33.gif
strona główna
przydatne w podróży
ambasady polskie
ambasady zagraniczne
ubezpieczenia turystyczne
rozmaitości
tapety
przyjaciele torre.pl
kalkulator walutowy
1 EUR=5,375.862 Cambodia Riel (KHR)
1 EUR=150.313 Iceland Krona (ISK)
1 EUR=118.353 Pacific Franc (XPF)
1 EUR=745.111 Rwanda Franc (RWF)
1 EUR=5,034.150 Sierra Leone Leone (SLL)
sprawdź kursy walut »
prognoza pogody
Bonn, Germany
Temperatura: 12°C
Temp. wiatru: 12°C
Wilgotność: 89%
Prędkość: 14 km/h
Kierunek: 120°
Ciśnienie: 987.1 mb
ESE
zobacz inne prognozy »
[ strona główna ] arrow relacje arrow Chiny - blog M.Lubina arrow 60 lat minęło ... Chińskiej Republiki Ludowej
intro  |  60 lat minęło ... Chińskiej Republiki Ludowej  |  Chiński brat Chrystusa
60 lat minęło ... Chińskiej Republiki Ludowej PDF Drukuj E-mail

Michał Lubina

60 lat minęło… Chińskiej Republiki Ludowej

 
„Parada wojskowa z okazji proklamacji ChRL 1 października 1949 r. była największym w historii świata pokazem sprzętu kradzionego” Jakub Polit  

Można by powiedzieć, że mam szczęście do rocznic. Tak się przypadkowo złożyło, że miałem okazję być w Moskwie na 60-leciu Zwycięstwa w II Wojnie Światowej, w Delhi na 50-tej rocznicy niepodległości Indii, a teraz jestem w Pekinie podczas obchodów 60-lecia proklamacji Chińskiej Republiki Ludowej. 
 

Ważna to data w historii Chin, w pewnym sensie przełomowa, gdyż wraz ze zwycięstwem Komunistycznej Partii Chin (KPCh) w wojnie domowej nad Kuomintangiem (KMT) kończy „sto lat poniżenia” tego państwa. Czerwoni wygrali, bo potrafili wmówić milionom, że są jedyną prawdziwie rodzimą władzą, reprezentującą interesy państwa, a nie rządem marionetkowym w rękach gnębiących już ponad wiek Państwo Środka obcych, zwanych tu pieszczotliwie „barbarzyńcami” bądź „zamorskimi diabłami”. Było to typowe komunistyczne kłamstwo: KPCh wygrała wojnę m.in. dzięki pomocy Sowietów w Mandżurii, a potem, przez pierwszy okres istnienia ChRL, była w cieniu „brata zza Amuru”, rządząc w stopniu tylko niewiele mniej zależnym od europejskich satelitów ZSRR. Jednak, w przeciwieństwie do KMT, którego uzależnienie od USA widoczne było gołym okiem, KPCh potrafiła ten fakt utrzymać w sekrecie. I była w stanie skutecznie ukazać siebie jako jedyną, niezależną siłę, która wróci Chińczykom dumę. Komuniści, bez względu na szerokość geograficzną, propagandę zawsze mieli znakomitą.  

Proklamując Chińską Republikę Ludową, nazwali ją więc Nowymi Chinami: takimi, które spełnią sen założyciela KMT, Sun Jat-sena, o zjednoczonych, silnych i sprawiedliwych Chinach, a przede wszystkim: wrócą Państwu Środka należne mu (centralne) miejsce na świecie. I tak się w pewnym sensie stało, choć dopiero dzięki Deng Xiaopingowi, gdy Chiny przestały podążać za autarkicznymi mrzonkami Przewodniczącego. I zostały jednym mocarstw współczesnego świata, z rynkowa gospodarką i globalną polityką. Ale KPCh zachowała niezachwianą „przewodnią rolę”: jakby ktoś miał co do tego wątpliwości, to w lipcu minęła 20 rocznica pewnego wydarzenia, które dobrze to uświadomiło. A 60- lecie proklamacji ChRL to kolejna okazja, by o tym przypomnieć.   

I przyglądając się z bliska otoczce uroczystości związanych z tą datą – i porównując ją z mymi poprzednimi rocznicami – mogę śmiało powiedzieć: to nie dla zwykłego człowieka! Z Moskwy pamiętam przede wszystkim całkowite zamknięcie centrum : Placu Czerwonego, Aleksandrowskiego Sadu, czy Placu Maneżowego już na kilka dni wcześniej, a przede wszystkim: zmasowane kontrole na ulicach i w metrze, iście Orwellowskie uczucie władzy, która zewsząd Patrzy. Z Delhi zaś połączenie obojętności i dmuchania na zimne, by do żadnego zamachu nie doszło. Uroczystości ograniczyły się do wystąpienia premiera Manmohana Singha pod Czerwonym Fortem dla VIPów i dyplomatów o 8 rano o którym mało kto wiedział. Poza tym nie odbyła się żadna uroczystość, żadne świętowanie, było nie było, okrągłej rocznicy „nocy wolności”. Najbardziej w pamięć zapadło wówczas New Delhi: z jego szerokimi alejami i imponującą perspektywą spod Bramy Indii na Pałac Prezydencki (d. wicekróla) świeciło tego dnia iście nierealną pustką.  

Pekin z jego przygotowaniami przebił jednak wszystko. Ciągłe ćwiczenia, okresowo zamknięte centrum, dokładne kontrole przy wejściu na Plac Tian’anmen, a przede wszystkim częste przerwy w kursowaniu całego transportu miejskiego, głównie niezbędnego tu do normalnego funkcjonowania miasta metra, powodujące pandemoniczny sceny pod ziemią. Widoki ludzi zderzających się, wpychających, szarpiących, nieomal tratujących się nawzajem przy wsiadaniu do kolejnych zatłoczonych pociągów, konduktorów na puch wpychających ostatnich pasażerów do wyładowanych niczym sardynki wagonów, a przed wszystkim dojmujące wrażenie strumieni, potoków czy nawet rzek ludzkich ciał sunących jak w transie we wszystkie strony – to wszystko można by nazwać Dantejskimi scenami w wersji (multi) pluralis.  

O ujrzeniu samych uroczystości można było zapomnieć: plac Tian’anmen był zamknięty dla wszystkich już dwa dni wcześniej, o dostaniu się tam nie było co nawet marzyć. Dziś zaś odcięto całe centrum: wstrzymano na ponad dobę kursowanie głównych linii metra, odwołano autobusy, nawet lotnisko zamknięto. Wszystko centralne punkty miasta zostały szczelnie odcięte od świata. Na plac mogła wejść tylko garstka 30 tysięcy zaproszonych szczęśliwców, całą zaś resztę „poproszono” o pozostanie w domu i oglądnie transmisji w telewizji. Tak też fatalistycznie zrobiłem, mając w pamięci długotrwałe próby przedostania się w okolice Placu podczas ćwiczeń jakieś trzy tygodnie temu. Już wtedy było to bardzo trudne, przepuścili mnie, bo miałem ważny powód: nocowałem nieopodal (na sam Plac nie wszedłem). Teraz nie miałem szans: mieszkając kawałek za 5-tą obwodnicą dostałbym się najwyżej do niej. Dalej już nie.   

Jedyne co mogłem zrobić, to wybrać się do centrum dwa dni wcześniej i poobserwować jak idą przygotowania. Dwie rzeczy rzucały się w oczy. Jedną była imponująca ilość ochotników obecnych w całym mieście: część pomagała kierować ruchem w metrze, zaś większość, głównie ludzi starszych, po prostu siedziała. I patrzyła. Czyli robiła dokładnie to samo, co na co dzień, na swoich podwórkach, placach, hutongach, czy pod blokami. Ale teraz robiła to PO COŚ, w jasnym celu. Cała armia dobrowolnych obserwatorów to dla takiego rodzaju władzy, jaki reprezentuje  KPCh, to rzecz bezcenna. Bo zobaczy znacznie więcej niż inni, a znając swój teren od razu dojrzy coś odmiennego, podejrzanego, niecodziennego. I, w razie czego, poinformuje.  

Drugą była namacalna obecność, uzbrojonych po zęby, oddziałów specjalnych, patrolujących centrum. W czarnych strojach z łacińskim napisem SWAT na plecach, z karabinami maszynowymi i wielkimi bagnetami na wierzchu, spacerujących w pozach nieudolnie naśladujących Rambo, czy stróżujących wokół pojazdów opancerzonych ustawionych przy skrzyżowaniu najważniejszych ulic: Wangfujing i Chang’an. Ich widok przypomniał mi przeczytane kiedyś u Zygmunta Baumana słowa o deformacji natury sprawowania władzy w Europie, spowodowanej tzw. „wojną z terrorem”. Otóż, jak pisał ten wybitny socjolog, zadaniem każdej władzy jest zapewnić obywatelom bezpieczeństwo. Tu trzeba dodać, że w angielskim, w którym pisał Bauman, w przeciwieństwie do polskiego, rozróżnia się dwa rodzaje bezpieczeństwa: security i safety. Security to bezpieczeństwo ogólne, np. państwa, własności, mienia – mówiąc obrazowo: security wyraża bezpieczeństwo w sensie przeciwdziałania temu, żeby nikt nas nie okradł, ani nie ograbił naszego konta bankowego z oszczędności całego życia. Zaś safety to poczucie bezpieczeństwa osobistego, to czy czujemy się bezpiecznie na ulicy i nie boimy się, że ktoś podbiegnie i zaatakuje nas nożem. Zadaniem władzy jest dbać przede wszystkim o security, safety mają regulować normy społeczne, nie władza, bo to nie jej działka w państwie demokratycznym. I Bauman, bazując na przykładzie metafory czołgu armii brytyjskiej stojącego na lotnisku Heathrow, opisał, jak władza przechodzi ze sfery security do safety. Bo, mówi on, wiadomo, że czołgiem terrorystów się nie pokona, ale ten czołg spełnia zupełnie inną funkcję: on pokazuje wszystkim, głównie swoim, że władza jest obecna, że czuwa, że silną jest, że przed wszystkim obroni i że można się za jej plecami schować. Czołg działa na podświadomość, on wkracza w rolę safety, nie security.  A gdy władza chce wchodzić na obszary osobiste, to robi się groźna.         
Czymże innym niż działaniem na sferę safety nie jest widok uzbrojonych po zęby, wyglądających jakby ich wprost z poligonu wyciągnięto, komandosów? To ma dać wszystkim wyraźny, bardzo dosłowny, acz nowoczesny, idący z duchem czasu, sygnał: Wielki Brat patrzy.   

Jeszcze jedna rzecz była wielce charakterystyczna, choć już tak nie dosłowna, za to silnie zasadzona w chińskich realiach. Na Placu Tian’anmen, pod pomnikiem Bohaterów Ludu, gdzie 20 lat temu był „sztab” protestujących, ustawiono wielki portret. Jest on, na oko, ciut większy od sławnego, wiszącego na Bramie Tian’anmen wizerunku Mao (albo chociaż taki sam) A przedstawia… nie, nie Deng Xiaopinga… nie, nie Zhou Enlaja, lecz… Sun Jat-sena! Czemu Sun? Odpowiedź jest bardzo prosta: Sun, jako założyciel Republiki Chińskiej, jest patronem zarówno KMT, jak i KPCh, zaś komuniści od początku swego władania kontynentalną częścią Chin próbowali legitymizować swą władzę prawidłową, w przeciwieństwie do skorumpowanego Kuomintangu, implementacją „trzech zasad ludowych” i ogólną wiernością ideałom założyciela RCh. I chociaż z prawdą miało to tyle wspólnego, ile twierdzenie, że byli całkowicie niezależną siłą, to do narodowej świadomości to przeniknęło, a propaganda skutecznie utrwaliła. Teraz zaś Sun znowu się przydaje, bo symbolizuje „całe” Chiny (czytaj: z Tajwanem). Czyli jak ulał pasuje do obecnej polityki ChRL, można by przewrotnie powiedzieć, „zbierającej ziemie chińskie”.      

To nie był jedyny akcent tajwański. Pod koniec głównych uroczystości, odbywających się na głównej ulicy miasta: Chang’an, rozdzielającej Plac Tian’anem i Zakazane Miasto, oczom przywódcom zgrupowanym w Bramie Tian’anmen, z której 60 lat temu Mao Zedong proklamował ChRL, ukazały się „żywe platformy”. Momentami przypominało to obrazki z filmów dokumentalnych o ZSRR czy PRL –u lat 50-tych: tysiące ludzi niosących portrety przywódców, czy kolejne slogany partii. Następnie prezentowały się najważniejsze przedsiębiorstwa państwowe. A wreszcie, wszystkie prowincji Chin. Ostatni szedł Tajwan.   

Choć nie mogłem oglądać tego na żywo, to śledzenie defilady w chińskiej TV też było frapujące. Rzucał się w oczy reżimowy sposób filmowania. Pokazując przywódców, każdego filmowano przez taką samą ilość sekund, w tej samej, niezmiennej kolejności: najpierw Przewodniczący ChRL i KPCh Hu Jintao, potem były przewodniczący, ob. na emeryturze Jiang Zemin, następnie (krócej) przewodniczący OZPL Wu Bangguo, premier (najsympatyczniejsza postać w tym gronie) Wen Jiabao, po nich przewidywani następcy: Xin Jinping i Li Keqiang, a na końcu reszta BP KC KPCh. Rzecz jasna największą gwiazdą był Hu. Ubrany w niezwykle elegancki cywilny mundur krojem naśladujący „sunjatsenówkę” (u nas kojarzoną z Mao) odróżnił się od reszty, odzianej w garnitury. Ma on niezwykle dystyngowany styl bycia, widać po nim maniery światowca, nawet wykonując rytualny przejazd samochodem i pozdrawiając salutujących żołnierzy robił to raczej z poczucia obowiązku niż z rozpierającej serce radości na widok wielkiej armii. Tylko słownictwo miał jakby trochę zakurzone, żywcem wyjęte z najlepszych wzorców nowomowy, jak chociażby apel do armii o ochronę niepodległości i tym samym „utrwalenie światowego pokoju” (sic!).  Zaś słowa o tym, że „postęp jaki dokonał się w Chinach dowodzi, iż jedynie socjalizm mógł ocalić Chin i jedynie reformy i otwarcie mogą zagwarantować rozwój Chin, socjalizmu i marksizmu” są najlepszym przykładem systemu władzy w Chinach. Hu jest żywą egzemplifikacją owej swoistej mieszaniny cech partyjno-nomenklaturowych z jednej strony, z kapitalistyczno – rynkowymi z drugiej, jakie tworzą dzisiejszą Komunistyczną Partię Chin.   

Ta hybrydowość była najlepiej widoczna podczas wieczornej gali, reżyserowanej przez Zhanga Yimou (to ten od „Zawieście Czerwone Latarnie”) i mającej w zamierzeniu przebić jego zeszłoroczne otwarcie Olimpiady. Spektakl pod względem scenografii, efektów specjalnych (fenomenalne fajerwerki!) i choreograficznych nie miał sobie równych. Gorzej z treścią: prezentowano kolejne pieśni mniejszości etnicznych (Tybetańczyków, Ujgurów, Koreańczyków, a także, a jakże! – mniejszości z Tajwanu) sławiących dobrobyt i osiągnięcia ChRL. Najbardziej rozczulający byli Mongołowie śpiewający o tym, że „przybyli z łąk i pastwisk na Plac Tian’anmen, tańcząc z winem w ręku, by podziękować Przewodniczącemu Mao”. Tym i innymi wiernopoddańczymi utworami Zhang Yimou zafundował nam odkurzoną wersję stalinowskiego hasła z lat 30- tych: „narodowe w formie, socjalistyczne w treści”.  

Na zakończenie opisu tego święta Chińskiej Republiki Ludowej można by sparafrazować zacytowane na początku słowa Jakuba Polita: jeśli defilada z 1949 r. była największym pokazem sprzętu kradzionego (gdyż zdecydowana większość sprzętu okazanego wówczas przez KPCh była amerykańska, zdobyczna na KMT), to obecna defilada, której centralnym punktem był przemarsz wszystkich rodzajów wojsk i prezentacja najnowszej broni – była chyba największym pokazem sprzętu… skopiowanego.    

Michał Lubina
newsletter

Subskrypcja newslettera
Wpisz swój e-mail




ciekawe relacje
z naszej fotogalerii
« wszystkie galerie
współpracujemy














Aktualnie jest 38 gości online