|
WSCHODNI MADAGASKAR
© Paulina Pilch
Byłyśmy już na Madagaskarze dwa tygodnie. Udało nam się przejechać ze stolicy na zachodnie wybrzeże i wrócić. Zwiedziłyśmy dwa niezwykłe parki narodowe, Ranomafana w lesie tropikalnym, pełen niesamowitej roślinności, lemurów i pijawek oraz drugi - Isalo, położony na płaskowyżu; sucha sawanna (był koniec pory suchej), skały, które w południe nabierały od słońca aż niebieskawego koloru; endemiczna roślinność i ... lemury, ale inne niż w Ranomafanie, biało-czarne Sifaki i lemury Catta z długimi, pręgowanymi ogonami. Spędziłyśmy również kilka dni nad oceanem trochę wylegując się a trochę zwiedzając okolicę, piaszczystą i pustynną ale porośniętą, jak zwykle na Madagaskarze, endemiczną roślinnością, drzewami przypominającymi kaktusy, które kaktusami nie są i wspaniałymi, imponującymi baobabami – drzewami, które Bóg za karę posadził korzeniami do góry. Za karę, bo podobno za szybko rosły.
Po powrocie do Tany, stolicy Madagaskaru, miasta brudnego, niebezpiecznego (w szczególności po zmroku) i ogólnie mało interesującego, pozostały nam cztery dni do wylotu do Europy. Cztery dni to za mało, żeby gdzieś dotrzeć, szczególnie przy użyciu lokalnego transportu, a z drugiej strony za dużo, żeby siedzieć w Tanie, w której wszystko co ciekawe już widziałyśmy, a okolica jakoś nie nastrajała do długich spacerów. Po dwóch tygodniach podróżowania po wyspie lokalnym transportem byłyśmy już zmęczone taxi-brussami, które jeżdżą kiedy chcą, psują się przy podjeździe pod górkę, są niewyobrażalnie przeładowane a pasażerowie prawie zawsze albo mają poważne kłopoty z żołądkiem albo nie widzą nic dziwnego w paleniu wyjątkowo śmierdzących papierosów w busiku, w którym i bez tego brakuje powietrza. Więc pomimo tego, że zachowania bogatych, białych turystów są nam raczej obce postanowiłyśmy na ostatnie trzy dni pobytu na wyspie wynająć samochód. Powodem wynajęcia samochodu było jednak nie tylko nasze wygodnictwo, ale również chęć dotarcia do położonych na wschodnim wybrzeżu Madagaskaru kanałów, które leżą zdecydowanie poza głównymi trasami turystycznymi i dojazd tam lokalnym transportem jest nie tylko znacznie utrudniony lecz czasami wręcz niemożliwy - na pewno jednak niemożliwy w ciągu czterech dni, które nam pozostały. Publiczny transport na Czerwonej Wyspie istnieje i często nie można mu nic zarzucić. Zazwyczaj jednak jeździ po głównych drogach a punktualność jest pojęciem kompletnie tu obcym i nie mówimy o spóźnieniach jedno lub dwu godzinnych. Na głównym klepisku miasta, które nosi dumne miano dworca często mówią Ci: „być może dziś odjedziemy, a jak nie dziś to jutro już na pewno”.
Biura wynajmu samochodów w Tanie nie mają chyba zbyt wielu klientów, w związku z tym właściciel biura powitał nas z pełnym wdzięczności i uwielbienia uśmiechem, przepraszał za brak samochodu, który sobie wybrałyśmy i oferował inny, równie dobry za bardzo zbliżoną cenę. Cena wprawdzie była złodziejska, ale na tyle na ile zdążyłyśmy się zorientować, wynajęcie samochodu na Madagaskarze jest po prostu drogą imprezą i tym razem akurat nikt nie próbował zrobić na nas interesu życia. Po pełnej uśmiechów i ukłonów rozmowie umówiliśmy się, że następnego dnia o 10 będzie na nas czekał Renault Megane z kierowcą - bo opcji wynajmu bez kierowcy biuro nie przewiduje. Może to i lepiej. Na rogatkach każdej większej miejscowości, a czasami również w szczerym polu, stoją patrole policji, które sprawdzają każdy wjeżdżający i wyjeżdżający pojazd a z nudów potrafią przyczepić się do literówki w dokumentach. Cudzoziemców sprawdzają z wielkim zainteresowaniem a polski paszport studiują bardzo dokładnie, bo jest to raczej ewenement na malgaskich drogach. W związku z tym kierowca oszczędził nam licznych kłopotów znacznie ułatwiając kontrole drogowe.
Tak jak właściciel biura obiecał, następnego dnia rano Megane rzeczywiście był, ale po przejechaniu stu metrów zaczął wydawać z siebie takie dźwięki, że szansa iż rozpadnie się w ciągu najbliższego kilometra graniczyła wręcz z pewnością. Kierowca na początku próbował je bagatelizować, ale po chwili stwierdził jednak, że musimy wrócić do warsztatu. Tam okazało się, że chłopaki nie przykręcili jakiejś śrubki i po trzech minutach samochód był gotowy do drogi.
Wyjechanie z Tany zajęło nam ponad godzinę. Po pierwsze korek, po drugie policjanci próbujący nieudolnie kierować ruchem a po trzecie dzieci, psy, krowy i stragany na środku drogi. W końcu jednak wyjechałyśmy w stronę Tomasiny z planem zatrzymania się w znajdującym się najbliżej stolicy Parku Narodowym Perinet. Miałyśmy wprawdzie za sobą już wizytę w dwóch innych parkach narodowych, ale ten był miejscem zamieszkania największego gatunku lemurów, lemurów Indri (spotkałyśmy się również z nazwą Indrisy), które o świcie wydają z siebie niezwykłe dźwięki nazywane "krzykiem Indri", których nie da się porównać do odgłosów innych zwierząt. Droga z Tany na wybrzeże jest dramatem dla kogoś cierpiącego na chorobę lokomocyjną. Wije się wśród wzgórz, które kiedyś porastał las tropikalny a które obecnie ogołocone przez skandaliczny wyrąb lasów straszą kikutami niegdyś wspaniałych drzew albo porośnięte są "palmą podróżników", która to w sposób naturalny szybko porasta tereny po wyrębie lasu tropikalnego. Widoki są wspaniałe, ale krętość dróg, ilość tirów jadących z i do największego portu morskiego Madagaskaru, wyprzedzanie ich, ciągłe zwalnianie i przyspieszanie, spowodowało że na miejsce dotarłyśmy zielone. Rekomendowany przez Lonely Planet ośrodek z bungalowami okazał się wspaniałym miejscem na skraju lasu, z uroczymi i niedrogimi domkami, wyposażonymi w łazienkę z ciepłą wodą. Z okien widać było ścianę lasu, a rano była szansa na usłyszenie Indri. Na miejsce można również dotrzeć taxi-brussem z Tany, droga zajmuje jednak kilka godzin.
Uprzejma pani w recepcji domagała się, żebyśmy zamówiły danie na kolację od razu po przyjeździe. Bardzo rozsądne podejście, nie trzeba potem wyrzucać jedzenia, którego się nagotowało za dużo a z drugiej strony nie trzeba czekać ponad godzinę na rybę, którą dopiero po złożeniu zamówienia chłopak z kuchni biegł złowić jak to miało miejsce w Ranomafanie. Ustaliłyśmy częściowo na migi, częściowo naszym łamanym francuskim co będziemy jadły i pojechałyśmy do parku. Z hotelu do wejścia do parku było ponad dwa kilometry, które przy oburzeniu naszego kierowcy postanowiłyśmy przejść na piechotę. Oburzało go również wiele innych naszych zachowań np. to, że nie pozwalałyśmy otwierać przed sobą drzwi samochodu oraz same nosiłyśmy nasze bagaże. Przy wejściu do parku udało nam się dosyć szybko znaleźć przewodnika mówiącego po angielsku, który zgodził się zabrać nas zarówno na nocny spacer jak i na normalna wycieczkę po lesie następnego dnia. Perinet jest najbliżej położonym stolicy parkiem narodowym i miejscem, w którym można obserwować lemury i tym samym, przynajmniej teoretycznie, powinno w nim być najwięcej turystów. Ku naszemu zdziwieniu turystów było tu mniej niż np. w Ranomafanie, do której nie biegnie asfaltowa droga, gdzie nie dojeżdża taxi-bruss (albo dojeżdża rzadko) i gdzie znajduje się de facto jeden hotel. Pomimo dobrego dojazdu i niezłej infrastruktury turystów w Perinecie było mało co dostrzegłyśmy do razu w czasie nocnego spaceru – w czarny jak smoła las tropikalny poszłyśmy tylko my dwie i przewodnik. I dzięki temu było to niezapomniane przeżycie. Odgłosy, a właściwie hałas, jaki wydaje w nocy las tropikalny jest niezwykły. Wydaje się, że wkraczamy w uśpioną, czarną jak smoła dżunglę ale jak tylko oddalimy się od głosów ludzi od razu rozgrywa się wokół nas koncert ptaków, nocnych lemurów, skrzypienia drzew i krzewów, odgłosy gadów i płazów i nie wiadomo czego jeszcze. Jest to hałas niezwykły, tym bardziej, ze odbywa się w scenerii gęstego lasu i nieprzebytej czerni. Spacer ten dał nam tyle radości co wyprawa następnego dnia, w trakcie której udało nam się zobaczyć dużą rodzinę lemurów i usłyszeć legendarny „krzyk Indri”. Wstałyśmy o świcie i jeszcze przed wejściem do parku usłyszałyśmy oddalony dźwięk przypominający trochę krzyk dziecka a trochę syrenę przeciwpożarową, dźwięk dziwny i nie przypominający niczego innego. Indri, w przeciwieństwie do reszty gatunku są pozbawione ogonów oraz mają okrągłe uszy zakończone pędzelkami przypominające uszy koali. Tylko ten gatunek lemurów przypomina wyglądem niedźwiadki, duże, okrągłe miśki ze sterczącymi uszkami. Przy odrobinie czasu i wytrwałości można poobserwować ciekawe lemury i ich zwyczaje. Jedno i drugie warte jest uwagi ale wymaga spędzenia długiego czasu w chaszczach dżungli. Po opuszczeniu Perinetu pojechaliśmy dalej w stronę wschodniego wybrzeża wyspy. Droga nadal była ciężka. Z jednej strony towarzyszyły nam wspaniałe widoki ale z drugiej strony nasze żołądki, znajdujące się w okolicach gardła nie pozwalała nam na pełną radość z podróży. Niegdyś cały wschodni pas wyspy porosły był lasem tropikalnym, z którego obecnie pozostały jedynie płachetki wielkości przysłowiowej chustki do nosa. Na niemalże każdym pozostałym odcinku lasu stworzono park narodowy. Z milionów kilometrów kwadratowych pozostały dziesiątki, czasami setki. Reszta została wycięta przez miejscową ludność nie do końca świadomą zniszczeń jakie niesie za sobą wyrąb lasów deszczowych. Poza ociepleniem, zmniejszeniem ilości opadów, zniszczeniem środowiska naturalnego lemurów, wyrąb lasów powoduje dodatkowo jałowienie gleby i porastanie wzgórz chwastami. Trzeba przyznać, że bardzo oryginalnymi jak dla nas, ale pomimo wszystko chwastami. Wschodni Madagaskar jest górzysty a właściwie pagórkowaty. Pagórki te, tworzące uroczy krajobraz, pobawione drzew porastają zazwyczaj tzw. palmą podróżników, ładna rośliną ale nadającą się jedynie na pokrycie dachów lokalnych chat. Niewątpliwie natomiast nie utrzymująca ekosystemu. Na innych obszarach Malgasze sadzą bananowce. Nie zmienia to jednak faktu, że tropikalny charakter wschodniego Madagaskaru uległ nieodwracalnej zmianie. Zmiana ta może być dramatyczna dla całej wyspy, które po wycięciu wszystkich lasów deszczowych zamieni się w pustynię nie rodząca niczego. Jeżeli wierzyć ekologom, ten czarny scenariusz ziści się jeszcze w tej połowie wieku. Po pełnej serpentyn drodze dotarłyśmy do małej miejscowości Brickaville, ostatniej na głównej drodze, przed planowanym odbiciem na wschód. Główna droga wiedzie na północ, do Tomasiny, największego portu Madagaskaru, my natomiast chciałyśmy dotrzeć do wiosek położonych nad samym wybrzeżem, pomiędzy oceanem a kanałami zwanymi Canal des Pangalanes.
Kanały są podobno ewenementem w skali światowej. Są połączeniem naturalnych rzek i sztucznych jezior. Powstały dziesiątki lat temu za panowania Francuzów. Francuzi nie panowali na Madagaskarze długo. Władzę objęli pod koniec XIX wieku a następnie zupełnie bezkrwawo wycofali się w roku 1960 wcześniej jeszcze przyznając Malgaszom znaczną autonomię. Do dziś jednak silne wpływy francuskie są na wyspie widoczne i dotyczą nie tylko dosyć powszechnie używanego francuskiego ale również nawyków żywieniowych oraz wszechobecnych dwudziestoletnich i trzydziestoletnich Renault i Peugeot.
Kanały powstały na początku XX wieku jako droga spławna z głównego portu wyspy na południe. Mają ponad 600 kilometrów długości z czego obecnie ponad czterysta jest nadal spławne. Biegną wzdłuż wybrzeża, czasami oddzielone od brzegów oceanu o zaledwie kilkaset metrów i nadal są słodkowodne. Obecnie kanały służą jedynie miejscowej ludności, jako źródło słodkiej wody i miejsce łowienia ryb. Od wielu lat nie spełniają natomiast swojej funkcji jako główna droga wodna wschodniego wybrzeża.
Z głównej drogi, na której nie dostaliśmy benzyny („bo nie, bo nie ma, może będzie jutro”) zjechaliśmy na drogę prowadzącą do Ambila - Lemaitso małej miejscowości nad samym oceanem. Natychmiast po opuszczeniu głównej, asfaltowej drogi okazało się, że dojazd do Ambila - Lemaitso to wyboista, piaskowo-polna droga, którą wedle obiektywnych kryteriów może przebyć jedynie samochód z napędem na cztery koła. Po raz kolejny malgaski kierowca okazał się przydatny. Nie sadzę, żebyśmy zdecydowały się pojechać tą drogą w trosce o wynajęty samochód (i ewentualne kłopoty z ubezpieczeniem). Nasz kierowca jednak wrzucił jedynkę i Megane niczym Jeep Cherokee pokonał dwadzieścia kilometrów piaszczystej drogi w zaledwie dwie godziny. W pewnym momencie zatrzymał się nad skrajem wody, która niewątpliwie oceanem nie była. I wtedy naszym oczom ukazały się kanały. Żadna z nas nigdy nie była w Amazonii ale widziałyśmy niejeden film i niejeden album o tych rejonach, aby natychmiast skojarzyć to co przed oczami z tym co znane z telewizji i literatury. Stałyśmy nad brzegiem rzeki ciągnącej się po horyzont i rozgałęziającej się na wiele widocznych odnóg, z których trudno było wyłowić główną. Brzegi kanałów porośnięte były oszałamiająco zieloną, pomimo pory suchej, roślinnością. Jedyne czego nie udało nam się zobaczyć to kwitnące orchidee, podobno zwyczajne nad brzegami kanałów. Kanały poprzecinane były miejscami gęstym sitowiem, czasami rosnącym dziko, czasami poprzycinanym w naturalne sieci, z których wieczorami wybierano złapane weń ryby. Na brzegach bawiły się dzieci a miejscowe kobiety robiły pranie i myły garnki. Niezwykła sceneria wokół nie robiła na nich żadnego wrażenia. Nas natomiast zastanowiło co dalej. Staliśmy nad brzegiem kanału, przez który oczywiście nie biegł żaden most. W okolicy nie istniało nic co można by nazwać hotelem i sklepem. Mogłyśmy wprawdzie spać w samochodzie ale mimo wszystko nadal nie byliśmy w Ambila - Lemaitso, które to według mapy miało znajdować się nad brzegiem oceanu.
I wtedy za okazało się, że chwiejna platforma z desek, znajdująca się przy brzegu, która wydawała się być pomostem dla bawiących się dzieci, to nic innego jak prom, który za niewielką opłatą przewiezie nas i o dziwo, nasz samochód, na drugi brzeg rzeki. Co gorsza, z piaszczystej drogi wyjechał drugi samochód, dużo większy od Megane, który również planował na tym samym promie przeprawić się na drugi brzeg. Dziękując rodzicom za umiejętność pływania wsiadłam na chwiejną platformę obciążoną dwoma samochodami i kilkunastoma osobami i pozwoliłam czterem bardzo drobnym i bardzo chudym mężczyznom sterować promem przy pomocy czterech kijków, wystruganych z jednego z licznie porastających brzegi kanałów drzew.
Podróż zakończyła się pełnym sukcesem i niemalże natychmiast po zjeździe z promu naszym oczom ukazał się ocean. Oznaczało to ni mniej ni więcej, że pomiędzy brzegiem kanału a brzegiem oceanu jest jakieś 250-300 metrów. Cypel na którym się znajdowałyśmy miał kilkaset kilometrów długości i zaledwie kilkaset metrów szerokości. Ciekawsze jednak było to, że okazało się szybko iż jesteśmy jedynymi turystkami w promieniu kilkuset kilometrów. Kanały leżą poza głównym szlakiem turystycznym Madagaskaru zarówno ze względu na brak lemurów i innych endemicznych ssaków, będących jedną z głównych atrakcji turystycznych wyspy, jak również ze względu na trudności z dotarciem. Zarówno w miejscu, w którym się znajdowałyśmy jak i na całej, ponad sześciuset kilometrowej długości kanałów, dostęp do nich był jedynie możliwy własnym transportem (samochód, rower) bądź łodzią (również wynajętą). Lonely Planet okazał się bezużyteczny, bo wymieniane przez nich hotele bądź nie istniały bądź były zamknięte na głucho. W końcu, w centrum wsi udało nam się znaleźć miejsce, które w sezonie (czyli za jakieś kilka miesięcy od dnia, w którym tam byłyśmy) służyło za hotel (było gigantyczną jak na Madagaskar czteropiętrową betonową budowlą). Przywitano nas ze zdziwieniem ale i zrozumieniem. Dostałyśmy pokój najbliżej oceanu z zaznaczeniem, że jeśli chcemy coś zjeść wieczorem to musimy zamówić teraz oraz informację, że światło jest od 18 do 22. Informacja okazała się fałszywa, bo światło zgasło natychmiast po 20 i pozostały nam jedynie świeczki i własne latarki. Ale do tego byłyśmy już przyzwyczajone, brak prądu na Madagaskarze jest normalny.
Wybrzeże, zarówno kanałów jak i oceanu okazało się bajkowe. Ocean był zupełnie inny od tego, nad którym byłyśmy na zachodzie wyspy. Tamto wybrzeże otoczone rafą koralową było gładkie i spokojne. Tutaj, niezależnie od pogody szalały kilkumetrowe fale. To podobno z powodu „wściekłości” oceanu zbudowano kanały, dotarcie do brzegu jest tak trudne, że łatwiej było spławić towar lądem po przeładowaniu go w porcie Tomasina znajdującej się na północnym krańcu kanałów. Przy przepięknej, gorącej aurze, szalejący ocean robił niezwykłe wrażenie. Po drugiej stronie cypla, niezwykle zielone, spokojne kanały zapraszały do kąpieli. A jeden brzeg od drugiego dzielił zaledwie pięciominutowy spacer. Równie interesujące było otoczenie na lądzie. Ambila - Lemaitso było kiedyś kurortem francuskim. Nad brzegiem stały wspaniałe wille, których nie powstydziłyby się najlepsze dzielnice Paryża. W 2001 roku wille te były jednak jedynie ruiną. Fascynujące, dla nas Europejczyków, było to, że przy murach tych willi powstawały malgaskie chatki, z liści palmowych i bambusa. Malgasze budowali swe domostwa na wolnym kawałku gruntu nie zajmując jednak stojących obok oszałamiających, murowanych domów porzuconych przez właścicieli trzydzieści-czterdzieści lat temu (większość Francuzów wyjechała po dojściu do władzy na początku lat 70-tych komunistycznego prezydenta Ratsiraki i znacjonalizowaniu ziemi i przemysłu). Zastanawiało nas czy to szacunek dla cudzej własności, w oczywisty sposób porzuconej i niszczejącej, czy raczej zupełnie odmienny styl życia, tak bardzo dla nas niezrozumiały, spowodowały przedziwną mozaikę kulturowo-architektoniczną na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego. Nie znamy odpowiedzi.
We wsi wzbudziłyśmy zainteresowanie, co nas specjalnie nie zdziwiło, ponieważ w znacznie bardziej turystycznie uczęszczanych miejscach wzbudzałyśmy zainteresowanie. Tutaj byłyśmy tylko my, nasz wynajęty Megane i kierowca który niewątpliwie opowiadał wokoło jakie jesteśmy śmieszne bo np. nie chcemy żeby otwierał nam drzwi a do Perinetu poszłyśmy na piechotę pomimo, że mogłyśmy pojechać bo przecież miałyśmy samochód. Dzieciaki biegały za nami i wołały vazaha (biały, Europejczyk) a wyglądające na wyedukowane i turystyczne towarzystwo nad rzeką (byli turystami prawdopodobnie z Tany, mieli znacznie bardziej azjatyckie rysy niż tubylcy a to wskazywało na mieszkańców stolicy i okolic) nie mogło się nadziwić, dlaczego robimy zdjęcia złamanemu w połowie mostowi kolejowemu biegnącemu kiedyś przez kanał. Za czasów kolonialnych na wschodnie wybrzeże docierała z Tany kolej, z której obecnie pozostał jedynie ten właśnie zerwany most, wyglądający jak ofiara bombardowania. Most zardzewiał i zapadł się ze starości. Stanowi przedziwny element krajobrazu, który z jednej strony sprawia wrażenie dziewiczej puszczy a z drugiej strony wygląda jak spalone i opuszczone miasto.
W drodze powrotnej do Tany, po szczęśliwym znalezieniu stacji posiadającej benzynę i nieszczęśliwym nie znalezieniu otwartego banku, zatrzymałyśmy się w prywatnym rezerwacie gadów i płazów. Europejczyk, naukowiec, hoduje w nim gady, płazy i wszelakie robactwo, które sprzedaje następnie kolekcjonerom z całego świata. Robactwo było ohydne, ale za to różnorodność kameleonów i gekonów imponująca. Widziałyśmy kilka kameleonów na wolności w trakcie wcześniejszych etapów podróży oraz całe mnóstwo gekonów, ale kolorystyka i przedziwne kształty tych zgromadzonych w tym prywatnym rezerwacie zrobiły na nas duże wrażenie. Gdy wróciłyśmy do Tany i oddałyśmy samochód, cały personel wypożyczalni dziękował nam i kłaniał się nisko. Ludzie na Madagaskarze są ogólnie bardzo przyjacielscy i otwarci, ale zachowanie personelu wypożyczalni samochodów wprawiło nas w prawdziwe zakłopotanie. Przesadzali z uprzejmością. W Tanie spędziłyśmy ostatni dzień kręcąc się po ulicach. Usiłowałyśmy również odnaleźć polskiego księdza Henryka, którego poznałyśmy kilka dni w wcześniej w księgarni na głównej ulicy miasta. Odnalazłyśmy nawet jego kaplicę ale samego księdza nigdzie nie było. Zostawiłyśmy kartkę z pozdrowieniami. Może kiedyś, w przyszłości dane nam będzie odwiedzić jeszcze księdza Henryka. Mamy jedynie nadzieję, że znalazł naszą kartkę i wiedział, że próbowałyśmy.
|
|
|