Na przełomie sierpnia i września wyruszyliśmy na Daleki Wschód. Celem naszej wyprawy były góry Chantej w Mongolii oraz jezioro Bajkał w Rosji. Lecieliśmy samolotem z Warszawy przez Moskwę do Irkucka.
Pierwszym zaskoczeniem był port lotniczy w Irkucku. Wysadzono nas na płycie lotniska i w strugach deszczu pobiegliśmy wraz ze wszystkimi pasażerami do hali przylotów. Przy wydawaniu bagaży z przeciekającego dachu spadały dalej krople deszczu. Tablica lotów nie wyglądała jaK te elektroniczne, do których jesteśmy przyzwyczajeni, była żywcem wzięta jak z baru mlecznego. Złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy od razu na dworzec kolejowy zakupić bilety do Ułan Bator. Wiedzieliśmy, że pociąg odchodzi raz dziennie i lepiej jest kupić bilety z wyprzedzeniem.
Wesoło zaczęło się dziać już na granicy rosyjsko-mongolskiej, którą przekraczaliśmy w Sucha Batar. Czas oczekiwania – siedem godzin. Liczba kontroli sprawdzających wszelkie możliwe dokumenty – cztery godziny. Alternatywa na siedzenie w pociągu i przeczekanie tych godzin – zero. Wokół tylko zamarłe miasteczko i kilka straganów z napojami i kartoszkami, pysznymi pierogami z ziemniaczanym nadzieniem lub szaszłykami z baraniny. Jakiś podróżujący, chyba Rosjanin, kupuje u jednej ze staruszek jedzenie, po czym podsuwa jej kawałek wydartej z zeszytu kartki, żeby mu podpisała, za ile i co u niej kupił. Ta gryzmoli parę słów i koślawo się podpisuje – i już jest kwit do rozliczenia wyżywienia w czasie delegacji służbowej. Jesteśmy też świadkami niezwykłej zaradności podróżujących z nami Niemców – spędzili noc w tym przygranicznym miasteczku, bo nie potrafili przekonać jednej z czterech kontroli, że mają legalne dewizy i wszystkie niezbędne kwitancje, biedaki próbowali szukać telefonicznie pomocy u swojego konsula, też bezskutecznie. Więc Rosjanie wyrzucili ich z pociągu i wsiadają dopiero teraz – dobę później. Niezwykła doprawdy umiejętność znalezienia się w sytuacji. Nie to, co my – odgrywamy scenkę wymiany walut i problem z głowy - w końcu Polak potrafi!
Dojeżdżamy do Ułan Bator i jeszcze tego samego dnia jedziemy na trekking w góry Chantej. Targujemy z kierowcą minibusa transport. Jest niepiśmienny, więc na pomoc woła córkę. Po ustaleniu ceny wyrzuca z auta siedzących tam ludzi i zaprasza nas do środka. Czyżby to jego kurs miesiąca? Pewnie nie codziennie dostaje 30 dolców za około 100 kilometrów. Szutrowymi drogami, podziwiając zmieniające się krajobrazy, dojeżdżamy w góry. Są bardzo suche, o stepowym charakterze, z licznymi fantazyjnymi skałkami, niewysokie, ale za to bardzo urokliwe. Zaczynamy trekking, bez mapy, której nie sposób kupić, bez szlaków, których po prostu nie ma. Używając kompasu orientujemy się na wschód, sprawdzają, czy nie odbiliśmy zbytnio na północ lub południe. Jest cudownie, żadnych ludzi, żadnych oznak cywilizacji, co jakiś tylko czas napotykamy na wolno stojące jurty i widzimy w oddali jeźdźców na małych koniach. Western w Mongolii. Największy problem mamy z wodą, co jakiś czas schodzimy w kierunku drogi i tam czerpiemy ją ze strumieni lub bierzemy od miejscowych porozumiewając się właściwie na migi. Spędzamy kilka nocy w pięknej scenerii gór. Nie są wysokie, nocleg pod najwyższym szczytem Orog Diamaar wypada na 2.197 m. Oczarowują nas widoki, bezkresny horyzont, wszechobecna cisza… Góry Chantej ciągną się od granicy z Rosją, prawie po sam Ułan Bator. Strefa północna jest prawie niezamieszkana, natomiast na południu im bliżej stolicy, tym więcej spotyka się pojedynczych jurt i większych osad. Na przyrodę tego obszaru składają się gatunki roślin i zwierząt typowe dla tajgi, lasostepu i strefy wysokogórskiej. Po kilku dniach trekkingu docieramy do rzeki i nielicznych skupisk jurt. Rozbijamy się przy jednym z nich i już po chwili podchodzi do nas miejscowy mongolski dziadek. Siada przy nas, kiwa głową i patrzy z zaciekawieniem. Robimy akurat herbatę i kanapki pod tytułem: chlebek chrupki z paprykarzem szczecińskim. Najpierw częstujemy dziadka herbatą, siorbie ze smakiem. Po chwili częstuję go „kanapką”, na co uśmiecha się szeroko i ukazuje swoje całkowicie bezzębne dziąsła. Zamieramy patrząc jak zaczyna jeść, ale radzi sobie z chlebkiem rewelacyjnie, nawet się nie krzywiąc. Gdy wyciąga tabakę i częstuje nas, lody zostają przełamane. Zaprasza nas do swojej jurty. Poznajemy jego rodzinę. Żonę, która pokazuje nam na migi, że była piosenkarką? aktorką? a może fantazjuje? Córkę z zięciem oraz ich dziecko na smyczy. Smycz kończy się tuż przed kozą służącą do ogrzewania jurty, więc dziecko się nie poparzy. Pijemy kumys, czyli sfermentowane kobyle mleko, które ma kilka procent alkoholu, zajadamy placuszki. Na szczęście nie częstują nas wiszącym przy wejściu mięsem, na którym przysiadają muchy. Zostawiamy im na pamiątkę widokówkę Warszawy i cukierki dla dziecka na smyczy. Wieczorem kąpiemy się w rzece, kontemplujemy spokój i otaczającą nas ciszę. Jest tu tak błogo i pięknie.W drodze powrotnej z gór zwiedzamy Ułan Bator, jeden dzień spokojnie wystarcza na stolicę Mongolii. Największe wrażenie robi na nas kompleks budynków Klasztoru Gandan, który otoczony jest dzielnicą jurt. Jest to bez wątpienia najbardziej okazały klasztor w Ułan Bator, w którym m.in. nauki pobierają kandydaci na lamów z Mongolii i Buriacji. Wewnątrz świątyni oczarowuje nas bogata, czerwono-pomarańczowa kolorystyka, a w powietrzu unosi się słodkawy zapach kadzideł. Na drewnianych ławach mnisi czytają półgłosem modlitwy. Wybieramy się także na największy w mieście bazar, gdzie kupić można praktycznie wszystko. Nas zachwycają cynowe grawerowane dzbanki, małe dzwoneczki i kadzidełka. Targujemy się o ceny i zadowoleni z zakupów wracamy do naszego Ghana Gest House. Następnego dnia wyjeżdżamy z powrotem do Rosji tą samą koleją transsyberyjską. Mongolia bardzo nas urzekła. Zwiedziliśmy zaledwie jej część, ale to już wystarczyło, by chcieć tu kiedyś wrócić – na pustynię Gobi, w góry Ałtaj i nad jezioro Chubsugul.
W drodze powrotnej z Mongolii jedziemy zobaczyć na własne oczy perłę Syberii – Bajkał. Jezioro jest potężne i niestety na zobaczenie całości nie mamy czasu. Decydujemy się poznać środkowy Bajkał i kierujemy się na jego największą wyspę - Olchon, zamieszkałą w większości przez Buriatów. Najpierw rozwalającą się ładą z Irkucka, później autobusem z czasów wczesnego Breżniewa, dojeżdżamy do przeprawy na Olchon. Stąd docieramy do leżącej w centrum wyspy miejscowości Chużyr – małej, ubogiej, ale bardzo urokliwej wioski o drewnianej zabudowie. Autobus zatrzymuje się przy sklepiku, zresztą tam zawsze autobusy zatrzymują się albo przy knajpkach („pakusziat? nada pakusziat!"), albo przy sklepikach i kierowca nie odjedzie, póki babuszki i tacy jak my nieliczni turyści nie zostawią paru rubli u właściciela, a ten paru rubli u kierowcy. Trzeba sobie w końcu na tej Syberii jakoś radzić. Zatem spod sklepiku ruszamy znaleźć jakieś lokum i bardzo szybko trafiamy na camping z banią. Zostawiamy plecaki i już tylko z aparatem idziemy zwiedzać wioskę i okolicę. Na brzegu Bajkału podziwiamy zachód słońca nad Skałą Szamana – świętym miejscem Buriatów. Jesteśmy oczarowani. Jezioro ma tu bardzo wysoki, stromy i kamienisty brzeg. Generalnie wyspa Olchon ma stepowy charakter, a jej brzegi w większości są urwiste. Przy wschodnim brzegu znajduje się największa na Bajkale głębia – 1637 m. Na północ od wioski natrafiamy na kilkaset metrów piaszczystej plaży. Kolejne dni poświęcamy na zwiedzanie wyspy. Mamy szczęście i przyjemność poznać bardzo wesołe kilkuosobowe mieszane towarzystwo Rosjan, którzy za dwie flaszki wody ognistej (1 osoba = 1 flaszka) zabierają nas na wycieczkę na półwysep Choboj. Najbardziej na północ wysunięty skrawek wyspy jest zupełnie dzikim, niezamieszkałym cyplem. Skalisty i bardzo urwisty brzeg uniemożliwia zejście nad wodę. Czerwone porosty bujnie rosnące na skałach sprawiają niesamowite wrażenie. Rosjanie zapraszają nas na piknik. Zajadamy się m.in. omulami - rybami, które żyją tylko w Bajkale. Są wyśmienite, prawdziwe delikatesy w wersji wędzonej na ciepło, a jeszcze lepsze w wersji suszi – surowe kawałki zamarynowane w zalewie maślano-cebulowej. Długo będziemy pamiętać ich smak. Z prawdziwym żalem opuszczamy Olchon. Mamy jeszcze trzy dni przed wylotem z Irkucka, jedziemy więc zwiedzić Listwiankę, która szumnie i omyłkowo określana jest jako największy i najbardziej znany kurort nad Bajkałem. Naszym zdaniem jedyną atrakcję stanowią tam wspomniane omule. No, jest jeszcze przyjemnie zrobić w Listwiance dwie rzeczy: przepłynąć się wodolotem po Angarze, która jako jedyna spośród kilkuset rzek wypływa z Bajkału, i poobserwować rano, jak potężne tumany mgieł „wędrują” po rzece w kierunku jeziora. To naprawdę niesamowity widok, jezioro jest tak wielkie, że wilgotność nad nim przekracza chyba wszelkie standardy i stąd takie zjawisko. Oczywiście, jeśli ma się więcej czasu trzeba koniecznie zabrać się z rybakami na kilkudniowy rejs po jeziorze i wędkowanie. Jeśli ma się jeszcze więcej urlopu, można dotrzeć nad jego wschodnie czy północne górzyste brzegi i zobaczyć, jak naprawdę żyją Buriaci. No, a jak się ma naprawdę dużo, dużo czasu, to trzeba koniecznie wrócić nad Bajkał zimą. Oglądaliśmy u poznanych na Olchonie Rosjan zdjęcia jeziora zimą – jest przepiękne, przy brzegach tworzą się niesamowite lodowe formy, i z opowieści wiemy, że gdy lód pęka niesie się po jeziorze odgłos śpiewny i doniosły. Z zamiarem powrotu tu jeszcze kiedyś udajemy się na lotnisko w Irkucku. W drodze powrotnej, korzystając z kilku dobrych godzin oczekiwania na wylot do Warszawy zwiedzamy jeszcze Moskwę.
|
|
|