położoną tuż obok Operą i widokiem na Harbour Bridge. Wydaje się, że to mały skrawek ziemi, ale spędziliśmy tam cały dzień. Pogoda dopisała, było ciepło i słonecznie. Jak na środek zimy, to nic do zarzucenia. Dżinsy i koszulka polo, to właściwy strój na tę porę roku w Sydney. Weszliśmy na most, by podziwiać panoramę miasta (5 A$/os wejście na pylon mostu), obeszliśmy dzielnicę The Rocks, z najstarszymi budynkami w mieście. Wreszcie poczekaliśmy na zachód słońca, by sfotografować operę i most w nocnej szacie, podświetlone i tajemnicze.
I o ile Harbour Bridge prezentował się całkiem okazale, to Opera nas zawiodła. Podświetlenie było bardzo mizerne, zaledwie parę reflektorów. Cały budynek prezentował się nieciekawie. W każdym razie, urok tego miasta sprawił, że zakochaliśmy się w nim. Widzieliśmy sporo australijskich, większych i mniejszych, miast, jednak to właśnie Sydney zrobiło na nas największe wrażenie. Melbourne poznaliśmy z lotu ptaka i (przynajmniej z tej wysokości) wydało się nam mało przyjazne i obce. Adelajda jest pięknym miastem, takim, w którym chciałoby się zamieszkać, ale równocześnie sprawia wrażenie mało dynamicznego i "światowego". Cairns trąci nieco turystyczną komercją, a Brisbane oglądane z okien autobusu odpycha betonem wylanym na plaże. To będąc w Sydney, mając w zasięgu wzroku budowle, które zna cały świat, widząc tłum ludzi poruszający się z gracją, a równocześnie ze sporym wdziękiem i luzem, czuliśmy prawdziwy klimat metropolii. Czujemy go nadal, spacerując po George St., Chinatown czy Darling Harbour.
Zrobiliśmy sporo zakupów, przede wszystkim drobiazgów dla rodziny i znajomych. Bogactwo upominków przeraża, chciałoby się wziąć to wszystko ze sobą, czy to szmirowate kangurki z pluszu, czy bogato zdobione wyroby sztuki aborygeńskiej. Szkoda, że bagaż może ważyć tylko 20 kg ...
Pożegnanie z Australią urządziliśmy sobie nietypowo, bo w Chinatown, gdzie zjedliśmy pyszną kolację w jednej z knajpek ze stolikami na ulicy. To ostatni wieczór, który spędzaliśmy sami, bo na następny, ten naprawdę ostatni, mieliśmy już inne plany.
zisiaj obejrzeliśmy dokładnie drugą część centrum, Darling Harbour z prześlicznym centrum handlowym Harbourside, parkiem dla dzieci i naprawdę rewelacyjnym Ogrodem Chińskim (4,50 A$/os). Chińskie wpływy w Australii są widoczne na każdym kroku, społeczność imigrantów z Kraju Środka jest bardzo liczna (żartowaliśmy, że na ulicy czujemy się jak w Hongkongu, tylu tu Azjatów) i odciska swoje piętno na tym kraju. Ogród Chiński został zaprojektowany przez najlepszych specjalistów od zagospodarowania terenów zielonych w Chinach. Jest to prawdziwa oaza spokoju w centrum tętniącego życiem miasta, przepięknie urządzona i utrzymana. Nie mogliśmy stamtąd wyjść przez dwie godziny, robiąc mnóstwo fotek i sycąc się harmonią i równowagą tego magicznego miejsca.
k. 17.00 spotkaliśmy się przy dworcu Central z Panią Teresą i jej mężem Krzysztofem. Pisałem o tym na początku relacji. Pani Teresa pracuje w wypożyczalni samochodów BRITZ, z której wynajęliśmy pojazd na pierwszy etap naszej podróży po Oz. Wtedy umówiliśmy się na spotkanie po naszym powrocie do Sydney i - udało się. W pubie opodal centrum spędziliśmy razem kilka godzin, rozmawiając, jakbyśmy znali się od wieków. Będziemy bardzo miło wspominać ten wieczór. Mam nadzieję, że kontakt nawiązany w ten nieco nietypowy sposób zostanie podtrzymany i dane nam będzie spotkać się jeszcze nie raz, czy to w Oz, czy w Polsce.
Kończy się nasza wielka, australijska przygoda. To jednak nie koniec moich relacji. Pisząc te słowa, często "na chybcika", gdzieś po drodze, poruszałem w nich sprawy, które akurat przyszły mi na myśl, wiele ważnych rzeczy pomijając. Dopiero później, czytając już na WSW opublikowane odcinki, zauważałem, że nie napisałem o wielu ciekawych, czasami ważnych, czasami błahych wydarzeniach.
Nie napisałem o staruszkach przegrywających swe renty w kasynie w Adelajdzie, o upierdliwych młodych Australijczykach w autobusie, o pechu związanym z zabieraniem czegokolwiek z Uluru, o psach dingo na Fraser Island i na pewno o wielu innych rzeczach.
Postaram się naprawić swoje niedociągnięcia po powrocie do Polski, wtedy zrobię też podsumowanie "statystyczne": co, gdzie, kiedy i za ile.
Cokolwiek mógłbym jeszcze napisać, zrobię to na Wasze życzenie, dajcie znać, postaram się nie pominąć tego w końcówce relacji. Poskanuję też zdjęcia, których zrobiłem do dzisiaj 16 rolek, zobaczyć będzie można nas w czasie naszej Oz-przygody.
Jutro, o 15.40 (7.40 w Polsce) wylatujemy do Frankfurtu. Trzymajcie kciuki.
Kończę, bo zamykają kafeję, pa, i do zobaczenia po powrocie
Cześć Justyno, bywaj Radku, a właściwie ... do zobaczenia!
Czekam na Wasze SMSy, z Singapuru i z Frankfurtu, i na dalsze obiecane uzupełnienia i podsumowania relacji z tych 8000 km szlakami i bezdrożami Krainy Oz (która naprawdę istnieje).
I polegaj tu na profesjonalistach!? Karen, Travel Consultant, powiedziała onegdaj, że to, czego Wy właśnie dokonaliście, jest zamiarem nierealistycznym. Nie wzięła chyba pod uwagę tego, że "Polak potrafi".
Wsiadając jutro do samolotu, tylko fizycznie i tylko tymczasowo, opuścicie Australie. Od tej szalonej, 30-dniowej podróży, Wasza przygoda z krajem Nisko-Pod-Spodem (Down Under) dopiero się zaczęła. Zostaliście namagnesowani. Już po kilku tygodniach, gdy tylko nacieszycie się rodziną i przyjaciółmi, magnetyczna siła Oz da o sobie znać. Jej moc podobno nie maleje z czasem, a wręcz odwrotnie. Jej działanie przejawia się podobno bardzo rożnie. Jedni popadają w nostalgiczną zadumę nad albumami zdjęć, inni gorączkowo planują kolejne podróże, jeszcze inni głoszą ozologię każdemu, kto tylko chce tego słuchać lub piszą biznes plan założenia małego zoo, z croc'ami i papugami. Są tacy, którzy kupują w pobliskim sklepie bułgarskie czerwone wino, w domu szybko przelewają je do butelki z australijską naklejką (albo do casku) i dopiero wtedy im smakuje. Podobno w wielu krajach świata, w tym również w Kraju nad Wisłą i Wartą (!!), nierzadko spotkać można ludzi, którzy codziennie, wczesnym rankiem, pośród rosy i mgły (a czasem i śniegu), ćwiczą w miejskich parkach i na skwerach, rzut bumerangiem. Od czasu do czasu, we mgle rozlega się głośny okrzyk bólu, nie pozbawiony jednak nuty satysfakcji oraz pewnego zdziwienia. Rzut się udał #*#*@@!!??
Cala Wasza podroż, Wasz pobyt w Adelajdzie, Wasz wkład w rozwój tej stronki, był dla mnie nie tylko eksperymentem, ale również przeżyciem wewnętrznym i wielką radością. Wasze fizyczne zaistnienie tutaj było kolejnym dowodem na to, że WSZYSTKO JEST MOZLIWE, że świat się nie kończy na Cabo da Roca. Jeśli dotarłeś do krańca Europy, to sygnał, że trzeba spróbować spojrzeć poza ten nowy horyzont. I tak właśnie się stało w Waszym przypadku.
Darz Bór
Stan
Juz w domu 29.07
Nie mogę uwierzyć, że to już naprawdę koniec. Jeszcze lecąc samolotem, czy czekając na autobus, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Kiedy plecak leżał w pobliżu, a bilety sterczały z kieszeni, nie czułem zbliżającego się nieuchronnie momentu powrotu do szarej rzeczywistości. No, ale stało się.
Ostatnia noc pod australijskim niebem upłynęła nam spokojnie. Pomimo świadomości czekającej nas podróży przez pół świata, spaliśmy jak susły. Punktualnie o 10.00 (check-out time) wyruszyliśmy na dworzec. Na całe szczęście jest on położony w odległości jednej przecznicy od schroniska, inaczej nie wiem, jak doczłapalibyśmy się tam z naszymi plecakami. Jadąc przez Australię z każdego miejsca zabieraliśmy foldery i reklamówki, po części z racji skrzywienia zawodowego (reklama), po części z ochoty, by mieć pamiątki z miejsc czy wydarzeń, w których braliśmy udział. Uzbierało się tego z 5 kg, do tego doszły upominki dla rodziny, znajomych, wreszcie dla nas samych. Doszliśmy jednak do perfekcji w pakowaniu bagażu i ocenie jego ciężaru, było to przecież istotne przy jeżdżeniu Greyhoundem/McCafferty’s, tam limit ciężaru jednej sztuki bagażu to również 20 kg, jak w samolocie.
Na lotnisku, na które dojechaliśmy pociągiem z dworca Sydney Central (linia Airport – McArthur, 10,40 A$/os, cztery przystanki) okazało się, że mój plecak waży 20,5 kg, Justyny 19,5 kg, mieścimy się więc idealnie w limicie. Całe szczęście, że przy odprawie nie ważą bagażu podręcznego. W małych “samolotowych” plecaczkach upchnęliśmy najcięższe rzeczy.
Na całym lotnisku rozmieszczone są punkty z 24 komputerami podłączonymi do internetu, korzystanie darmowe. Przy każdym czeka kilku ludzi. Szybko sprawdzamy pocztę, dwa SMSy i już trzeba lecieć do samolotu. Lecimy ponownie Boenigiem 747-400, czyli “Jumbo-Jet’em”. Olbrzymi, piętrowy samolot robi wrażenie i budzi respekt na pasie lotniska, wśród mniejszych kumpli. Tym razem jest to chyba nieco nowszy egzemplarz, niż ten którym lecieliśmy do Australii, Jest wyposażony w “system rozrywkowy”. Każdy z pasażerów ma przed sobą własny monitorek, zamocowany w oparciu siedzenia z przodu. Do tego pilot na kabelku, pełniący również funkcje telefonu. Przebiegłość tego systemu polega na jego elastyczności. Równocześnie emitowanych jest 12 filmów, 4 kanały telewizyjne i kilkanaście radiowych oraz program z mapą i danymi dotyczącymi lotu. Można dowolnie wybrać sobie pozycję do oglądania. Po 2,5 godz. system startuje z całym repertuarem od początku, można przeskoczyć na inny film lub program i tak w kółko. Kiedy znudzi sie nam oglądanie, mamy jeszcze do dyspozycji 12 gier, raczej prostych, w stylu pasjansa lub Tetrisa. Nie zmienia to faktu, że czas na pokładzie minął nam szybko.
Po 7,5 godzinach lotu docieramy do Singapuru, cofamy zegarki o 2 godz. Jest 21.30 czasu miejscowego, a na zewnątrz lotniska 34 C! Wychodzimy na chwilę na taras przeznaczony dla palaczy – jest tak niesamowicie gorąco i duszno, że w okamgnieniu nasze ubrania robią się wilgotne. Uciekamy z powrotem do klimatyzowanej hali. Przerwa trwa niecałe 2 godziny. Ponowna kontrola bagażu i znowu siedzimy w samolocie. Tym razem lot jest dłuższy – 12,5 godziny. Singapur rozświetlony miliardami punktów wygląda z powietrza niesamowicie, niknie jednak błyskawicznie z pola widzenia. Zostawia tylko łunę na horyzoncie. Jemy co dali, oglądamy jakieś filmy, w końcu zasypiamy.
Siedzialem przy oknie, obudziłem się dokładnie o wschodzie słońca. Przelatywaliśmy wtedy – wg mapy lotu – nad Ukrainą w okolicy Charkowa. Piękny widok. Chmury podświetlone od spodu przez słońce, wyłaniające się zza krawędzi Ziemi. Cofamy zegarki o kolejne 6 godz. by przejść na czas europejski i po przejściu przez grubą warstwę chmur o 6.05 lądujemy na mokrym lotnisku we Frankfurcie.
Pierwsza niepokojąca rzecz przy odprawie. Niemiecki urzędnik ma twarz tak skrzywioną, jakby przed chwilą połknął cytrynę. Nie tylko zresztą on, pozostali również. Przez miesiąc wszystkie twarze wokół nas były radosne i uśmiechnięte, kontrast jest aż za bardzo widoczny. Lotnisko we Frankfurcie, które zawsze jawiło mi się jako cud nowoczesności, razi szarością, bałaganem (!!!) i atmosferą nieukończonej budowy. Sufity podwieszane zdemolowane. Myśleliśmy, że przez miesiąc naszej nieobecności coś drgnie. Gdzie tam. Gdy wyjeżdżaliśmy, nie było możliwości skorzystania z prysznica w hali głównej, był popsuty. To też się nie zmieniło. Na pytanie, gdzie po dobowym locie można się wykąpać, primadonna za biurkiem w informacji wzrusza ramionami. Bez uśmiechu.
Do odjazdu autobusu mamy 8 godz. Plecaki zostawiamy w skrytkach na dworcu kolejowym (bilet z lotniska na dworzec 3,15 E/os) i wychodzimy do miasta. Kolejny szok – w centrum, naprzeciw dworca jest strasznie brudno. Walają się dosłownie kupy śmieci. Jest mnóstwo “nieświeżych” osobników o fizjonomiach nie zachęcających raczej do wygłoszenia tradycyjnego “How are you?”. Zaczyna nam się tu nie podobać. Chronimy się w knajpce, przeczekujemy parę godzin. Punktualnie podjeżdża autobus. Wszyscy pchają się do kierowcy, jakby miało zabraknąć miejsc. Większosc jadących z nami to Polacy – Niemcy, pracujący tam lub mieszkający, silący się na “niemieckość” do tego stopnia, że kliku z nich do polskiego kierowcy zwraca się po niemiecku, straszliwie kalecząc język. Wygląda to komicznie. Zaciskamy zęby i postanawiamy przetrwać. Niesprawiedliwym byłoby powiedzieć, że cały autobus tak wyglądał, ale kilku “obcokrajowców”, upojonych w dodatku tanim piwem dało nam się nieźle we znaki. Było niesamowicie ciasno, wideo popsute, system wentylacji też nie najlepszy (pokłon dla Greyhounda). Modliłem się po cichu o koniec tej udręki.
Po 12 godzinach dotarliśmy pod Poznań. Dojechaliśmy do domu po 6 rano i padliśmy w objęcia synka, który nakazał stanowczo się obudzić, gdy tylko dojedziemy. To była największa osłoda trudów podróży. Na to najbardziej czekaliśmy.
Ma rację Stan, że chyba zostaliśmy “namagnesowani”, już ciągnie mnie z powrotem. Dobrze zobaczyc stare kąty, ale gorzej poczuć na własnej skórze brak Ozzi-luzu w naszych rodakach, zetknąć się z szarą (dosłownie) rzeczywistością. Pozostała świadomość, że gdzieś, o kilkanaście tysięcy kilometrów stąd jest miejsce, gdzie wszystko postawione jest “do góry nogami” i tęsknić do niej, obmyślając, jakby tam znowu zajrzeć....
|