|
Dzieje nasze podróżnicze
Klub Przygody i Podróży TORRE funkcjonuje jako nieformalna grupa chcących podróżować po świecie i poznawać ten świat ludzi. Nazwę swą przyjął w grudniu 1999 roku, ale de facto istnieje od roku 1996. Swoje początki bierze od członków Koła Naukowego Geografów UJ, lecz w ciągu upływu lat grupa uczestników organizowanych wypraw nieustannie się zwiększa. Podróżowanie w kilku czy kilkunastoosobowej grupie, teraz już chyba starych znajomych, pozwala nam:
* wyjazdy te umilić
* znacznie obniżyć ich koszty
* zachować podstawowe wygody, sprawiające że po globtroterskiej, odkrywczej dla nas wyprawie nie musimy brać od razu urlopu wypoczynkowego.
Zaczęło się niewinnie.
Wiosną 1996 roku Jarek Poniewiera i Darek Firszt, siedząc w restauracji "TACO" w Krakowie, zastanawiali się gdzie by tu spędzić wakacje. Jarek miał znajomego Eliasza - Syryjczyka, ten kiedyś zapraszał go w odwiedziny. Dlaczego by nie? Może zabrać jeszcze parę osób? Będzie weselej.
OK. Takie były początki naszej grupy. Odtąd też przez długi czas spotykamy się w "TACO", choć uprzejma obsługa nigdy nie zgodziła się zarezerwować nam stolika. Dobrze, że Eliasz miał autobus. Ostatecznie pojechało nas szesnaścioro. Syria okazała się nadzwyczaj interesująca. Było ciepło, wesoło i ciekawie. Byliśmy na górze Kasjun , gdzie Kain zabił Abla, zajrzeliśmy do groty, w której mieszkał smok nim zabił go święty Jerzy, paliliśmy fajki wodne, wypoczywali w cieniu meczetów.
Wyprawa obfitowała w elementy etnograficzne (uczenie Palestyńczyków "Pieśni Małego Rycerza") i sportowe (jazda Eliasza po szklaneczce araku serpentynami górskimi, przy których Droga Stu Zakrętów w Górach Stołowych to pryszcz). Syria miała też magiczną moc przyciągania swymi tajemnicami. Klucząc wśród, bez mała, dwóch tysięcy kolumn w Apamei doznawaliśmy dreszczyku emocji. Czy ktoś pamięta, że w tym zrujnowanym i zapomnianym, omijanym przez turystów mieście spoczywają zwłoki Hannibala? A w Amrit pod lufami dział syryjskiej artylerii nadbrzeżnej oglądaliśmy resztki wspaniałej świątyni Melkarta. W Homs z pasją fotografowaliśmy się wewnątrz jedynego ciekawego meczetu. Dopiero po powrocie do Polski okazało się, że w tle zdjęć widnieje grób największego zdobywcy w dziejach islamu - wodza Mahometa - Chalida ibn Walid. O zamku Sahyun sam Lawrence z Arabii w swoich "Siedmiu filarach mądrości" napisał, że to "/.../ najpiękniejsze z miejsc na Wschodzie."
Było zbyt fajnie, by miał to być ostatni raz.
Niezrażeni podłą jakością miejscowych browarów (ten Al-Chark z Aleppo!) wyruszyliśmy ponownie na Bliski Wschód. Orient zrobił swoje - w następnym roku pływaliśmy po Nilu, podziwiali piramidy, wspinali na Górę Synaj, nurkowali w Morzu Czerwonym podziwiając rafy koralowe. W Kairze szykiem ubezpieczonym zwiedzaliśmy Miasto Umarłych - dawny, olbrzymi cmentarz zamieszkały teraz przez milion, może dwa miliony ubogich. Upały były nieznośne - Artur nie mógł podejść do Piramidy Cheopsa (w pionie 10 m), a pod Abu Simbel przejeżdżające ciężarówki ochlapywały nas asfaltem. Kair okazał się miejscem niesamowitym. Co tam starożytne piramidy?! Czy ktoś słyszał kiedykolwiek o Piramidzie Nieznanego Żołnierza - ofiarze walk z Izraelem? A synagogi chronione przez silne oddziały służby bezpieczeństwa, karnie, pięć razy w ciągu dnia modlące się z głowami pochylonymi w kierunku Mekki? Rozbrajający byli arabscy dorożkarze z Luksoru nawołujący chrapliwym głosem: "Karoca please!"
Ten kto nie pił herbaty na pustyni nie wie co to jest pragnienie.
W Egipcie zetknęliśmy się z wielką życzliwością - Hassan z Hurghady odwiedził nas kiedyś w Krakowie, ale że było to w środku zimy i zapomniał czapki to chyba nieprędko znów do nas przyjedzie. Został jeszcze Salah z Kairu, który obiecał, że przyjedzie do Polski - choćby za ostatniego piastra. Na oko trochę tych piastrów jeszcze ma, tak że pewnie chwilę będziemy musieli jeszcze poczekać.Po tych paru wyjazdach wiedzieliśmy, że kolejnych wakacji nie spędzimy w Juracie.
Darek kiedyś pojechał do Indii - lądem. Spodobało się.To może teraz w Himalaje? Wszak to po sąsiedzku! Mount Everest jest przereklamowany, wybraliśmy więc coś oryginalnego - dolinę Langtangu i szczyt Tsergo Ri - mniejszy tłok i mniejsze zawroty głowy (to o 2,5 km niżej). Tsergo Ri zostało zdobyte, choć los nie był przychylny (trzęsienie ziemi po drodze). Wielkim hartem ducha wykazała się Anetka Wróblewska walcząca z wysokością i 39-stopniową gorączką. Nagrodą za wysiłek była niesamowita panorama z Shisha Pangmą, Langtang Lirung i Ganchempo.
Były i inne atrakcje - widzieliśmy żywą boginię Kumari, która ziewała z okna swego boskiego pałacu, pływaliśmy wzburzonym nurtem rzeki Trisuli, Kathmandu, Patan i Bakhtapur nie są już dla nas nic nie znaczącymi punktami na mapach. Widzieliśmy kilka Czerwonych Fortów w Indiach i wspaniałe Taj Mahal.
"Nie wie o Indiach nic ten kto nie jeździł rikszą po Delhi" - rzekł Jara.
W 1998 roku zdarzyła się pierwsza podróż sentymentalna. Odwiedziliśmy Salaha i Hassana w Egipcie. Znów był niemożebny upał. Chyba się do niego przyzwyczailiśmy, jako że nadchodzące Święta Wielkanocne w 1999 roku spędziliśmy - jakże inaczej można spędzać Święta Wielkanocne - na plaży w meksykańskim Cancun. Świąteczne śniadanie spożyliśmy przy stole zastawionym pisankami, na których królowały kaktusy, palmy, kowboje, sombrera wyczarowane zręcznymi rękoma naszych koleżanek z krakowskiej ASP.
Mieliśmy właściwie lecieć do Peru, ale trafiły się prawie za darmo bilety do Mexico City. Szybka weryfikacja planów i miast inkaskich skarbów i niebotycznych Andów podziwialiśmy piramidy Majów, pływaliśmy w Oceanie Spokojnym i usiłowaliśmy rozegrać krótki sparing Polska-Paragwaj na Estadio Azteca. Nie doszło do niego z powodu nieprzekupnej (kto by pomyślał ? w Meksyku!) ochrony. W okolicach Choluli zobaczyliśmy najpiękniejszy kościół świata (prawo do ironicznego uśmiechu mają jedynie Ci, którzy go widzieli) - Santa Maria Tonantzintla. W Acapulco Miłosz podjął, z wykorzystaniem nadbrzeżnego piasku, heroiczną próbę powstrzymania przypływu na Pacyfiku. Miasto okazało się kurortem bardzo przereklamowanym, ale w zamian odkryliśmy ciche i urocze Puerto Escondido, odwiedzane jedynie przez młodych adeptów windsurfingu ze Stanów i Kanady. No i fantastyczny stan Chiapas z mnóstwem plemion indiańskich, ich folklorem, Kanionem Sumidero, kosmitami z Palenque i legendą Komendanta Marcosa - zapatystowskiego partyzanta. A groty Cacahuamilpa, a Oaxaca, a karaibskie plaże?
Zaczarowanych miejsc odkryliśmy mnóstwo - przed nami następne.
/dodane 6.04.204/
Minęło pięć lat. Czas uzupełnić historię.
Rok 2000 był ważny. W Torre zdarzył się pierwszy ślub. Miłosz i Sabina Łyczakowscy przyrzekli sobie wierność w jerozolimskim Wieczerniku. Zaraz potem Ariel Szaron odwiedził niezapowiedzianie Wzgórze Świątynne, czego skutki możemy do dzisiaj obserwować w "Wiadomościach".
A później pojechaliśmy na południe Afryki. Na dzień dobry pawiany z Przylądka Dobrej Nadziei zakosiły nam kanapki. Ciężarówka, 8000 km, namioty, noclegi na pustyniach Namib i Kalahari i niezapomniana "Mazda Marathon", która w ciągu 25 dni zepsuła się 17 razy. Ale to nic. Namibia jest wspaniała. Park Narodowy Etosha z mnóstwem dzikich zwierząt, diuny Sossusvlei, Palmwag z mitycznymi słoniami pustynnymi. Nie zapomnę szoku, gdy w Sesriem (300 km od najbliższego asfaltu) spotkaliśmy parę cyklistów z Wielkopolski, którzy skonstatowali, że Namibia jest dla rowerzystów na urlopie (4 tygodnie) za duża (1,2 mln km kwadratowych). A na deser zimbabwijskie Wodospady Wiktorii i niezapomniany rafting na Zambezi, po którym Grzesiek Urbaniak powitał Artura (który nie popłynął) słowami: "Stary, to była najrozsądniejsza decyzja Twojego życia" Deser był podwójny - na koniec podchodziliśmy nosorożce w parku narodowym Matobo Rhodes.
Wystartowaliśmy z serwisem globtroterskim www.torre.pl . Chyba się podoba. Aktualnie odwiedza nas ok. 9 tys. osób miesięcznie.
Nowe tysiąclecie powitaliśmy wyprawą do Ameryki Południowej. I zdażył sie drugi ślub. Artur i Aneta Urbańscy przyrzekli sobie wierność w Limie. Przygrywała im indiańska kapela. A noc poślubna (spędzona w samolocie) skończyła się ciężkim zatruciem Panny Młodej, która przez kolejne trzy dni musiała znosić towarzystwo tarantuli w swoim pokoju w lodge w dzungli nad Lago Sandoval....
Peru jest najładniejszym krajem, który dane nam było odwiedzć. Nic nie da się porównać z pięknem położenia Machu Picchu. Nie ma nic błękitniejszego niż tafla jeziora Titicaca i nic smaczniejszego niż lomo saltado na śniadanie. I ten kondor z kanionu Colca, który zimnym wzrokiem wpatrywał się w nas ze skały oddalonej o dwa metry... A tuż po powrocie okazało się, że w "Muzeum Złota" część eksponatów to falsyfikaty...
Rok 2002 pchnął nas znów do Afryki płd. Dojechaliśmy do Mozambiku. Odtąd wiemy, że w Afryce najpiękniejsze są Wyspy Bazaruto, a najokropniejsze mozambickie campingi.
Rok 2003 był ważny. Torre wzbogaciło się o wspaniałą grupę egipską i mamy pierwszy film z wyjazdu.
Rok 2004 zaczęlismy od Wenezueli. Początek był nieszczególny - siedmiogodzinne siedzenie na twardych ławkach w łódkach płynących do najwyższego wodospadu na świecie - Salto Angel. Ale po drodze - niesamowite tepui i łączka, na której Steven Spielberg umieścił akcję pierwszych scen "Parku Jurajskiego". Wenezuelskie łodzie są niezapomniane - w trzeciej sekundzie jest się całkiem mokrym, a później to już tylko kika godzin podróży...
Salto Angel jest piękny, a Roraima - tepui na granicy Brazylią - niesamowita. Sześć dni trekkingu, który miał być "/.../ trochę bardziej skomplikowany niż w Bieszczadach" okupiliśmy ogromnym wysiłkiem, zwichniętym kolanem /? Mariusz/ i podejrzeniem zawału /Marek/. Ale - doprawdy - Roraima jest tego warta. Prezydent Chavez zafundował nam przed wyjazdem zamieszki, ale uszliśmy cało.
Co przed nami:
Kenia-Tanzania-Malawi-Zambia-Zimbabwe (zrealizowana w 2004)
Peru-Boliwia 2004 (zrealizowana w 2004)
Libia 2005 (zrealizowana w 2005)
Laos-Kambodża 2006
Namibia 2006
Biegun Północny ?
Sprawozdanie za kolejne 5 lat...
/dodane 18.02.2008/
Jako pierwsi w Polsce zorganizowaliśmy ekspedycję Nairobi-Harare (Kenia-Tanzania-Malawi-Zambia-Zimbabwe). Zupełnie nieznane Polakom rejony – do tego stopnia, że 90% uczestników wyprawy przed wyjazdem nie wiedziało, że istnieje państwo Malawi. Tym razem odkryliśmy chyba najpiękniejszy park narodowy Afryki - South Luangwa w Zambii. Bardzo dziewiczy. Zwierzęta czują się w nim wyjątkowo swojsko – tuż przed naszym przyjazdem w campowym basenie kąpał się hipopotam. Rozbrajający byli uzbrojeni w pałki strażnicy w obozie nad rzeką Luangwa, którzy z bezradnościa w głosie, prosili abyśmy przespali się w sklepie – „bo dzisiaj jest wyjątkowo dużo lwów…”
A na koniec w Antelope Park lew wskoczył Darkowi Kucełowi na głowę.
Oczywiście nie wierzycie:
 Darek Kuceł w Antelope Park, Zimbabwe
Ale w Antelope Park takie rzeczy to standard – Anka Kuceł bawiła się z trzema lwami w berka.
Oczywiście nie wierzycie:
 Anka Kuceł z lwami
Czy w Afryce może być zimno? Retoryczne pytanie, oczywiście! Przekonaliśmy się o tym w 2005 roku w hotelu w libijskim Nalut, gdzie zmarznięci na kość doceniliśmy, jakim fantastycznym wynalazkiem sa archaiczne „słoneczka”. Znów jako pierwsi zorganizowaliśmy wyprawę saharyjską do Libii i od tej pory po polskim podróżniczym internecie chodzi fama o niesamowitym Magatgat, który widziała tylko nasza ósemka (jest tak, zdaje się, do dzisiaj). Wyprawę zapamiętamy z nieustannych poszukiwań jeepa-kuchni, który codziennie gdzieś ginął. Ale z pomoca boską (modlitwy Tuaregów) i pomysłowością (jazda tyralierą pozostałymi jeepami) jakoś sobie radziliśmy. W górach Tadrart-Acacus Tuaregowie raczyli nas opowieściami o dżinach i odtąd góry te są dla nas drugim najbardziej mistycznym miejscem na Ziemi – po Roraimie. Ergi Murzuq i Ubari z jeziorami i trzystumetrowymi diunami to fotograficzny raj.
A pierwszego dnia pobytu na pustyni spadł deszcz – pierwszy raz od dziesięciu lat. Nasi Tuaregowie uznali to za Znak.
Od czasu ekspedycji libijskiej klub jest trawiony od wewnątrz nierozstrzygnietym sporem - czy gorsze jest syryjskie piwo, czy libijskie kurczaki?
Wieczorne opowieści i pieśni Tuaregów, miliardy gwiazd na przeczystym niebie, piekielnie mocna herbata z miętą, nomadzi i fantastyczne góry i diuny z serca pustyni zrobiły swoje. Uzależniliśmy się od Sahary.
Rok 2007 – południowa Algieria, kolejna ekspedycja saharyjska w góry Tassili Hoggar, półtora raza większe od Polski. Dla najbardziej uzależnionego Witka Jakubowskiego to były dwa tygodnie mistycznego letargu. Wyjazd był ciężki – 2000 km bezdroży, surowa pustynia, tysiące muszek. Na osłodę bajkowe iglice Assekrem, niesamowity Tasset, kanion Essendilene, o którym śpiewa się pieśni na całej Saharze, jeziora w Ihrir.
Wielkie serce okazała Beatka Binięda lecząca na każdym postoju dzieci Tuaregów z powszechnych na Saharze chorób oczu.
A po powrocie powstał plan założenia Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Tuareskiej, tymczasem będący wciąż w sferze idei.
Zimowe ferie 2008 spędziliśmy w najmocniejszym składzie w Jemenie. Co tak ciągnie nas do krajów, gdzie panuje prohibicja (brrr…)?
Tradycyjne – od czasów Roraimy – hasło wyjazdów (”Nie przyjechaliśmy tu dla przyjemności”) zamieniliśmy na bardziej przyjazne ”Będziecie szczęśliwi!”. Rzeczywiście mieliśmy takie uczucie po opuszczeniu Marib, gdzie eskorta była uzbrojona w działka szybkostrzelne. No cóż…, 20 mln Jemeńczyków ma w posiadaniu 60 mln sztuk broni, a nasi kierowcy przez grzeczność zostawili swoje kałasznikowy w domu. Przepiękne są góry Haraz, nieprawdopodobny wjazd na górę do Shahary.
Jeśli usłyszycie gdzieś w Jemenie przeciągły okrzyk "Kazeeek!", to wiedzcie, że jesteście wśród naszych przyjaciół :)
Aha, widzieliśmy dom bin Ladena w Wadi Doan
Oczywiście nie wierzycie:
 Dom Osamy bin Ladena w Wadi Doan
i gdyby ktoś kiedys potrzebował, to znamy jedno tajne miejsce w Adenie, gdzie jest tania whisky – kontakt przez Leszka Dropa….
Przyszłość?
Biegun Północny to popelina, więc tradycyjne ładowanie akumulatorów na południu Afryki i - gdy skończy sie wojna - Tibesti i Ennedi w Czadzie.
|